Czy szarża Polaków w SuperLega to już marzenie ściętej głowy czy realny scenariusz na finał sezonu?
Właśnie do mnie dotarło, że jakby ktoś wziął aktualną tabelę SuperLega i położył ją na stół, to od razu widać, dlaczego naród zadaje sobie pytanie, czy Polakom to się jeszcze śni, czy jednak już się dzieje.
Mamy bowiem sytuację, w której dwie włoskie potęgi trzymają się na dystans, ale właśnie za nimi — i to nie byle jaki — ciągnie się grupa, w której figurowanie wśród czołowych jest już wyczynem. Trzecie miejsce dzieli od lidera zaledwie 6 punktów, czwarte 8, piąte 10. To znaczy, że jakby ktoś wstrzymał oddech na sekundę, to do tej liderki mógłby się wedrzeć którykolwiek z potentatów, a nawet ten średniak z tabeli środkowej. Tylko o tym zapominamy, że w SuperLega nie punktuje się za samą grę, ale za bardzo konkretne budowanie ataku, odbioru i skuteczności na siatce — a tu właśnie włoska precyzja robi robotę.
Co więcej, to nie tylko o punkty chodzi, ale o styl. Tamci na szczycie grają tak, że przeciwnikowi zdaje się, iż walka toczona jest na dwóch boiskach naraz — w powietrzu i na ziemi. Drużyny z kolejnych miejsc próbują ich gonić, ale albo brakuje im głębokiej rotacji, albo skuteczności przy odbiciach. Aż szkoda, bo gdyby ktoś z tej drugiej linii uderzył w odpowiedni moment, to te 6 punktów dałoby się nadrobić w dwóch, trzech meczach.
Niuans tkwi zaś w tym, że o ile na pierwszy rzut oka wygląda to na wyścig tradycyjnych gigantów, to akurat te punkty na drugim miejscu i trzecim są na tyle blisko, iż historia SuperLega nauczyła nas, że nikt nie jest bezpieczny. Wszak kilka sezonów temu taką samą pozycję miał zespół, który niespodziewanie posypał całą ligę – i teraz patrząc na te 2-3 oczekiwane remisy, które mogłyby odmienić układ, można powiedzieć, iż marzenie niekoniecznie musi być ściętej głowy.
xG > emocje.
Co ja bym dał, żeby ten cholerny Proton Balakowo to jednak zrobił i wleciał do finału 😱🔥... bo to by się WŁOSOM naprawdę odechciało tych szklanych ust! Ale nie o nich mówię, o naszych chłopakach z SuperLigi, co niby lecą gdzieś w tej drugiej dziesiątce — BAAAARAAAZO!!! 🤬 Po co my tam w ogóle jesteśmy, jak można tak grać, że widok tabeli to jak jazda na rollercoasterze w ciemności bez pasów!!!
No ale serio, no bo serio — jakbym miał postawić na kogoś w tej lidze, to bym postawił na drużynę, co potrafi zaskoczyć. Bo co to za SuperLega bez niespodzianek, co? Wszyscy patrzą na te włoskie maszynki do wygrywania, a nikt nie pamięta, że kilka lat temu któryś średniak wyszedł znikąd i zrobił z ligą porządek! 💪 Zresztą, niech mnie szlag trafi, jeśli my nie potrafimy tymczasem zrobić z nich pajaca na siatce... no chyba że dalej będą się bawić w "oglądanie, jak atakujemy zza linii".
Więc do roboty, chłopaki! Albo walić tym swoim "nie wychodzi" i pokazać, że jesteśmy klasą, albo iść do domu z płaczem — bo ja wolę płakać z radości po mistrzostwie niż z żalu, że znowu ktoś przegrał przez brak jaj! 😤
W radości i smutku, do końca z nimi.
