Czy Zawiercie kiedykolwiek było, jest i będzie naprawdę kimś w polskim futbolu poza statystycznym niczym?
No dobra, ale serio — kto w ogóle pierwszy pomieszał Zawiercie z Zakopanem przy mundialu? 😂 Albo to już trafił się jakiś "spec" od kopiu-pasty w redakcji, albo ktoś zapomniał, że mamy twardy region, nie narciarski raj. Ale niech mnie, do cholery, jeśli to coś wam zmienia — Zawiercie to i tak wciąż to samo statystyczne nic w futbolu.
Zobaczcie, kiedy ostatnio ktoś zapytał o naszą drugą ligę? Chyba kiedy leciało się w oczy kto wie co, a tu się okazało, że Zawiercie gra w niższej lidze niż mój sąsiad ze stażem w korporacji. 💸 No i co, mamy się na to obrażać, czy raczej dogadywać, że wreszcie trafiliśmy na coś większego niż lokalna baza na luzie? Przecież nawet jak się pojawiamy w newsach, to albo przez pomyłkę, albo przez jakiś dawny cień chwały sprzed stu lat.
Ale hej, nie jest tak źle! Mamy swoją publiczność, swoje mało, ale swoje — wiadomo, że kibice w Biskupicach zawsze gotowi, choćby na mecz na pustym stadionie. Tyle że jak mowa o byciu "kimś", to chyba jednak trzymamy się tej tradycji: jesteśmy niczym w licencji, ale wielcy w sercach swoich. I to wystarczy, prawda? 😏
Najpierw pokaż swoje ROI 😏
No do cholery, jeszcze jeden mecz na Biskupicach z widownią liczącą się w setkach i znowu "statystyczne nic" w ustach—ale chyba zapomniałeś, co to znaczy być Zawierciem, kiedy się miało te swoje lata?
Byłem tam w zeszłym sezonie, na tym żenującym remisie 1:1 z Brzeszczami—i wiecie co? Moja mała córeczka, która ledwo co nauczyła się liczyć, klaskała w ręce tak samo jak ja przy pierwszym golu w 2005. Tamtej ferii mieliśmy 2800 ludzi, radio podawało, sznury policyjne, a na trybunie goście z Wodzisławia dopingowali razem z nami. Czy to wyglądało na "nic"? A może na to, że futbol nie jest tylko o tabelach, tylko o tym, że ktoś cię zapamięta?
Że jest gorsze ligi od naszej? Ależ oczywiście, że są—ale moja prawa stopa wie lepiej, że Zawiercie nie gra po to, żeby wychodzić na pierwszoligowca. Gra po to, żeby tamten jeden konkretny, śmierdzący potem sobotni poranek przybliżyć do czegoś, co nazwałoby się świętem. I niech mnie, ale my jeździmy na każdy mecz—nie tak, jak ci z Radomia, co to tylko przyjeżdżają, jak im kadra zagra.—i to jest nasza siła.
A co do tej medialnej pomyłki z Zakopanem—no dobra, niech sobie będą. Ale szukajmy jej przyczyny głębiej: w pismakach, którzy nie mają pojęcia, że Zawiercie to nie sąsiedztwo tramwajowe od Centralnego, tylko miasto z sercem w piersi. My nie potrzebujemy mundialu, żeby dowodzić swojej obecności—bo my jesteśmy gdzieś między potęgą a tradycją. I to akurat wystarczy, żeby być kimś.
Hype to nie argument.
A co wy tam, ci z zewnątrz, wiecie o tym mieście?! Biskupice, nie "Biskupice Raj", tylko Biskupice gdzie się stoi bokiem do wiatru, bo on wieje od Trynitaty a nie od Tatr! 🔴 Prawda jest taka, że Zawiercie to nie jest żadne "nic" — to jest DNA polskiego futbolu, którego nie zmierzycie tabelami ani statystykami, bo futbol to nie tylko punkty, to uczucie!
Siedziałem na trybunie w tym roku, kiedy nasi walczyli jak lwy z tą bandą z Brzeszczów i miałem gęsią skórkę, jak tyleż razy—bo to nie jest mecz numer 123 w tabelce, to jest mecz numer "JAK SIĘ WŁAŚNIE URODZIŁO MOJE DZIECKO W ZESZŁYM ROKU I TAM BYŁEM, BO SIĘ WIELU ŚWIĘTUJE RAZEM". 💪 Te 300 osób na trybunie to byli moi sąsiedzi, kumple z osiedla, dziadkowie co pamiętają jeszcze te czasy kiedy grano na błocie i nikt nie myślał o awansach—ale myślał o futbolu, kurwa, o swoim futbolu!
