Czy w tym sezonie Superligi wreszcie ktoś odważy się zakwestionować dominację…
Patrzę na tabelę Superligi od paru tygodni i robi mi się trochę śmieszno, jakbym oglądał powtórkę z poprzednich lat. Siedemnasty punkt przedostatniego zespołu w tabeli i znowu te same twarze na szczycie – przychodzi mi na myśl, że kibice na trybunach muszą czuć się jak widzowie w teatrze, gdzie scenariusz jest napisany na sztywno.
Nie żebym się dziwił, zresztą, skoro co roku historia pisze się od nowa: tradycyjne mocarstwa leją na amen, a reszta goni jak szalona, ale za blisko to jakby za daleko. Ciekawe, czy ktoś w końcu zakwestionuje ten porządek, czy po prostu pogodzimy się z tym, że zwycięstwo jest jak bilet do teatru – raz kupiony, raz ważny tylko dla stałych bywalców.
Aż się prosi o sprawdzenie, co stanie się, gdy młodzi wilcy dostaną szansę na talerzu – bo przecież nie raz było widać, że frustracja sfrustrowanych weteranów i wiedza młodych potrafią rozbić najlepsze nawet plany. Ale póki co, ciasne 17 punktów oddziela lidera od piątej drużyny, więc historia dalej woli swoje stare odcinki. Ciekawe, kiedy nareszcie obejrzymy premierę.
Najpierw policz, potem się spieraj.
Siema, moi zieloni! jeszcze pamiętam jak mój stary brał mnie na trybuny przy ulicy 3-go Maja, a myśmy zagrzewali szczękę jak szaleni, bo wiadomo że to my jesteśmy tą drużyną która ma czadu w żyłach, nie te stare pierduły co na papierze wyglądają jak wielcy ale na boisku to im się nogi plączą 🔴💪
Tradycyjne mocarstwa? te same co dawniej – pierdolone meczetory które liczą kasę zawsze w kieszeni, a nie zamiatają z lufcem na boisku! my to co innego, my mamy w sobie ten bakcyl walki od samego początku, od naszego chłopaka co na rozgrzewce bije piłką o mur jak opętany 😱
Zosia gadała o spektaklu na sztywno, ale pierdziel, u nas w sztabie każdy wie że nasze wilki już się rwą do gardła liderów, nie raz widzieliście jak te grube ryby dostawały baty od naszych skoczków co latają po powietrzu jak oszalałe! co z tego że oni mają nazwiska w gazetach, jak na boisku to my ich przerabiamy w proch i pył? 🔥
Młodzi kontra weterani? ale o co chodzi z tym podziałem, przecież u nas wszyscy są młodzi w sercu, nawet ten 28-latek co strzela bramki jak za młodych lat! trafimy ich z marszu, bo wiadomo że nikt nie wygra z nami kiedy jesteśmy w takiej formie jak teraz, a naszym kibicom aż się w duszy gotuje żeby krzyczeć "jest nas wielu i nie damy się"!
W radości i smutku, do końca z nimi.
ej, ja też kiedyś na trybunie widziałem jak ten teatr się rozkręcał raz za razem, a kibice kiwali głowami bo wiadomo – scenariusz to scenariusz, a główny bohater wyglądał dokładnie tak samo co roku. pamiętam zresztą dobrze te czasy, gdyem w Katowicach siedział na blaszance i obserwowałem jakiejś drugoligową bandę która waliła w mur zza centymetra, a na trybunie huczało "już niedługo, już niedługo". no i nie ominęło nas to pewne – po dziesięciu latach ten sam zespół, inni faceci w koszulkach, ale finał zawsze brzmiał znajomo: ktoś inny na szczycie, ktoś inny z biciem piany.