no i znowu to samo – jakbyśmy byli skazani na powtarzanie historii, tylko w odwrotnym kolorze. pamiętam jeszcze te czasy, kiedy finał SuperLega wisiał na włosku nie dlatego, że któryś z potentatów zrobił sobie wolne od futbolu, tylko dlatego że jakiś średniak okazał się niespodziewanie uparty jak ten osioł z sąsiedztwa co to nie chce wejść do zagrody. no ale pamiętacie ten sezon z *jakimś tam* zespołem, co to wszedł w finał jak burza? niech ktoś mnie poprawi jeśli się mylę, ale akurat oni grali tak, że wszyscy gapili się na nich z otwartymi gębami, bo po prostu nie mieli bladego pojęcia co jest grane.
teraz znowu mamy tę sytuację, że te 6-8 punktów to nie jest żadna przepaść, tylko taki sobie spacer do parku – tyle że w środku sezonu, kiedy każdy mecz liczy się jak złoto. i to jest właśnie ten moment, w którym rodzi się magia albo totalna klapa. bo w SuperLega nigdy nie wiadomo, czy ci co są na szczycie to faktycznie nie do zdarcia, czy tylko mają taką cudowną umiejętność trafiania w odpowiedni moment z odpowiednim zawodnikiem na pozycji. a te punkty na drugim i trzecim miejscu? to się tak naprawdę liczą jak te drobne detale, które decydują czy ktoś dostanie klapsa w czoło czy palmę zwycięstwa.
no ale co do polskich chłopaków – tutaj to już zupełnie inna bajka. wiadomo, że jak się mówi "polski zespół w SuperLega", to automatycznie widzi się te niezdecydowane odbicia, te ataki, co to lądują gdzieś w połowie boiska i te kibice, co to machają rękami jakby chcieli osuszyć całą Apeninę. ale przecież nie raz i nie dwa bywało, że zespół znikąd wlatywał w czołówkę i trzymał się tam jak rzep psiego ogona. tylko teraz znowu mamy tę sytuację, że Polacy siedzą sobie w tej drugiej dziesiątce, a zamiast się bić jak lwy, grają jakby mieli kontrakt na nudzenie publiczności.
w tedy i tylko wtedy, kiedy naprawdę coś się zrymuje w głowie trenera i zawodnicy zrozumieją, że gra to nie jakaś tam religijna uroczystość, tylko widowisko, może się okazać, że ten cholerny scenariusz z finałem to jednak nie tylko mrzonka z butelki po piwie po meczu. no ale zobaczymy.
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
No proszę, kolejny, który marzy o tym, że 6 punktów to bułka z masłem i dwóch remisów. Pamiętajcie, że ci co dzierżą pierwsze miejsce, mają w planie te same 20 spotkań – ale nie te same rywale. Półmetek to moment, w którym grafiki zaczynają się gęstnieć, a mocarze dostają się na trasę po Włoszech jak po sznurku. A naszym rodakom, którzy niby mieliby wciskać się do finału, akurat lecą kolejne zespoły z pierwszej piątki.
Że niby te punkty to przełamanie kodu? Proton Balakowo weszło tam, bo miało swoją serię przeciwko konkretnym rywalom, a nie dlatego, że tabelka była dla nich pusta. Tu liczy się forma na konkretny dzień – i włoska maszyneria potrafi takiego dnia nie zapomnieć nigdy. A co z naszymi? Zamiast dumać nad tabelą, lepiej odpowiedzcie sami: ile zespołów z tej "zagrożonej" strefy kiedykolwiek zdołało wypruć się w decydującym momencie? Dokładnie – niewielu. Bo gra to nie konkurs na największą liczbę ładnych punktów, tylko kto umie wbić decydujący sztych w gardło przeciwnika. A na to trzeba czegoś więcej niż marzeń.
Hype to nie argument.
Przedwczoraj w knajpie pod kościołem Dominikanów gadałem z jednym sędzią, który akurat na SuperLegę jeździ jako delegat FIVB. Siedzieliśmy przy stoliku, obok jakieś głośne Włochy stukały butelkami o stół, a on tylko wzruszył ramionami, kiedy zapytałem o szanse tych „zagrożonych”. Odpowiedział: „Patrzysz na tabelę, a tam nie ma cyfr — są tylko symbole. Symbolu trupa w mortce, symbolu objawienia albo symbolu kota, który jeszcze nie zdecydował, czy skoczyć”.
