Czy SPS Siedlce potrafi walczyć naprawdę tylko z sobą — skąd nagłe 3:0 z Katowiczanami i…
No do cholery, toż te niedzielne poranki w Siedlcach muszą być jak wizyta u lekarza: zdrowo wbijasz, licytujesz, a jak cofniesz się o parę kroków — od razu diagnoza. Trzy razy na wyjeździe w ciągu miesiąca na łeb na szyję, a u siebie w tym samym okresie dwa razy golniesz po trzy bramki. Coś tu śmierdzi bardziej niż po przerwie zimowej, kiedy organizm jeszcze nie ochłonął.
Weźmy te dane na tapetę — bo one nie kłamią, choćbyśmy nie wiem jak chcieli dopisać sobie happy endy. Projekt, Rzeszów, Zawiercie: zero punktów, dziewięć straconych bramek, ani jednej strzelonej. Tyle, że ani jeden z tych zespołów nie grał wczorajszej ligi europejskiej, więc nie powinno być mowy o jakimś magicznym "wyższym poziomie". Z drugiej strony — Katowice i Barkom Volley: siedlczanie strzelają trzy, cztery, za to tracą jeden, zero. Wszystko w czterech meczach, w odstępie trzech tygodni.
Jeszcze raz zerknijmy: przychodzisz do Siedlec, stajesz na murawie — a tu nagle padaczek miękki, kibice wrzeszczą, sędzia dmucha, a goście wychodzą jak rażeni gromem. Ale jak dasz im się ruszyć — już po sprawie. Czytaj dalej: GKS i Barkom Volley to przecież drużyny, które teoretycznie powinny siać postrach w Ekstraklasie. A tu okazuje się, że jak tylko przyjadą do Siedlec, to tracą więcej bramek, niż stracili przez cały listopad w sumie.
Można by pomyśleć, że ten stadion to jakaś świętość, magiczna aura albo po prostu kawałek idealnej trawy, który działa jak psychodelik na rywali. Ale nie zapominajmy, że na wyjeździe nie ma żadnych objaśnień — tamci zawsze grają tak samo, a naszym się coś jawi w oczach. Może to coś zupełnie trywialnego: kontuzje kluczowych zawodników w krytycznych momentach, fatalne decyzje sędziowskie, a może po prostu zbyt duże luzowanie na treningach? A może te trzy gole u siebie to wynik konkretnego schematu, który akurat pasował do tych rywali, ale na wyjeździe ten schemat rozpada się jak domek z kart?
Coś mi się widzi, że ktoś powinien mocno usiąść do stołu i pogrzebać w danych. Bo jeśli Siedlce naprawdę mają dwie twarze — jedną dookoła murawy w domu, drugą wszędzie indziej — to albo mamy do czynienia z klasycznym "przekrętem systemu", albo po prostu problem leży głębiej niż myślimy.
Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
no i teraz pomyślałem sobie o tym meczu z Jastrzębiem w 2017, kiedy przyjechali do Siedlec i wyszli jak zmyci — 3:0, a potem jeszcze popisowy Maciej Fijałek z kwitkiem na ścianie boisku, no ale tamci byli w formie, nie ucieknę od tego. tylko że wtedy nikt nie krzyczał o aurze ani magii, bo stadion w Siedlcach to nie żaden zaklęty krąg, a Murapol Arena wcale nie była żadnym sanktuarium — po prostu nasza ekipa wiedziała, jak przyjąć mocnych, a Jastrzębie mieli akurat seryjny kryzys formy, nic więcej.
ale co do tego czegoś co się dzieje teraz — to nie pierwszyzna, żebyśmy widzieli u siebie taką dysproporcję, wam jeszcze te czasy z Kubą Rybickim i mistrzowską rolą pod jego okiem nie przeszły do lamusa, no ale widzę, że młodzi tego nie pamiętają. pamiętam jak dzisiaj ten drugi mecz z Projektem w zeszłym sezonie, kiedy na własnym parkiecie wywaliliśmy ich 3:0, a tydzień później w Warszawie straciliśmy szansę na punkty bo system im zaskoczył — dziś bym powiedział, że wtedy też mieliśmy dwie twarze, tylko nikt nie pisał o "systemie", bo nikt nie miał czasu na te bajki o akomodacji. dziadek Wójcik by to nazwał po prostu złym przygotowaniem na zmianę warunków, no ale zobaczymy
Widziałem już wszystko, chłopaki.
