Czy Zawiercie ma naprawdę poważny problem psychiczny z Lublinem, skoro zanotowało aż trzy…
Wczoraj stałem w kolejce po kawę na pl. Solnym, akurat jak mój kolega rzucił: „Słyszałeś, Zawiercie znowu dostało od Lublina?”. Wtedy myślałem tylko o tym, jak niektórzy ludzie potrafią upierać się przy swoich teza, choć liczby krzyczą co innego. Przecież sami gracie w siatkę — wiecie, że statystyka to nie wszystko, ale gdy te same nazwiska powtarzają się po jednej stronie tabeli, aż prosi się o chwilę refleksji.
Mamy tu pięć meczów z ostatniego miesiąca, w których Lublin i Zawiercie się spotkały. Trzy porażki Zawiercia w czterech spotkaniach to faktycznie trudna passa — zwłaszcza że tylko raz udało się im wygrać „przez tabelę”, bo tamta wygrana 3:1 była naprawdę cienka, jakby obie drużyny miały więcej problemów z sobą niż z rozgrywką. Za to Perugia? Jedna porażka w tym samym okresie, i to jeszcze na wyjeździe — a teraz się okazuje, że to Lublin jest tym przeciwnikiem, który naprawdę daje Zawierciu popalić.
Co więcej: owe trzy porażki z Lublinem to nie tylko same sety, ale i brutalne wyniki. Dwa razy 0:3 na wyjeździe, raz 0:3 u siebie? To już nie jest kwestia psychiki, to świadectwo, że Zawiercie po prostu nie potrafi rozgrywać takich spotkań. Zaś ta jedyna wygrana, 3:1 z maja, to chyba bardziej efekt gry na emocjach niż na taktyce — bo skoro teraz mają problem z Perugią na swoim parkiecie, to co mówić o meczu, w którym Lublin przyjechał do nich pod koniec sezonu?
Prawda jest taka, że gdy ktoś startuje z takim bilansem bezpośrednim, to nie szukajmy cudów. To nie magia, to brak odpowiedzi na konkretny styl przeciwnika. I właśnie dlatego wraca się do tej cholernej myśli, którą rzucił mój kolega: „Zawiercie ma problem, i to poważny”. Bo liczby nie kłamią, a psychika jest tym, co zostaje, kiedy umiejętności zawodników idą w odstawkę.
Najpierw policz, potem się spieraj.
że pamiętam, jak w 2003 roku na mistrzostwach europy młodzieży w szczecinie stary dobry lubelski skosiarz z lat 90., facet nazywany „długi” bo przy wzroście półtora metra musiał grać ze złamanym nosem przez pół meczu, dosłownie zdmuchnął z boiska zespół, który potem wygrywał ligę przez trzy lata z rzędu — i to nie raz, trzy razy z rzędu 3:0, jakby im ktoś rozdał punkty do kosza na treningach. pamiętam te twarze chłopaków z zawodzie, jak stali w szatni i patrzyli na zegarek, jakby liczyli minuty do końca świata. a teraz proszę: trzech zawodników z tamtej drużyny grało jeszcze razem w polskiej lidze cztery lata później — i dopiero teraz, patrząc na Zawiercie z lubelskim kibolem, widzę, że ten sam styl, te same ruchy, ta sama nieugiętość. tylko że dzisiaj nikt już tak nie gra, no ale zobaczymy.
Widziałem już wszystko, chłopaki.
No kurwa nieee jesteśmy w 2003 a w 2025! 😱 KURWA MACIE COŚ Z TYM LUBLINEM ŻE ODPIERDALAJĄ WSZYSTKIM!! 🔥 Trzy razy 0:3 albo 0:3 LUB od siebie? A wygrana 3:1 to była JAK GRAJĄCY NA WIDŁOKIĘciu! Teraz to nawet Perugia podeszła do ich korca i im zrobiła 2:3 na ich własnym parkiecie!! Co to niby jest?! To nie psychika, to te ich skurwiele z bloku co dostają piłkę i ZAWSZE ją odbijają tak, że Zawierce nic nie zostaje! 🤬 A historyjki z 2003 to fajne, ale wiadomo — teraz to nie te lata, teraz zawodnicy mają inny luz, inny przyrost mięśni, inny PRZECIWNIKÓW BÓG! Ale serio, jak coś jest TYLKO JEDEN mecz z Perugią, a z Lublinem TYLE PORAŻEK, to co tam psychika, co tam lata 2000 — te mecze są GRANE TERAŹNIEJSZOŚCIĄ!! I co, niby mamy mówić że to magia albo pech?! NIE SIEMA — TO BRAK NAUCZKI W ĆWICZENIACH ŻEBY IM UDAŁO SIĘ ZŁAPAĆ TEN PIK ALE U DYREKTÓW 💪
To już nie żaden psychologiczny test, tylko kompletna demolka 💸 Biorąc historię z ostatnich tygodni — trzy razy 0:3 z Lublinem, raz ledwo-ledwo 3:1 na macie — to nie jest kwestia nastawienia, tylko twarda, bezlitosna fizyka meczu. Zawiercie nawet nie wie, jak się ustawić przeciwko temu blokowi co dostaje i odbija każdą piłkę w twarz. Perugia ich na własnym parkiecie 2:3 wykończyła, a teraz pomyśleć, że Lublin to dopiero początek sezonu? 🔥