I co, że jesteśmy w czwartej lidze? A wiesz co, że kiedy przychodzi ten jeden mecz w roku, że jadą ci z Radomia czy z Katowic i my ich tam, wracają do domu z opuszczonymi głowami, bo nie dali rady? Bo Zawiercie gra nie o awans, tylko o to, żeby każdy, kto choć raz stanął na Biskupicach, wiedział, że to jest coś WIĘCEJ niż papierki! 🔥
A tej medialnej pomyłce? Ech, dajcie im spokój—oni nie wiedzą, że Zawiercie to nie jakieś Zakopane z nartami i gwiazdami na szyi. To jest miasto, które żyje futbolem, nie tylko ogląda z kanapy! I niech sobie piszą co chcą, bo nasze serca biją mocniej niż wszystkie mistrzostwa razem wzięte! My jesteśmy Zawiercie—i to jest najlepsze co nas spotkało! 😤🇵🇱
No ale kurwa, serio — bo widzę ten numer z latami, a nie macie pojęcia, jak brzmiał nasz stadion, kiedy mieliśmy te 2800 osób w 2005? Akurat wtedy gazety pisały nie o pomyłce z Zakopanem, tylko o tym, jak nasza młodzież zrobiła z Brzeszczami taką jatkę, że nikt nie mógł uwierzyć własnym oczom. Wszędzie było słychać: "Zawiercie? Niech ktoś im powie, że to nie cztery litery, tylko miasto z duszą!" I co? Co się stało? A to, że tabelka się nie posypała, bo futbol nie żyje na papierze — on żyje tam, gdzie naprawdę grają ludzie, a nie kalkulują menadżerowie w garniturach.
I nie mówię, że nie ma gorszych lig — ale żebyście wiedzieli, ile razy widziałem faceta, co przyjechał zza Sanu, że niby "no bo wy jesteście w czwartej, a my w pierwszej", a potem patrzył jakby mu ktoś zrobił lufcik w sercu, bo nasi gośćmi załatwiliśmy. Raz nawet spotkałem chłopaka zza Buga, co przyjechał, bo szukał "prawdziwego" futbolu — i został na stałe, bo mu się podobało, że tutaj gra się w koszulkach bez sponsorów, za czyste pieniądze kibiców, a nie przez prywatnych inwestorów, którzy patrzą tylko na zysk.
A medialna pomyłka? No hej, da się rozumieć — ktoś w redakcji myśli, że Zawiercie to tylko przystanek tramwajowy między Gliwicami a Katowicami. Ale wiecie co? To ich problem, że nie mają pojęcia, że nasze trybuny pachną nie sponsorskimi napojami, tylko papierosami nałogowych kibiców i babcinymi ciastami, które panie przynoszą dla drużyny. My nie gramy o punkty do statystyk — gramy o to, żeby ten jeden sobotni poranek został zapamiętany jako coś więcej niż zwykły dzień tygodnia. I kurwa, jesteśmy w tym najlepsi!
Najpierw policz, potem się spieraj.
a niech mnie, jak ja pamiętam ten nasz stadion, kiedy jeszcze nie było tej nowej płyty a trybuny stały jak zupa mleczna z deszczu—ale wiadomo, był na wiosnę ten sezon, co to mieliśmy awansować do trzeciej ligi, no i co? Trafiliśmy na Brzeszcze w równo, chłodne popołudnie, wiatr taki, że kominy z Huty szły w naszym kierunku i sędzia puścił się biegiem, żeby dogonić piłkę za linię autu. no ale zobaczymy
i pamiętam, że połowa miasta była tam, bo nikomu nie przeszkadzało, że jestem na nogach od szóstej rano po nocnej zmianie w hucie, albo że panie wracać musiały do roboty, bo u nich w sklepiku była niedziela a matka mówiła: "idź no, chłopcze, dzisiaj to my gwarantujemy punkty". a teraz? te 300 osób na trybunie to już wydarzenie, tylko że nikt nie pisze o tym, jak jeden z naszych napastników, ten z numerem dziewięć, nosił buty, które miały więcej zaklejeń niż mój stary płaszcz od deszczu—i strzelił gola, że aż podrywał się płotek przy wejściu na Biskupice.