siema!! no nie mogę uwierzyć że ktoś tu wciąż wciska bajki o "aurze" przy Murapol Arenie, jakby to był jakiś mekka siatkówki hahah😱
szczerze? ja tam byłem na tym 3:0 z Katowicami i... NO BA, serio, co 10 minut byliśmy w blokach, oni nic nie mogli ugrać, a jak szli do ataku to od razu dostałi rykoszet w twarz. ale na wyjeździe? projekt zrobił nam pranie mózgu dosłownie, rzucili nas na ścianę jak worek kartofli. i tu jest pies pogrzebany — nie magia, nie aura, tylko fakt że nasi chłopcy nie umieją ADAPTOWAĆ SIĘ w ciągu 24 godzin!
pamiętam jeszcze ten mecz z Projektem w zeszłym roku, jak mieliśmy ich 3:0 w Siedlcach... a potem w Warszawie to było totalne zero punktowe, zero kontroli, zero agresji na siatce. jakie tam "historia", jakie "tradycje" — to jest po prostu SZKOŁA PRZYGOTOWANIA!! jeśli jutro pojedziemy do Zawiercia i nie wiemy co robić jak dają nam 3 punkty z rzędu na naszym ataku... no to nie ma co się dziwić, że odwalają się od nas jak od gorącej pieca 🔴🤬
serce mówi mi jedno — albo wstaną i nauczą się walczyć NIEZALEŻNIE od warunków, albo będą latać od stadionu do stadionu i wyglądać jak idioci. bo dwie twarze to nie żadna fortuna, tylko dowód że komuś się poprzestawiało w głowie albo w planowaniu!!!
Siedlce na Murapol Arenie robią robotę, ale to nie żadna magia tylko wytłumaczenie zawodne na wyjazdach. Trzy czyste porażki z rzędu — to nie pech, to dowód na brak elastyczności w grze, kiedy coś idzie nie po ich myśli. Projekt, Rzeszów, Zawiercie — wszystkie drużyny, które normalnie nie są rekinami ligi, a u siebie kopią w kalendarz. Ale coś mi tu śmierdzi jeszcze mocniej: jakiego gówna szukaliście, że komuś udało się wygrać u Siedlców? Ostatnie cztery mecze u siebie, dwa czyste zwycięstwa, jeden gol stracony i drugi zaledwie jeden. Barkom Volley i Katowice to nie żadne beksy — raczej ekipy, które powinny siać postrach, a tu nagle tracą więcej bramek w jednym meczu niż przez pół sezonu.
Czytałem coś o Jastrzębiu w 2017, ale to był inny świat — teraz nie chodzi o magię stadionu, tylko o to, że wasza drużyna jest jak te koksy co palą tylko w kominku. W domu fajnie, za progiem — walnięci w dół. A teraz pokażcie mi, kto dałby wam kurs na "Siedlce nie przegrywają u siebie"? Bo ja bym dał 1.80 i nawet nie mrugnąłem 😭 Wygląda, że ten zespół nauczył się grać TYLKO pod presją kibiców i sędziów, a jak przyjdzie ten moment bez dodatkowej dawki "wznioślego klimatu", to lecą na łeb na szyję.
Trend jest jasny: jeśli nie zmienią podejścia do przygotowania i mentalności, to każdy wyjazd to loteria z niskim ROI. Czyli mówiąc prosto — nie stawiam nawet jednego złotówki na ich następne spotkanie na cudzym boisku. Więc jeśli ktoś ma ochotę sięgać po value, to szukajcie gdzie indziej, bo tu albo wrzeszczycie na treningach, albo płacicie za szkolenia, które nic nie dają 🍺💸
Value ponad wysoki kurs 💸
Dziś w Siedlcach deszcz lał jakby ktoś odwrócił niebo do góry dnem, a murawa na Murapol Arenie błyszczała jak lizak po przerzucie. Siedziałem w szóstej ławce za bramką, patrzyłem, jak nasi blokują wszystko, co się rusza, i pomyślałem sobie: no dobra, facet, masz tutaj idealne warunki do pracy — trawa równa jak parkiet w operze, publiczność tak blisko, że czujesz zapach czyjegoś hot-doga, a rywale mają cyrk zamiast ataku. Ale to nie aura, tylko konkretna robota na treningu, bo wszędzie indziej wychodzi na to, że ktoś zapomniał wgrać nową taktykę na pendrive’a.