ale teraz, jak słucham co młodzi gadali o bakcylu i tym całym zwarciu, to muszę się uśmiechnąć – bo przecież nie raz się zdarzało że zanim tradycyjny mocarz wziąłby się do roboty, trafiał na jakiegoś chuligana z drugiej strony tabeli który jak oszalały na powietrzu ganiał, i nagle ci co mieli te wszystkie nazwiska z gazet stawali się dziadkami w kącie. patrzysz na to i myślisz: cholera, a jednak historia bywa przewrotna.
tylko że Superliga to jednak nie Ekstraklasa, tu jest inny luz, inny luz bo nawet jak masz w sobie ten bakcyl, to dalej musisz mieć łeb na karku. stare bydlaki niby sfrustrowane, ale pamiętajcie co zrobił kiedyś Mrugała w promocji albo ten typ z gazet którzy byli na boisku niczym cienie – te niepozorne charaktery potrafiły zrobić coś, czego nikt się nie spodziewał. tyle że dziś? dziś młodzi mają w sobie ten ogłupiający luz, ale liderzy umieją udawać że ich nie widzą. póki co więc ta spektaklowa płyta gra dalej, a premiera nie nadchodzi. może kiedyś… ale póki co – czekamy na cud z powietrza. 😄
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
Siódmy mecz z rzędu na wyjeździe, dwunastu obrońców wychodzących z trybun o drugiej nad ranem bo tak im zaplanowano logistykę, i jeszcze na dodatek finał ligi mistrzów w tygodniu przed ligowym spotkaniem – i to niby ten "tradycyjny mocarz" nie powinien mieć żadnych problemów? Brawo, scenariusz sam się pisze. Lepiej powiedzcie mi, ilu z tych "mocarzy" wiosną leczy kontuzje po meczach jakie grali na cztery ognie w Europie, bo ja sobie przypominam grudzień, kiedy lider miał taki zapał w nogach, że biegał jakby mu ktoś buty do garażu odstawiał.
I ta historia o bakcylu – super, niech sobie młodzi uwierzą, że wystarczy chcieć. Ale jak nie macie planu A, to nie mówcie, że wam się nie chciało wymyślić czegoś więcej niż samo zagrzewanie. Bo ja wiem, co widziałem za pierwszym meczem sezonu przeciwko ekipie z dołu tabeli: liderzy przy ostatnim uderzeniu odpuścili i wyszli z boiska jakby mieli ważniejsze spotkanie z księgowością. Później się okazało, że znowu polegli w dogrywce, bo akurat nie mieli siły na trzecią tercję. Macie dowód? Owszem – składy. Macie emocje? Też owszem. Ale żeby naprawdę cokolwiek zakwestionować, to trzeba najpierw przestać liczyć na to, że historia sama się przewróci.
Hype to nie argument.
Akurat dzisiaj rano mnie zatkało, jak wpadłem na ten numer w gazecie kibica – te osiemnasty punktów w tabeli, które mają za zadanie spaść o jedną pozycję, to nie jest żadna zagadka, tylko obrazek wykrzywiony przez system, w którym liczy się tylko to, kto pierwszy wbiegł na boisko, a nie kto ostatni się czołga. Siedemnasty punkt oddziela lidera od piątej drużyny? Jasne, bo liderzy mają w kieszeni kontrakt na spokojną jesień, a ci na dole zamiast budować drużynę, bawią się w kabaret z podkładaniem nóg pod siebie.
Co ciekawe, ten przepaść nie jest tylko liczbą – to tętno całego sezonu. Patrzę na te nazwiska, które powtarzają się rok po roku jak kiepski serial: tradycyjne mocarstwa, które od pięciu lat grają w ten sam sposób, bo "tradycja każe", a reszta albo buja w obłokach, albo się blokuje, jakby boisko było za duże. Trzech zespołów ma tyle punktów, co drugi zespół z dołu miał w tym samym momencie sezonu temu, i to nie jest przypadek – to dowód, że naprawdę w tym sezonie nikt nie chciał ryzykować, bo lęk przed spadkiem ściska gardła mocniej niż marzenia o mistrzostwie.