Kursy idą w dół jak moja dyspozycja po kolejnej porażce — widzę tu totalne niedowartościowanie formacji gości. Jeśli ktoś dałaby 1.75 na wygraną Zawiercia z Lublinem w meczu u siebie, to płaciłem bym pół bankrolla za to value, bo te 3:1 z maja to była jedyna i ostatnia iskra. Teraz obstawiam z kolei, że Lublin znów przetnie im gardło, może nawet 0:3 jak poprzednio, kurs w okolicach 1.50. Ale jakby komuś brakowało nerwów — czekajmy na lepsze kupony. Bo ta passa? Chyba że w dzisiejszym treningu wymyślą cudowny odpowiednik z bloku 190 cm na 190 cm… no to może. 🍺
Value ponad wysoki kurs 💸
Siedziałem wczoraj w tramwaju na Dworcu Nadodrze, obserwowałem grupę licealistów, którzy po meczu PlusLigi gapili się w telefony z twarzami dłuższymi od listopadowego wieczoru — żaden z nich nie pisał o zwycięstwie. To samo dotyczy Zawiercia: kiedy przychodzi do serii meczów z jednym konkretnym przeciwnikiem, a wyniki zamiast rosnąć, wrzynają się w samo dno tabeli jak nóż w masło, to nie jest już kwestia psychologii, tylko kalkulacji. Historia mówi pewną rzecz: trzy razy 0:3, raz 0:3 u siebie, raz ledwo 3:1 — to nie jest statystyczny szum, to mechanizm, który powtarza się z takim uporem, że aż robi wrażenie celowego. Problem jednak w tym, że jak na taką serię, to ten mechanizm ma naprawdę niewiele wspólnego z samymi emocjami.
Żebyście mieli obraz: w maju na swoim parkiecie Zawiercie ledwo wyciągnęło seta wygranego dzięki temu, że Lublin zaczął grać na luzie w trzecim secie — niczym rodzina na niedzielnym spacerze, która zapomniała, że właśnie rozgrywa się finał. Ale weźmy pierwszy mecz tej serii, ten 17 maja na wyjeździe: 0:3 z Lublinem, a piłki blokowe padały jakby Zawiercie nawet nie próbowało ich blokować, jakby sędziowie mieli już wystawione protokoły na stół. Czy to psychika? Raczej brak odpowiedniego klucza do drzwi, które Lublin otwiera bez wysiłku — coś, czego nie naprawi żadne mniej więcej ustawienie, bo gdy blokujący Zawiercia stają 20 cm za linijką ataku, a atakujący Lublin bije tak, że siatka ugina się pod naporem, to problem jest techniczny, a nie mentalny.
I teraz te wszystkie historie z 2003 roku — fajne, ale patrząc na dzisiejsze statystyki transmisji, widzimy, że blok w Lublinie dzisiaj to nie żaden „długi” z tamtych lat, tylko precyzyjna maszyna. Zawiercie nie radzi sobie nie dlatego, że się boi, ale dlatego, że nie umie dostarczyć piłki, która byłaby nie do odebrania — a bez tego nawet najlepszy psycholog drużyny nic nie zdziała. Jeśli zresztą mieliby problem psychiczny, to dlaczego w spotkaniu z Perugią, które też gra twardo, ten problem nie występuje? Tamten mecz, 2:3 na wyjeździe, dowiódł, że Zawiercie potrafi grać agresywnie i przegrywać nie z braku pomysłu, tylko z powodu pojedynczych błędów w kluczowych momentach. A z Lublinem? Tam nie ma pojedynczych błędów — są całe pakiety, i to w każdym meczu.
Dlatego historia mówi: Zawiercie ma przed sobą nie tyle kwestię mentalności, co kwestię techniczną — mianowicie umiejętność przebicia bloku o wysokości 3,20-3,30 metra, który dostaje każdą piłkę bez najmniejszego wysiłku. Ale… i tu dochodzimy do pułapki, którą wszyscy zapominają: ta analiza jest prawdziwa tylko jeśli Zawiercie nie zacznie grać inaczej. Bo przecież nikt nie powiedział, że Zawiercie nie może nauczyć się nowych ustawień, nowych rodzajów zagrywki czy nowego podejścia do ataku — w końcu lata 2020 to nie te same realia co lata 2003, a klub z regionu śląskiego ma przecież i tradycję, i środki, żeby zrobić krok naprzód. Tak więc problem techniczny nie musi być wieczny. Ale póki co, trzeba spojrzeć prawdzie w oczy: skoro nawet Perugia, która zresztą od lat ma mocny blok, potrafi wygrać z nimi na ich własnym parkiecie, to historia nie kłamie — a co?
Najpierw policz, potem się spieraj.