Fakt jest taki, że trzy gole w domu to nie żadne misterium, tylko wynik znajomości swoich warunków. Siedlce mają mały, ale cholernie dobrze zorganizowany system gry — i zaskakująco małą tolerancję na błędy przy swoim serwisie. Kiedy trafiają na zespoły, które ich nie znają i nie są w stanie od razu dostosować bloków, to jest właśnie ten moment, w którym przeciwnik dostaje wolny tor na atak, a nasi tracą impet. Stąd te trzy czyste porażki na wyjazdach: Projekt, Rzeszów, Zawiercie — wszystkie miały jeden wspólny mianownik. Nie to, że Siedlce grają fatalnie, tylko że te drużyny były w stanie postawić nas w sytuacji, gdzie nasz główny oręż — szybki kontratak po bloku — przestawał działać, bo nasi blokersi nie mieli czytelności w ustawieniu albo podawali zbyt wysoko, a atakujący dostawali zablokowane piłki prosto na siatkę.
Zastanówmy się nad tym tak, jakbyśmy mieli do czynienia z symulacją gier planszowych. W domu zawsze wiesz, jakie masz karty: boisko, kibice, schemat rywala. Na wyjeździe dostajesz talię bez regulaminu — albo potrafisz improwizować, albo lecisz z powrotem do pudełka. Siedlce w czterech meczach na własnym terenie pokazały, że potrafią trafić w konkretnego rywala, ale problem pojawia się, kiedy ta „karta” leży na stole raz, a potem znika — bo przeciwnik zmienił ustawienie albo po prostu nasi się rozleniwili w fazie przygotowania. No bo weźmy ten mecz z Katowicami: trzy punkty w setach, ale zero zagrożenia ze strony GKS-u po stronie podań. Czyli mieliśmy do czynienia z drużyną, która nie umiała zakłócić naszej gry środkowej, bo my sami byliśmy w stanie narzucić tempo. Ale już w Warszawie, Rzeszowie, Zawierciu — tam nasi tracili szybko inicjatywę i lądowali w pułapce kontr ataków, bo nikt nie umiał odpowiednio odczytać ruchów przeciwnika.
Co gorsza, historia powtarza się jak zły kawałek na płycie. W zeszłym sezonie mieliśmy 3:0 u siebie z Projektem, a tydzień później w Warszawie goniliśmy piłkę jak szczeniaki. To nie magia, to lenistwo w podejściu do tematu adaptacji. Jeśli twój plan bazuje tylko na tym, że „u siebie zawsze wiemy co robić”, to prędzej czy później trafisz na drużynę, która cię zaskoczy — i nagle okaże się, że twoje „dwie twarze” to nie żadna tajemnica, tylko dowód na brak elastyczności.
Mnie to przypomina trochę sytuację mojego kolegi, który uczył się francuskiego przez pięć lat metodą „czytania gazet na co dzień” i w efekcie potrafił powiedzieć „pain au chocolat” i „bonjour”, ale jak trafił do Lyonu i kazano mu zamówić kawę, to dopiero zdał sobie sprawę, że bez znajomości realiów codzienności jest jak bez języka. Siedlce nauczyły się grać w określonym środowisku, ale bez umiejętności przełożenia tej wiedzy na inne warunki ich gra staje się jak tekszty powtarzalne — świetne na własnym podwórku, beznadziejne poza nim.
I tu dochodzimy do sedna: historia mówi, że jak przychodzi co do czego, to albo zmienisz podejście, albo będziesz latał od porażki do porażki. Siedlce mają potencjał, ale póki ich sukces zależy od magii stadionu, a nie od umiejętności dostosowania się do nieznanych okoliczności, to każdy wyjazd to loteria — i to taka, na której nie warto stawiać.
Najpierw policz, potem się spieraj.