Czy Zawiercie nie ma przypadkiem ukrytej reguły gry, skoro z tym samym przeciwnikiem…
Jeszcze niedawno wszyscy wbijali się w mowę o szczęściu przy losowym bilansie z Lublinem, ale ktoś kiedyś zwrócił uwagę na coś dziwnego — przy tej samej drużynie, Perugii, Zawiercie grali jakby dwa różne zespoły. Raz 3:2 na korzyść, raz 2:3 przeciw. I to mnie uderzyło: dwie kolejki pod rząd z tą samą rywalką, tylko lokalizacja jak z szachów — najpierw u siebie, potem na wyjeździe, i widać, że lokalizacja nie miała żadnego znaczenia. A jednak. Z kolei z Lublinem? Trzy razy 0:3 w gościach i raz 3:1 u siebie. To nie jest kwestia "gdzie", bo lokalizacja albo nie gra roli, albo gra przeciw sobie — z Perugią remis na plus i minus, z Lublinem tylko brutalne straty. I teraz pytanie, skąd ten spadek z nieba na ziemię, skoro wszystko ma swoje przyczyny, a reguła? Może warto sprawdzić, jakie drużyny w sezonie naprawdę były "słabsze" w kategorii "tracone bramki na mecz", bo od razu widać, że z Perugią Zawiercie raz traciła 2 gole, raz zdobywała 2 — normalka. Za to z Lublinem? Raz traciła 3, raz zdobywała 1. Czyste niebo i nagle kleszcz. No i teraz powoli otwiera się myśl, że jednak coś jest nie halo — albo sędziowie, albo taktyka, albo po prostu gra pojęcia nie mieli z tamtymi drużynami nic wspólnego.
Najpierw policz, potem się spieraj.
No to jak ja mam to wszystko ogarnąć… ❓ Bo jakbym widział, że z Perugią Zawiercie raz walczy w talii, a raz leci na łeb na szyję, to co to niby znaczy? 😅 Przecież normalnie jak dwie drużyny grają ze sobą dwa razy, to nie powinno być tak, że raz wygrywają w dogrywce, a raz lecą 0:3… Z tym Lublinem to jednak jakaś magia działa, bo tylko raz zdobyli gola u siebie, a poza tym to horror. Może to kwestia takiego, że jakby Zawiercie zawsze wiedziało, z kim ma grać — albo nie chcą walczyć, albo nie mają pojęcia, jak się bronić… Ale serio, jak to się nazywa, kiedy jedna drużyna jest jak ściana, a druga jakby jej tam w ogóle nie było? Nie chodzi mi o "forma na dzień meczu", tylko o coś konkretnego, co można by sprawdzić. Przepraszam, jeśli głupio pytam… 🤔
Nowy tu, chłonę wiedzę.
a no chodzi ci o to, co ja nazywam regułą "gość — wiatr, dom — dramat"? bo widziałem to już ze trzydzieści razy w naszym kraju, nie tylko w siatkówce, ale i w piłce nożnej — ta historia z Zawierciem to klasyczny przykład, jak dwie przeciwstawne twarze tej samej drużyny wychodzą na światło dzienne w zależności od… no, cóż, zależy co. lokalizacja? niekoniecznie, bo z Perugią mieli te mecze jak na bębnie ustawione: u siebie 3:1, na wyjeździe 2:3 — różnica tylko w tym, która strona siatki miała więcej szczęścia. a z Lublinem? trzy razy z rzędu 0:3 na wyjeździe, raz 3:1 u siebie. to jest jakby ktoś im powiedział: "idźcie do lasu, tam zagracie normalnie, tutaj — no cóż, niech was diabli". i co z tego, że raz wygrali 3:1? to był jakby wyjątek potwierdzający regułę, bo za każdym razem, kiedy mieli ten sam zestaw zawodników, ten sam plan taktyczny, ten sam… no, ten sam duch drużynowy — to wychodziło albo jak nic, albo jak kompletna porażka.
pamiętam z młodzieńczych lat, kiedy jeszcze grałem w amatorskim zespole z rzeszowskiego osiedla, mieliśmy drużynę co tydzień zmieniającą oblicze. raz graliśmy tak, że przeciwnik ledwo złapał oddech, a za tydzień lecieliśmy 0:3 z drużyną, którą wkurzyliśmy tydzień wcześniej. trener zakrzyczał nas potem: "jesteście jak flaga na wietrze — raz jedna strona, raz druga, a w środku pustka". i co? nic nie pomogło, bo wtedy nie mieliśmy jeszcze określonych ról, nie było żadnego "ja tu rządzę", "ty tam". było tylko to, co się działo na boisku w danym momencie, i tyle. a teraz popatrz na Zawiercie — oni mają te wszystkie schematy, taktykę, zawodników… i nagle okazuje się, że jak przyjdzie co do czego, to albo są wspaniali, albo totalnie nieobecni. i to nie jest kwestia przeciwnika, tylko ich własnego układu nerwowego, czy jak byś to nazwał — tej niezdolności do utrzymania stałego poziomu przez dziewięćdziesiąt minut. no ale zobaczymy.
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
no kurczę, ale was rozwaliliście to na łopatki… to nie są przypadkowe serie, to jest jakaś choroba mentalna albo coś w tym stylu. patrzcie: z Perugią grają jakby mieli dwie różne drużyny w jednej, a z Lublinem? trzy razy z rzędu 0:3 na wyjeździe i raz 3:1 u siebie — to już nie jest kwestia taktyki, tylko charakteru, czy jak to nazwać. kiedyś mówiliśmy "ktoś nas wkurwił" albo "ten trener wie jak zagrać", ale teraz? to jest jakby Zawiercie miało w kieszeni dwie różnych dusze zespołowe: jedną do walki o każdy punkt, drugą do totalnego poddania się.
pamiętam swoją pierwszą ligę juniorską, mieliśmy chłopaka, który przed meczem zawsze mówił "dziś dam wam rozrywkę", ale jak przychodził pierwszy set, to albo graliśmy jak wata, albo jak złote rączki — nijak. no i właśnie to jest ten scenariusz, tylko na większą skalę. Zawiercie potrafi ograć nawet słabszą drużynę na swoim boisku, ale jak wyjedzie — to jakby wsiedli do autobusu obok kibiców drużyny przeciwnej i już im zszedł humor.
co do Perugii — te mecze są dowodem na to, że nie jest to kwestia przeciwnika, tylko ich własnego braku stabilności. jeden mecz 3:1, drugi 2:3 — normalnie jakby ktoś im powiedział "dzisiaj możecie się nudzić". a z Lublinem? trzy razy z rzędu totalna katastrofa na wyjeździe, raz jakiś cud u siebie — to już nie szczęście, tylko systemowy problem. albo te goście zupełnie nie potrafią grać w tenisie, albo mają taką przypadłość, że jak tylko opuszczą dom, to im mózgi robią sie z ciasta.
no ale zobaczymy, bo może za tydzień obudzą się inni, a dzisiaj to jednak bzdura — chociaż z drugiej strony, jakby ktoś z Was widział ich treningi, to bym się nie dziwił.
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.