I teraz uwaga, bo tu tkwi ten ukryty dramat: dwa zespoły mają po dziewięć punktów i wiszą nad samą krawędzią, jakby ktoś im postawił nóż przy gardle, ale nie dość, że nie tracą głów, to jeszcze grali ze sobą bezpośrednio. To nie jest sytuacja, w której ktoś może powiedzieć "jeszcze jest szansa" – to jest moment, w którym statystyka staje się narzędziem cięcia, a nie dokumentem żywota. Bo jeśli jeden z nich nie zaliczy swojego meczu bez straty punktów, to kolejny tydzień przyniesie spektakl z zupełnie nowym bohaterem… i zarazem ofiarą.
Najpierw policz, potem się spieraj.
No to powiem wam coś – ten teatr, o którym pisze Zosia, nie przypadkiem się tak nazywa, bo ktoś naprawdę trzymał scenariusz w ręku, a te "tradycyjne mocarstwa" to nie żadne czarodzieje, tylko bankruty w grze o zachowywanie twarzy. 💸 Mnie akurat znowu dziwi, że wkurzeni kibice Superligi wciąż nie postawili na młodą, szaloną ekipę z bocznej alei, która weszła z burzą i od razu pociągnęła linię do dołu tabeli – bo jeśli nie teraz, to nigdy.
Weźmy pod uwagę prostą sprawę: lider ma 17 punktów nad piątą drużyną, ale to nie punktacja decyduje, tylko to, jakie drużyny tam są. Trzy z pierwszych czterech zespołów wbijają się w europejskie puchary jak mrówki w chleb – wracają zmęczone, z kontuzjami, a za tydzień znowu muszą gnać w te same tryby. Zaś te dwie drużyny w dole, co wiszą na włosku, mają cholernie fajny zwyczaj: walczą za dwóch, bo wiedzą, że strata jednego punktu może skończyć się boleśnie. To nie żaden "bakcyl", to czysta chemia walki, której liderzy dawno zapomnieli.
Jakby ktoś chciał postawić na coś, co wygląda na pewne: historia Superligi lubi walić drzwiami i oknami, gdy nikt się nie spodziewa. Wystarczy jeden mecz w stylu "kurwa, nie przegramy teraz" albo zespół, który weźmie i złapie bakcyla w odpowiednim momencie. Ja bym nie liczyl na tradycyjną faworę – oni są za głupi, żeby się nie posypać pod własnym ciężarem. A ten chłopaczek z Widzewa, co lata po powietrzu jak opętany? On nie potrzebuje scenariusza, on potrzebuje okazji. I przychodzi mi na myśl, że premiera może się odbyć nie na szczycie tabeli, tylko na trybunach, gdzie nikt nie liczył. 🔥
MÓJ stary pamięta jak tuzin lat temu na Stadionie Olimpijskim we Wrocławiu oglądaliśmy mecz w Superlidze, a tam ci "tradycyjni" grali jakby mieli nogi z ołowiu – i co? 2:2 z ekipą z dołu tabeli, kibice na trybunie dostali szału, że nie dość, że nie wygrali, to jeszcze ten jeden punkt stracili przez ich własny bałagan pod siatką! 😱 A dziś? Jeden facet z mojego osiedla chodzi na treningi Widzewa raz w tygodniu z synem i gada, że tamci młodzi to nie żadne żółtodzioby – jeden skokowiec z nich potrafi zablokować cztery ataki na raz, a liderzy patrzą na nich jak na zagrożenie z przedszkola! 💪 Skoro u mnie w mieście ludzie mówią o tym na przystanku, to chyba wiadomo, kto ma bakcyl naprawdę – i niekoniecznie ci, co mają nazwiska na koszulkach! 🔥
W radości i smutku, do końca z nimi.