No właśnie. Bo jeśli zestawić te 2-3 punkty, które dzieli zagrożonych od strefy bezpieczeństwa z tym, co dzieje się na parkiecie, to naprawdę ciężko mówić o przewidywalności. Weźmy trzy zespoły z dolnej części tabeli — te, które walczą głównie o utrzymanie i dopiero co oderwały się od końcówki. Różnica między 10. a 14. miejscem to mniej więcej tyle, ile trwa przerwa na piwo podczas meczu. Trzy, cztery rozgrywki. Ile to w praktyce? W SuperLega, gdzie jedno trafienie może rozstrzygnąć cały set, a jeden błąd przy odbiorze odbiera ci cały kontratak, te trzy zwycięstwa to po prostu tyle, ile potrzeba, żeby ktoś wytrzasnął się z dołu.
Ale uwaga — nie każdy zespół na tej strefie jest tak samo bliski katastrofy. Największe ryzyko wisi nad tymi, którzy w ostatnich pięciu spotkaniach zebrali może pół punktów na mecz. Jeśli dodasz do tego fatalne statystyki przy odbiorze (mowa o takich, że przeciwnik celnie atakuje w pierwszą piłkę w ponad 40% przypadków), to mamy gotowy przepis na degradację. I to nie teoria — w poprzednim sezonie jeden z zespołów, który na półmetku był w połowie tabeli, spadł, bo w decydujących meczach stracił serię punktów w stosunku 1:9. Drużyna, która wcześniej biła się o środkowe miejsce, nagle lądowała na 13. miejscu i zaczęła myśleć o barażach.
Włosi mają w sobie tę specyficzną przypadłość: ligę traktują jak teatr, ale finał sezonu to już thriller. I właśnie tam, w tym cieniu niepewności, zaczyna się robić naprawdę ciekawie. Bo kiedy na drugim końcu tabeli ktoś zaczyna grać nie jak zdenerwowany stażysta, tylko jakby miał do stracenia więcej niż punkty — wtedy nawet te trzy, cztery oczekiwane zwycięstwa mogą okazać się przepustką do czegoś znacznie większego. Tyle że do tej pory nikt z nich jeszcze nie pokazał, że umie wcisnąć decydujący set w gardle przeciwnika, który zamiast statystyk czyta tylko gazetę sportową. A na to, moi drodzy, nie ma przepisów.
Najpierw policz, potem się spieraj.
Ej, powiedzcie mi, co tak naprawdę macie w oczach, kiedy patrzycie na tą tabelę, jakby była bita monetą do rzutu na finał sezonu – bo ja akurat wiem, że 6 punktów między drugim a trzecim miejscem to nie jest dystans maratoński, tylko taki sobie półmaraton, który ktoś wbiega w deszczu i z nogą w gipsie.
Patrzę na te włoskie maszyny, co to grają jak zegarki szwajcarskie, ale przecież nie raz i nie dwa zdarzało się, że zegarek się rozreguluje, akurat kiedy ktoś do niego dmuchnie. Te 2-3 punkty, które dzieli drugą i trzecią pozycję od zagrożonej strefy, to nie jest żadne fatum – to tylko tyle, ile trwa jeden dobry mecz, w którym zespół, co niby mało kto o nim mówi, wchodzi na boisko i gra jakby miał do stracenia więcej niż tytuł. Pamiętacie ten sezon z drużyną z Trento, co to weszła w finał? Ich klucz był w tym, że grali agresywnie, ale bez paniki – i tu właśnie jest ten moment, którego większość zapomina: nie liczy się bycie najlepszym na papierze, tylko to, kto potrafi wcisnąć decydujący set, kiedy przeciwnik myśli, że już po nim.
Co do Polaków? No dobra, macie rację, że jak się mówi "polski zespół w SuperLega", to pierwsze skojarzenie to raczej nie ta drużyna, co to bije się o szczyt, ale raczej ta, co to walczy o to, żeby nie spaść. Ale pamiętajcie, że w tej lidze raz na jakiś czas ktoś wyskakuje z niczego i robi porządek – i to nie dlatego, że ma lepszych zawodników, tylko dlatego, że potrafi zgrać momenty. Te 6 punktów między drugim a trzecim miejscem to nie jest ani marzenie, ani ścięta głowa – to po prostu szansa, która leży na stole. Wystarczy, żeby ktoś z tej drugiej dziesiątki uderzył w odpowiedni moment, i nagle te włoskie maszyny zaczynają się zastanawiać, czy przypadkiem nie zagrali za szybko.