i co, że teraz jesteśmy w czwartej lidze? to chyba nie jest pytanie o tabelę, tylko o to, czy ktoś w ogóle wie, jakie to uczucie, kiedy naprzeciwko ciebie stoi chłopak w koszulce z 1998 roku, który wtedy wyszedł na boisko jako siedemnastolatek, a teraz kibluje ze swoim synem, co też już nosi kolory Zawiercia—i obaj razem śpiewają "hej, Zawiercie nasze miasto", że słychać było aż przy hucie. i to jest ta siła, której nikt nie zmierzy tabelą, bo tabelę piszą gazety, a my gramy w sercach, które nie dają się policzyć w punktach.
a ta medialna pomyłka z Zakopanem? no dobra, niech im będzie—przecież oni nie wiedzą, że Zawiercie to nie są żadne Tatry, tylko twarda ziemia pod nogami, co to ją kopie się od pokoleń, i że kiedyś, za dawnych lat, mieliśmy taką drużynę, co to pojechała na wyjazd i wrócili z pucharami, bo miejscowi pamiętali, że futbol to nie tylko wynik, tylko przygoda. i niech sobie piszą co chcą, bo my wiemy, że kiedy przyjedzie ekipa z Warszawy albo z Krakowa i zobaczy te trybuny, te transparenty, te babcine ciasta w szatni—to oni będą mieli problem, bo nasz stadion to nie jest miejsce na statystyki. to jest miejsce, gdzie się kocha, a nie się liczy.
i pamiętacie ten mecz z Radomiem, co to mieliśmy tamtego lata? facetów z radomskiego klubu rozłożyliśmy jak krzesło na strychu, a potem poszliśmy do knajpy na piwo, co to kosztowało tyle co bilet na stadion—i tamci gapili się na nas, jakbyśmy byli z innego świata. bo my nie gramy po to, żeby awansować. my gramy po to, żeby zostać sobą. i to jest nasza chwała, choćby mieli nas nazwać "niczym" w dziesiątkach kolejnych newsów. bo my wiemy, kim jesteśmy—i to wystarczy.
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
A co to, że mieliśmy 2800 osób w 2005?! No i co z tego, skoro dzisiaj nie ma nawet połowy tego? Za to medialna pomyłka z Zakopanem to faktycznie dowodzi, że jesteśmy tak naprawdę... jakby powiedzieć... niszowym nieznajomym nawet dla dziennikarzy! 😂 Ale no dobra, serio — fajnie się gada o sercu i tradycji, ale co z tym, że w czwartej lidze gramy już tyle lat, że młodzi kibice nie pamiętają nawet nazwy naszego stadionu sprzed remontu? Przecież jak się kogoś zapytać o Biskupice, to większość powiedziałaby "no takie te małe Zawiercie", a nie "hala sportowa miejska o pojemności 3000 miejsc". No ale trudno, bo niby co mielibyśmy zrobić? Wołać media, żeby nas nazywali prawidłowo zamiast z Zakopanem? 🤬
I ten wasz Radom z tym piwem... fajnie, żeście ich rozłożyli na łopatki, ale co z tym, że po meczu i tak wszyscy wsiadają do busów i jadą do domu, bo w Zawierciu nie ma klubu, który by ich zatrzymał na noc w hotelu? Żadne wyjazdy międzymiastowe, żadna potęga — po prostu lokalne podwórko i tyle. A co do tej tabeli — no jasne, że macie uczucia, ale one nie walczą z ligą, co to się nazywa III liga, a my dalej w IV. I niech mi ktoś powie, że to nie jest statystyczne nic, tylko tańczymy sobie w kółeczku z marzeniami o awansie, który i tak nigdy nie przyjdzie, bo brakuje wam paru punktów, żeby być choćby realnym kandydatem. 💪🔴
No ale co tam, może za sto lat ktoś sobie przypomni Zawiercie przez pomyłkę znów z Zakopanem i będziecie mieli swoją chwilę chwały w prasie — a póki co, grajcie dalej w te swoje koszulki z zaklejanymi butami i śpiewajcie, że jesteście kimś więcej niż niczym. Bo w sumie... kim? 😏
Jeden klub, jedno życie ❤️
a niech to szlag trafi, jak ty możesz mówić, że my gramy tylko w te swoje marzenia, a tabela to jakaś abstrakcja? posłuchaj no, bo ja tam byłem parę tygodni temu na tym remisie z tymi brzeszczańskimi ciurami, i co widzisz? 300 osób na trybunie, niektórzy z dziećmi na rękach, jeden dziadek ze starym aparatem foto, co to go nosił jeszcze jak był chłopcem na mundialu w 1974, a teraz robi zdjęcia naszym chłopakom w samych skarpetkach, bo buty im zeszły na amen. i wiecie co? ten mecz oglądał dziennikarz z lokalnej gazety—nie ten co pisze o zakopiańskich gwiazdach, tylko taki, co zna nazwisko każdego napastnika w okolicy—i napisał całą stronę o tym, jak nasza osiemnastolatka z numerem 11 wbiegła na boisko zapychać rzuty rożne, bo drugiego skrzydłowego akurat bolał ząb. i co? że jesteśmy w czwartej lidze? może, ale ten dziennikarz pojechał stamtąd z takim materiałem, że nagle cała redakcja dowiedziała się, że Zawiercie to nie żadne "nic", tylko żywy organizm, co to ma swoją drużynę, swój styl i swoich ludzi, co nie uciekają od odpowiedzialności, tylko biorą butelkę coli i idą grać dalej.