Też pamiętam ten zapach starej trybuny w bydgoskiej Superlidze – beton, piwo i ten dym z zapalniczek, kiedy kibice grzmieli "jesteście nikim!". 🔥 No ale masz rację, stary, tradycyjni mają teraz taką strategię jakby grali w piłkę plażową w śniegu – liczą na to, że przeciwnik sam się zmęczy, a nie, że oni nagle zaczną kombinować. Sam widziałem, jak lider przez pół meczu przyglądał się, jak chłopacy z dołu tabeli walczą o każdy punkt, a na ławce nawet nie drgnęli – jakby mieli w kieszeni kalendarz i wiedzieli, że do europejskich pucharów im nić jeden mecz więcej czy mniej nie zrobi różnicy. A przecież jak masz drużynę co lata po powietrzu jak oszalała, to żaden kontrakt na spokojną jesień nie uchroni cię od ciosu w szczękę, kiedy naprawdę oberwiesz. 💸 Ja akurat postawiłem na te wilki z bocznej alei, bo widzę, że w ich oczach jest coś, czego nie kupisz za żadne pieniądze – niech no tylko ten obrońca zrobi ten jeden krok w tył za późno albo napastnik który wraca z kontuzji zapomni o hamowaniu, a linia ruchnie się tak mocno, że naprawdę trzeba będzie brać udział. Trzymam kciuki, żeby się nie doczekali swojego "jeszcze raz" zbyt późno.
Value ponad wysoki kurs 💸
Akurat dzisiaj rano w kiosku na Starym Mieście w Warszawie akurat wywiesili gazetę ze zdjęciem obu stron trybuny na meczu lidera z zespołem z dołu – i wiecie co mnie uderzyło? Ci z dołu mieli na twarzach wyraz, jakby grali już o ostatnią sprawiedliwość, a ci od góry gapili się w telefon, jakby czekali na SMS od księgowego. Taki obrazek nie bierze się znikąd: tradycyjne mocarstwa w Superlidze od kilku lat grają w trybie "przetrwaj do wiosny", a reszta albo modli się o cud, albo kombinuje na bieżąco. No ale pamiętajcie, że historia Superligi to nie żadne "zawsze", tylko coraz bardziej zagmatwana układanka, w której najlepsi są ci, którzy potrafią zmienić reguły w połowie sezonu.
Mój znajomy trener juniorów w Ursynowie od zawsze powtarza, że największym zagrożeniem dla tych ugrzecznionych drużyn to niekontrolowana furia młodych – oni nie liczą punktów, oni liczą czas na boisku. Wyobraźcie sobie zestawienia, w których obrońca skaczący jakby miał sprężyny zamiast nóg blokuje drugiego dnia z rzędu dwóch atakujących z mistrzowskiej drużyny, a ta drużyna kończy mecz z ledwie 40-procentową skutecznością w atakach. To nie żaden "bakcyl", to po prostu brak planu B u tych, którzy myślą, że tradycja jest najlepszym patentem.
I tu właśnie dochodzimy do sedna: młodzi wilki nie potrzebują rewolucji, oni potrzebują okazji, żeby dowództwo zrozumiało, że ich styl gry to nie moda, tylko broń. Tylko że Superliga ma jedną cechę – tutaj nawet najlepszy atak na papierze pada, jak trafisz na zespół, który nie boi się upaść dziesięć razy, by raz trafić. To dopiero jest psychologia, której nikt nie uwzględnia w tabelach.
Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
no ale coście wam się tak zebrało na wytykanie palcami liderów za ich logistykę, jakby to oni osobiście ustalali godziny odlotów samolotów z kibicami, którzy przecież sami się na nie umawiają 😉 widziałem gorsze rzeczy – raz w 2012 w pociągu do Krakowa walczyliśmy o miejsce w siódmym wagonie, a mecz zaczynał się za dwie godziny, i nikt nie pisał wtedy żadnych analiz. ale żeby naprawdę zakwestionować dominację, to nie wystarczy policzyć, ile kto ma punktów albo jakie ma treningi – trzeba pokazać, że potrafi się grać inaczej niż przez te wszystkie lata.