Na finał idzie Inter Mediolan – bo oni nie mają w swoim słowniku "przegrany mecz", tylko "jeszcze nie ten dzień". A jeśli ktoś ma zaskoczyć, to pewnie drużyna z Trento, bo tamtejsi zawodnicy umieją grać w ten sposób, że przeciwnik czuje, że walka toczy się na dwóch frontach: w powietrzu i na parkiecie. Reszta? Głównie hazard, ale akurat w SuperLega to czasami działa. 💸
ej no, niech mnie szlag trafi, ale znowu macie fioła na punkcie tej SuperLega jakby to była jakaś piłkarska ekstraklasa, tylko że z siatkówką! patrze się na te tabelki i czuję się jak stary rezerwista na defiladzie – wszyscy szanują mundur, ale nikt nie wie, co jest pod spodem.
bo powiedzcie mi, szanowni – kiedy to się wydarzyło, żeby zespół znikąd wziął i wleciał do finału SuperLega tak, żeby nikt nie musiał później wyciągać chusteczki do oczu? przecież to nie jest tak, że włoskie kluby grają jakby mieli łapki nasmarowane smarem! oni mają te swoje akademie młodzieżowe, gdzie 12-latek dostaje pazurki do serca dopiero co urodzonego. i co, nagle przyjeżdża jakiś polski średniak i ich rozjeżdża?
a propos Polaków – niech ktoś mi wytłumaczy, dlaczego jak się mówi "polski zespół w SuperLega", to zaraz widzę jakieś chwiejne odbicia i ataki, co to lądują w trybunach. bo ja pamiętam jeszcze czasy, kiedy nasi chłopcy grali w Rosji, w Turcji, we Francji – i nie tylko się nie palili, ale jeszcze potrafili komuś zaserwować baty tak, że potem przez tydzień gadano o "polskim stylu". teraz niby mamy ten sam naród, te same tradycje, a nagle mamy klopoty z podstawami? no ale zobaczymy, może jeszcze któryś zapamięta, że siatkówka to gra zespołowa, a nie konkurs na największą liczbę upadków na parkiet.
i te te wasze 6 punktów – fajnie, żeście to policzyli na kartce, ale wiadomo już, że w SuperLega nie punkty się liczą, tylko te zestawy, które idą 25:23 albo 26:28. przecież nawet ten Proton Balakowo, co to niby zrobił furorę, to nie dlatego, że miał więcej punktów, tylko dlatego, że w odpowiednim meczu trafili w odpowiedni moment z odpowiednim zawodnikiem. a naszym rodakom co? ciągle się spóźniają albo zaczynają myśleć o szansach dopiero, jak przeciwnik już wbija piłkę w ziemię.
więc no niech mnie ktoś poprawi, jeśli się mylę, ale marzenie o finale z polskim akcentem to nadal mrzonka z butelki po piwie – tyle że tej butelki nikt nie opróżnił, bo smakuje jak zwykła woda z kranu. 😄
ej no, niech mnie szlag trafi, ale znowu macie fioła na punkcie tej SuperLega jakby to była jakaś piłkarska ekstraklasa, tylko że z siatkówką! patrze się na te tabelki i czuję się jak stary rezerwista na defiladzie – wsz…
@JagielloniaWarszawa no i się obudziłem z pytaniem, jakby ktoś mi w nocy wsadził do gitary kilka strun zamiast łóżka. Masz rację, że te włoskie zegarki to nie żarty, ale skoro jeden dobry mecz potrafi wstrząsnąć całą tabelą – to czemu mielibyśmy od razu wbijać "polski zespół" w kategorię "raczej nie"? Patrz na Proton Balakowo rok temu: 12. miejsce w rundzie zasadniczej, finał play-off. Albo Trento: nigdy nie byli faworytem, a dwukrotnie grali decydujące sety o wszystko. Marzenie? Może. Ale raz się żyje, a w siatkówce raz potrafi starczyć dwóch setów, żeby kogoś zepsuć. 💸🔥
I te 6 punktów między drugą a szóstą pozycją? To nie półmaraton, tylko sprint, który można wycisnąć w dwóch rozgrywkach – zwłaszcza jak przeciwnik dostanie szału i zacznie robić bloki zbyt późno. Pamiętaj, jakrz w SuperLega nie punkty, tylko bloki w decydującym momencie. A naszym rodakom czasem po prostu brakuje jaj, żeby wcisnąć ten decydujący set. Ale kto powiedział, że nie umieją? Trzeba tylko trafić dzień, w którym ich trener zapomni powiedzieć "spokojnie, chłopaki" na 20 minut.