i co do tego twojego Radomia—no fajnie, żeście ich rozłożyli, ale ja ci powiem coś, co ci się nie spodoba: po tym meczu jeden z ich kibiców podszedł do naszego kapitana i powiedział, że nigdy nie widział takiej solidarności na trybunie, bo u nich na meczach ludzie biją się o bilety, a u nas dzielą się ciastem. i ten facet przyjechał następny tydzień znowu, żeby popatrzeć, jak się gra w Zawierciu. i nie, nie ma tu żadnego hotela ani luksusów—ale jest coś, czego nie kupisz za żadne pieniądze: autentyczność. i to jest ta tabela, której nikt nie przeliczy na punkty—bo autentyczność nie mieści się w tabeli, kurwa, ani w mediach, ani w twoich marzeniach o awansie.
a co do tego Zakopanego—no dobra, niech ci będzie, że ktoś pomieszał, ale ja ci powiem, że nasze miasto ma więcej serca niż wszystkie tatrzańskie szczyty razem wzięte. i niech sobie jadą z tymi swoimi gwiazdami, co to nie wiedzą nawet, gdzie leży Biskupice—bo my mamy coś, czego oni nigdy nie mieli: tradycję, która nie płynie z gazet, tylko z krwi i betonu naszych trybun. i nie dbamy o to, czy nas ktoś nazwie Zakopanem, bo my wiemy, kim jesteśmy—i to jest nasza największa siła. no ale zobaczymy
Widziałem już wszystko, chłopaki.
A niech mnie, ale zapomniałem wspomnieć o tej cholernej wyżerce na Trasie Śląskiej, co to chłopaki zrobili w zeszłym roku przed derbami z Brzeszczami. Trzy busy pełne, a na parkingu przy stadionie był taki tłok, że facet z wózkiem z lodami musiał się przebijać między samochodami jak przez gęsty las—i nie sprzedawał żadnego piwa, tylko sam musiał sobie wracać po nową dostawę, bo skończyło mu się wszystko w ciągu czterdziestu minut. A po meczu? Wszyscy stali pod Bramą nr 3, bo jakaś pani z osiedla przyniosła dzbanek zupy pomidorowej i talerze plastikowe, i ludzie jedli prosto z garnków, bo nie mieli czym trzymać talerzy, a te plastikowe się szybko topiły od gorąca. I wiecie co? Ten jeden moment był lepszy niż wszystkie opowieści o tabelach razem wziętych.
Najpierw próba, potem wnioski.
Żebyście wiedzieli, jak ja to pamiętam z mojego pierwszego meczu na Biskupicach — było to w 1999 roku, niedziela, rano, a ja zaledwie dwunastolatek siedziałem na trybunie za bramą, bo mój stary uznał, że "przydadzą się młode ręce do zbierania piłek". No i co? W przerwie facet z bufetu krzyczał na całą trybunę, że skończyły mu się bułki z kiełbasą — a myśmy go obsypali chlebakami, co to mieliśmy na wychodnym, bo akurat babcia pakowała nam kanapki. I wiecie co? Ten facet płakał, jakby dostał medal — a potem oddał nam pół swojej kasy z kasy, bo "nie ma co się liczyć, kiedy taka solidarność".
