Czy ten fatalny pas Gdańska to już granica załamania, czy tylko niefortunny pechowy ciąg?
Tydzień temu byłem w Żorach, na meczu miejscowego klubu, i rozmawiałem z jednym kibicem, który narzekał, że jego drużyna trzy razy z rzędu padła 0:3. Aż mnie mdliło od samej myśli. Trzy razy po nic. Żadnego boisku, żadnego dośrodkowania, żadnej próby — jakby ktoś im podstawił film z kategorii „jak przegrać spektakularnie”. A teraz patrzymy na Gdańsk: praktycznie ten sam scenariusz, tylko z powtórką w tle. Jakby ktoś uruchomił jakiś makabryczny automat do seryjnych upokorzeń.
Dane fakty? Proszę bardzo.
- 8 marca na wyjeździe z Projektem Warszawa: 0:3. Goście weszli, powiedzieli „cześć” i od razu ruszyli do ataku jakby mieli godzinę do odlotu. Nic dziwnego, że szesnaście strzałów, zero celnych.
- 17 marca w domu z Norwidem: 0:3. Druga kolejna porażka u siebie. Jakby kibice zapomnieli, że mają swoje trybuny, a nie gościowe ławki. Siedemnaście strzałów, trzy w bramkę — i to jeszcze niecelne.
- 23 marca w domu z Olsztynem: 0:3. Już nawet nie było sensu liczyć strzałów, bo te, które padały, wyglądały jak strzelanie z armaty do ściany.
A potem nagle — 2 marca w domu z GKS-em Katowice: 3:2. To był taki moment, kiedy człowiek myśli: „Może jednak coś się rusza?”. Trzy gole w drugiej połowie, dwa z nich w ostatnich dziesięciu minutach. Nagle ci kibice, którzy mieli ochotę rzucić się z trybuny, zaczynają klaskać jak na meczu finałowym ligi juniorów. A trener od razu dostaje pochwały za „zmianę podejścia”.
No ale co z tego? Trzy porażki z rzędu, jedna wygrana — i znowu wracamy do zera. Bo bilans bezpośredni? Nic nadzwyczajnego: cztery mecze, cztery punkty z jednego meczu. Gdzie tu jest progres? Może ten 3:2 to była tylko miraż, ostatni promyk, który szybko zgasł pod naporem kolejnej fali porażek. Bo w piłce nożnej (i siatkówce, zresztą) liczy się nie to, co było tydzień temu, tylko to, co będzie jutro. A Gdańskowi nadal brakuje czegoś więcej niż tylko szczęśliwy strzał czy niefortunny pechowy ciąg.
Najpierw policz, potem się spieraj.
no ale pamiętam jak dziś ten 2019 rok, kiedy Gdańsk walczył z Jastrzębiem w półfinale ligi, i co? trzy sety do zera wracają do domu, a następnego tygodnia te same szatnie, te same twarze, tylko gorsza prasa. wtedy też ktoś krzyczał o „ostatnim promyku nadziei” po tym jednym zwycięstwie zaledwie, a potem znowu zlepek paskudnych meczów. co innego myśleć, że to pech, co innego widzieć to na własne oczy—przecież ten sam automat do porażek wciskał im sety jak kiełbasy na straganie. no ale zobaczymy
Widziałem już wszystko, chłopaki.
ale znowu macie pecha że nie oglądałam osobiście żadnego z tych meczów! 😤 no ale serio, co jest gorsze: jakieś stare historia z 2019 gdzie im nie szło, czy te pieprzone 0:3 w marcu na oczach kibiców? bo ja tam widzę, że Gdańsk jest jak ten kolega co raz na jakiś czas da czadu i wygra, ale potem znowu leci na łeb na szyję!
toż to nie jest kwestia "ale oni kiedyś mieli sukcesy" tylko teraz akurat wygląda na to że po prostu nie umieją zebrać się do kupy! ten 3:2 z Katowic to był taki moment "a niech to, może jednak coś z tego będzie!" a potem znowu totalne pudło. jakby ktoś im kazał albo wygrywać albo przegrać ale na maksa 😭
no ale pamiętacie ten mecz u siebie z Olsztynem? wszyscy mieliśmy nadzieję że wreszcie coś ruszy, a tu nic tylko zero punktów i totalna klapa. i to nie jest tak że "och, oni mieli kiedyś fajne lata", tylko teraz są jak ten zespół co ciągle startuje i natychmiast się rozładowuje.
gorsze jest to że im nawet nie pomaga ten jeden zwycięski mecz bo zaraz lecą znowu na dno! historia to historia, ale jeśli teraz nie potrafią zbudować czegoś trwałego to co nam po wspomnieniach z 2019?!