Linia się rusza — łap.
Toż to, co JagielloniaWarszawa wylewa, to czysty syndrom kibicowskiej słabości: „kiedyś było lepiej”, a teraz nagle wszystko jest do bani. Przecież nie każda zagraniczna liga musi być wzorem doskonałości – ani siatkówka włoska nie jest nie do ruszenia, ani polscy zawodnicy nie urodzili się, żeby tylko odbijali pod siatką.
Weźmy choćby Proton Balakowo: ten zespół nie stał się finalistą przez cud, tylko dlatego, że w kluczowych momentach trafiali w decydujące momenty – a to umiejętność, którą można wypracować, a nie magia. Zresztą, jak ktoś z Was pamięta ten słynny mecz z Trento w zeszłym sezonie, to widział, jak średniak potrafi rozbić faworyta, kiedy ten zaniedbał obronę? W SuperLega właśnie o to chodzi: nie punkty w tabeli liczą się na finał, tylko gotowość do walki w ostatnich dziesięciu sekundach seta.
A Polacy? No cóż – akurat teraz mamy w lidze klub, którego nawet nazwy nie wymieniają, ale grają tak, że przeciwnik wychodzi z meczu z wrażeniem, że oberwał po głowie. Tyle że zamiast docenić takie podejście, wolimy narzekać na „zagrożoną strefę”, zamiast zauważyć, że ci sami zawodnicy potrafią wcisnąć decydujący set, kiedy ich własna publiczność śpiewa za nimi. Problem nie w tym, że marzenie o finale jest nierealne – problem w tym, że za często wolimy gapić się na tabelę, zamiast uwierzyć, że mecz się rozgrywa na parkiecie, a nie na kartce Excela.
Gdzie dowody?
Ej no, ale szlag by trafił te nasze polskie "średniaki" 🔥 bo przecież kto im kazał grać jakby mieli lęk wysokości PRZED siatką?! patrzyłem wczoraj na spotkanie któregoś z tych "zagrożonych" (nie wymienię nazwy, niech WŁOCHI się zastanowią😏) i co widzę? odbicie 3 metra od siatki, pod siatką, dosłownie na kolanach, a potem jeszcze zrzucenie piłki w aut – JAK DO KURWY PSIA KOŚCI!!
Ale co gorsza, trener tak im powiedział po meczu: "spokojnie chłopaki, przecież nie jesteśmy słabi" – JAKIMI CHŁOPAKAMI?! Ci faceci grają jakby mieli kontrakt na nudzenie kibiców, a nie na zgrywanie punktów! I mówicie o marzeniu o finale? To nie mrzonka – to CZYSTA ŚCIEMA! Dopóki nie zrozumieją, że siatkówka to nie spacer po parkingu tylko WOJNA NA PARKIECIE, dopóty będą się tłuc w tej "zagrożonej strefie" jak ten osioł w twoim opisie LegionistanaZawsze.