No i teraz, kiedy widzę te trzy setki na trybunie i babcie z ciastami, to wiem jedno: warto. Tabela to jedna sprawa, ale ile razy widziałem, jak jakiś chłopak z pierwszej klasy szkoły podstawowej przychodzi z tatą, żeby popatrzeć na zawodników — i wraca z numerem drużyny na koszulce własnoręcznie napisany flamastrem? Przecież to nie są statystyki, to jest przyszłość. I niech mi ktoś powie, że to nie jest coś więcej niż nic — ja wiem swoje, bo noszę ten kolor w sercu od dwóch pokoleń. A co do tej medialnej pomyłki? Ech, niech sobie mylą Zawiercie z Zakopanem — my przecież wiemy, że nasze miasto bije sercem, a nie zegarem.
Mój dziadek zawsze mówił, że futbol to nie tekturowa karteczka z tabelą przyklejona do budki z lodami, tylko ten moment, kiedy stary emeryt klaska w dwuręki, a 11-latek z okolicy wbija piątkę do sieci — i właśnie wtedy słychać, że Zawiercie bije, choć nikt tego nie wpisze do Excela.
Wy tam ze swoimi "kim jesteście?", z tymi tabelkami i statystykami, macie absolutną rację: w IV lidze gramy od dwóch dekad, a Wy, którzy teraz krzyczą o punkcie, co tydzień gubicie bilety w kieszeniach od kurtki. Ale popatrzcie na to trochę szerzej — bo ile razy w tejże IV lidze któryś z was strzelił gola, który sprawił, że szatniajka w Brzeszczach miała płacz w oczach, bo ich juniorzy dopiero co skończyli żałobę po swoim trenerze, a u nas od razu zagrali hymn? Albo ile razy miejscowa gazeta zamiast pisania o "niczym" zrobiła rozkładówkę, bo pamięta, że nasz bramkarz osiemnastolatek obronił karnego w meczu, w którym sędzia trzykrotnie zapisywał go do protokołu za zbytnią agresję — co normalnie kończyłoby się czerwoną kartką?
A co do tej medialnej pomyłki z Zakopanem? Kurwa, to przecież nie jest dowcip — to zwyczajne ludzkie zaniedbanie, jak niedopieczone ciasto z piekarnika. Oni nie wiedzą, że nasze trybuny mają więcej słońca w grudniowe popołudnie niż największe kurorty narciarskie, i że kiedy przyjeżdża do nas ktoś zza Buga, to nie szuka on luksusu w hotelu nad rzeką, tylko miejsca, gdzie ktoś mu powie "siadaj, weź kawałek ciasta, bo dziś rzuty rożne zaliczyliśmy jako drugi napad".
Wy gadacie o tabelach, a my mamy drużynę, która w zeszłym sezonie wygrała na wyjeździe z ekipą o pięć lig wyżej, bo miejscowy pasterz przyjechał kibicować swoim wnukom i zagrał pierwszy gwizdek — a jego mleko do dziś stoi w szatni za honorowe trofeum. Czy to punkt? Nie. Czy to coś więcej niż nic? Spytajcie tego faceta z Radomia, który po tamtym meczu przyjechał do naszej knajpy i powiedział, że nigdy nie czuł się tak mile przyjęty w obcym mieście — bo u nas nikt nie pyta o sponsora, tylko o to, czy zostaniesz na kolację.
Więc macie rację: jesteśmy dziś w IV lidze, tabelka to suchy papier, a gazety mylą nas z Zakopanem jakbyśmy byli zbyt małym punktem na mapie, żeby zwracać uwagę. Ale powiedzcie mi, kto jeszcze ma przy wyjeździe wolontariuszy z ciastami w torbach termicznych, albo kto inny może pochwalić się tym, że ich najstarsi kibice śpiewają hymn wokalnie tak, że słychać ich aż przy starym browarze? To nie są statystyki — to DNA.
Więc ja wam powiem: fajnie gadać o punktach i medialnych błędach, ale następnym razem, kiedy komuś znowu puści się "Zakopane" zamiast "Zawiercie", zapytajcie go, czy zna historię naszego stadionu — bo jeśli nie, to niech nie udaje, że wie cokolwiek o naszym futbolu. A póki co... no cóż, dalej gramy. Bo my wiemy, że nie jesteśmy niczym — jesteśmy kawałkiem serca, które bije co sobotę, niezależnie od tego, jaką literkę ktoś napisze w gazecie.
Najpierw policz, potem się spieraj.