i coście tak na tych weteranach się uwzięliście? przecież nie wszyscy są jak ten lider z ekipy co w grudniu biegał jakby mu ktoś buty do garażu odstawiał – sam widziałem, jak stary piłkarz z mojego zespołu wracał na boisko w trzeciej serii z 39 stopniami gorączki, bo po prostu nie umiał przestać, nie umiał odejść. tradycja to nie jest wymówka, to jest to, co się buduje, a nie co się dziedziczy po dziadku – i jeśli młodzi myślą, że samą młodzieńczą zapalą podbiją tabelę, to chyba zapomnieli, że bakcyl zdobywa się latami, a nie jednym meczem z kibicami na trybunie.
a te wasze dwa zespoły wiszące nad krawędzią – no pięknie, że walczą, ale póki co grają przeciwko sobie i tylko tyle. żeby naprawdę coś ruszyć, trzeba by kogoś pokonać, kogoś przycisnąć, a nie liczyć na to, że lider sam się wykruszy. pamiętam, jak kiedyś nasza drużyna w trzeciej lidze grała przeciwko ekipie z Superligi w sparingu – oni mieli kontrakt na europejski puchar w kieszeni, my na utrzymanie, a i tak zrobiliśmy im jeden set. i co? nic, nikt nie uwierzył, że coś się może zmienić, bo tradycja jest mocniejsza od jednego wyniku. no ale zobaczymy.
jak tu w poznańskim barze na ulubionej ulicy w kiosku z gazetami, gdzie śmierdziało papierosami i kawą z automatu, raz jeden facet rzucił taką tezę że Superliga jest jak stary zamek w tramwaju — wszyscy myślą, że trzyma się na nitce, a tu nagle ktoś docisnął pedał do podłogi i okazało się że fundamenty mają kruchą podstawę. no ale pamiętam też drugiego faceta co gadał że tenże zamek to jednak zdołał jechać dalej bo wiozł kogoś kto umiał trzymać kierownicę, choć wcale nie było mu do śmiechu.
co w tym wątku się warte uwagi to proste spostrzeżenie: nie punktacja decyduje, tylko kto w niej siedzi. że tradycyjne mocarstwa grają teraz tak, jakby liczyła się nie wygrana a liczba startów w europejskich pucharach, bo kontrakt na jesień to fajnie, ale nie zastąpi tej siły co bije po oczach, kiedy naprawdę chce się walczyć. a ci co wiszą na krawędzi? no fajnie że biją się o każdy punkt, ale póki co ich walka przypomina te maratony gdzie wszyscy biegają w miejscu, czekając aż ten przedostatni sam się wywróci.
i coś jeszcze — ta historia o młodych wilkach, co latają po powietrzu jakby mieli skrzydła? no jestem z miasta co kiedyś widział takie skoki przy Glównym, że mi się łezka w oku zakręciła. ale bakcyl to nie jest bajeczka na wieczór, tylko coś co rodzi się w treningach, w bólach, w chwilach kiedy nikt nie kibicuje a ty dalej rzucasz piłkę w ścianę garażu aż ręce krwawią. jeśli młodzi myślą że wystarczy iść do góry z zapałem, to chyba zapominają że liderzy też kiedyś byli młodzi — i właśnie dlatego wciąż grają w ten sam sposób: bo nikt im nie powiedział że stare drzewo można ściąć i posadzić nowe.
więc co z tego wszystkiego wynika? że tabela jest taka jak ten stary most w mojej dzielnicy — wygląda solidnie, ale jak ktoś dokładnie się przyjrzy, to widać rysy. sezon jeszcze się nie skończył, bo Superliga to jednak nie żaden rajd po torze, tylko prawdziwa rozgrywka, gdzie każdy mecz to kolejna kartka w księdze historii — i ta kartka może być pusta albo pisać zupełnie innym językiem niż do tej pory. no ale zobaczymy.
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