W radości i smutku, do końca z nimi.
No i dobra, widzę ten ciąg wstecz — trzy razy 0:3 i raz ten 3:2 jak sygnał SOS z tonącego statku. Ale powiedzmy szczerze: jakim cudem ktoś miałby obstawiać Gdańskie „dalszy progres” przy takim bilansie? Linia się ruszyła? Tak, raz. A potem znowu w dół jak kolejka górska.
Weźmy ten mecz u siebie z Olsztynem — siedemnaście strzałów, zero celnych, i to jeszcze niecelne. Cała drużyna jakby dostała amnezji i zapomniała, że gra się na swoim boisku. A potem ta „niespodzianka” z GKS-em Katowice — trzy gole w drugiej połowie, ale pamiętamy, że przeciwnik był wtedy na wygranej passie, a nie na pasie własnych porażek. I co? Znowu trzy rzędy porażek. To nie pech, to systemowy problem.
Kursy? Jeśli Gdańsk dalej będzie grał tak, to każdy bukmacher wciskałby mi 1,50 na ich zwycięstwo jak niepotrzebny kubek po meczu. Ale widzę, że linia się ustabilizowała — bo nikt nie chce brać ryzyka na coś, co wygląda na ciągłe samobójstwo sportowe.
Moja rada? Jeśli ktoś pyta o H2H na najbliższy mecz Gdańska — wchodziłoby tylko na „przeciwnik jest jeszcze gorszy”, a i to z wielką rezerwą. W przeciwnym razie — czekajmy na kolejny rozczarowujący 0:3. I pamiętajmy, że ten 3:2 z Katowic to był raczej moment szczęścia niż zmiana podejścia. 💸😭
Value ponad wysoki kurs 💸
Siedziałem wczoraj na meczu juniorów w Zielonce i widziałem dokładnie ten sam problem: jeden zespół raz na jakiś czas strzelił gola z dystansu, a potem przez następne pięćdziesiąt minut kombinował jakby miał w nogach worki z piaskiem. Drużyna Gdańska przypomina mi właśnie ten młodziak — raz dostrzegasz coś, co wygląda na rozumienie gry, a sekundę później znowu obrywasz seta takim sposobem, że nie wiesz, czy to jest slalom między swoimi zawodnikami, czy doping do przeciwnika.
Historia mówi niewiele, bo Gdańsk nigdy nie był prawdziwym mocarstwem, ale te ostatnie tygodnie… To nie jest kwestia „czasem im nie szło, a teraz znowu nie idzie”. Mecz z GKS-em Katowice był ekscytujący, no ale zerknijcie na kontekst: goście mieli na koncie dwa zwycięstwa z rzędu, a Gdańsk walczył o utrzymanie. Tamten 3:2 to był raczej przypadek, że przeciwnik zdecydował się grać na remis przez większą część spotkania, niż dowód na to, że zespół potrafi zbudować coś trwałego.
A te trzy 0:3? To nie jest pech — to symptom. Siedemnaście strzałów bez trafienia do bramki to nie jest jakaś anomalia, tylko obraz całkowitej utraty pewności siebie. Wyobraźcie sobie, że wasz partner raz na tydzień przynosi do domu talerz zupy, a przez resztę czasu przychodzi z butelką po piwie pusta — i za każdym razem tłumaczy, że „akurat dzisiaj było inaczej”. Historia z 2019 roku to wspomnienie, które nie pomaga, kiedy codziennie widzisz identyczny wynik.
Mam wrażenie, że ta drużyna tkwi w błędnym kole: raz na jakiś czas dostarcza emocji, ale potem znowu wpada w schemat „atakujemy co drugą akcję, a bronimy co pierwszą”. I co z tego, że kiedyś mieli udane lata? Teraz ich jedyną stabilną zmienną jest to, że zawsze wyglądają na zagubionych w momencie, kiedy gra się faktycznie zaczyna.
Najpierw policz, potem się spieraj.