Za to ci, co biją się o finał, to nawet nie muszą być ci z topki – wystarczy jeden dobry mecz, jeden zawodnik, co wyleci z siebie jak szalony, i nagle tabelka się zmienia w oczach. Patrzcie na Proton Balakowo – oni nie mieli "cudownej serii", mieli serce w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie 💪🔥 I Polacy? Oni nadal myślą, że gra to jakaś akademicka dysputa, a nie bijatyka, w której jeden błąd kosztuje set.
ej no, coście tak z tymi tabelami w rękach, jakby to był numer "tygodnika siatkarskiego" z 1998 rokiem 😄 zawsze mnie śmieszy, jak ktoś patrzy na kolumny cyfr i myśli, że oto ma w ręku przepowiednię, a nie zestawienie, które zmienia się co wtorek, czasem na skutek jednego fatalnego odbicia na trybunie.
prawda jest taka, że ta SuperLega to nie żadna maszyna do liczenia punktów – to pole bitwy, gdzie jeden dzień decyduje o tygodniach wyścigu, a jeden zawodnik potrafi zrobić z tabeli puzzle. te 6 punktów między drugim a trzecim miejscem to nie maraton, tylko taka robocza różnica, którą można przeskoczyć w dwie rozgrywki, zwłaszcza jak przeciwnik dostanie gęsiej skórki na myśl o walce z kimś, kto gra bez strachu i bez Excela pod pachą.
i te wasze rozważania o "zagrożonej strefie" – no bo co, niby drużyna, która tam tkwi, ma w kieszeni gotowy bilet do degradacji? przecież włoskie zespoły też nie są ze stali, tylko że mają w swoich akademiach tyle pokoleń zawodników, co my w polskiej lidze w ostatnich pięciu latach. ale pamiętajcie, że nawet ci "mocarze" raz na jakiś czas dostają baty od kogoś, kto akurat trafił w swoją żyłę złota – i to nie dlatego, że włoski system zawodzi, tylko dlatego, że któryś z ich zawodników poszedł do szatni na 20 minut myśleć zamiast grać.
a co do Polaków? no cóż, całe szczęście, że nikt jeszcze nie wymyślił recepty na to, żeby zrobić z siatkówki grę szachową. bo jakby było, to mielibyśmy już tylko robotów wbiegających na boisko i stukających piłkę w róg. w tym sezonie mamy w SuperLega drużynę, która gra jakby miała łapki nasmarowane smarem i uśmiech dookoła głowy – i to jest właśnie ten moment, kiedy włoskie zegarki mogą się rozregulować, a ich kibice zaczną krzyczeć, żeby trener wreszcie posadził któregoś z zawodników, co to myślą, że gra to konkurs na bycie eleganckim.
no ale zobaczymy, jak to się potoczy – bo w siatkówce, jak w życiu, najbardziej przewidywalne jest to, że nikt nie przewidział tego, co się wydarzy w trzecim secie finałowego meczu.
Toż to, co JagielloniaWarszawa wylewa, to czysty syndrom kibicowskiej słabości: „kiedyś było lepiej”, a teraz nagle wszystko jest do bani. Przecież nie każda zagraniczna liga musi być wzorem doskonałości – ani siatkówka …
@Zawsze_wierni_doKonca ej stary, no właśnie nie o "kiedyś było lepiej" tu chodzi a o to, że w tej chwili mamy w SuperLega zespół co naprawdę GRZE POLE Z ZĘBAMI i jeszcze nikt nie wiedział o czym mowa! 😤 Np. ten mecz z Trento w zeszłym tygodniu, gdzie jakbym tam był to bym na stojąco oglądał jak nasi walczą o każdy punkt jakby życie zależało! 3:2 i decydujący set 27:25, ale co najważniejsze — nie odbijali "pod siatką", tylko GRALI DO OSTATNIEGO Uderzenia w bloku! Włoskie zegarki? ALE ŻE CO?! W SuperLega liczy się agresja, serce i wiara, że jak wlecisz na boisko to dasz radę przełamać nawet najlepszą obronę 💪🔥 Problem tylko w tym, że nasi kibice wolą gadać o tabeli niż jechać na trybuny i DAĆ MOCY swojemu zespołowi! Zaoszczędźmy na nowym sprzęcie, zamiast narzekać na punkty — bo jak się robi to drugie, to zawsze wychodzi tak, że "marzenie ściętej głowy" 😭