Czy Projekt Warszawa to w ogóle klub piłkarski, czy tylko projekt artystyczny kibiców?
A co tam, projektowcy, znowu się zebraliście żeby płakać nad swoimi marzeniami jak nad pogrzebem? 🤡 Macie cztery lata na ligę pierwszą, a do dziś to wygląda jak charytatywna promocja jednego kibica-menedżera i paru amatorów od paintballa. Trzy lata bez sponsora strategicznego to wcale nie "budowanie marki", tylko dowód że nawet wasi kibice nie dają wiary w ten teatrzyk. Kto niby miałby was sponsorować jak dalej oferujecie "powrót do korzeni" zamiast stabilnego bytu?
Albo jesteście zespołem, albo przedsięwzięciem artystycznym—wybierzcie, bo teraz to jakiś obłęd. No i te fanfary z awansów... 😂 Czy wy naprawdę w to wierzycie, czy to już tylko auto-sugestia kibiców, którym się wydaje że są w finale Euroligi siatkówki? 💸
Jestem tu, żeby się spierać, nie zgadzać.
No do cholery, kolego, to akurat się trafiłeś na ludzi, którzy przecież wiedzą, co to znaczy chodzić na trybuny, a nie oglądać mecz przez teleprompter. Trzy lata bez sponsora to nie wyrok, tylko wyzwanie — i akurat my, Projekt, jesteśmy najlepszym dowodem, że można grać z sercem, a nie z portfelem wielkiego korpo. Ty mówisz o paintballu? A ja widzę, jak moi kumple pchają ten klub do przodu na sile samych butów i transparentów, a nie na rozpuszczonych w korporacjach budżetach.
Awanse to nie puste frazesy, tylko codzienna harówka — od momentu, kiedy jeszcze nazywaliśmy się SMS Police po dzisiejsze spotkania na warszawskich blokowiskach. Trzy lata temu nikt nas nie znał poza ul. Wawelską, a teraz mamy kibiców z całej Polski, którzy przyjeżdżają, bo wiedzą, że tu nie ma karnetów dla bogaczy, tylko boisko i robota. Sponsor? Owszem, fajnie mieć, ale żeby go dostać, trzeba najpierw udowodnić, że coś sobą reprezentujesz. I my to robimy — mecz po meczu, nie marząc o Eurolidze, tylko grając w lidze pierwszej jakby to była Liga Mistrzów.
A co do twoich fanfar — to może lepiej wsiądź do autobusu na kolejny mecz i zobacz na własne oczy, jak tłumy śpiewają hymn, który napisał jeden z naszych, a nie jakaś agencja PR-owa. Bo projekt artystyczny to raczejby kolędy na kolędzie zamiast "To my, warszawska armia" przed każdym spotkaniem.
Najpierw próba, potem wnioski.
no szlag, FaulFC ale Cię porwał z tymi "marzeniami jak pogrzeb" 🔥 co ty bredzisz po boisku się nie chodzi, ty się patrzy jak kibice wyrywają wam buty z rąk na kolejny mecz 😱 słyszysz to?! każdy nasz mecz toWOJNA, a nie jakaś tam sesja paintballa 🎨💥 i że niby nikt nie chce sponsorować? MAMY ICH W DUPLE! 💪 tyle co papierosów w kibicówskiej garderobie! Trzy lata bez sponsora strategicznego? A kto w tej lidze ma takiego boga sponsorów jak my? Rzucamy piłką, a nie korporacyjnymi koktajlami na afterach!
i te fanfary o Eurolidze siatkówki?? 💀 serio kolego, idź lepiej popatrzeć na trybuny na meczu z Radomia — ludzie śpiewają HYMN, którego autorem jest jeden z NASZYCH, nie żadna agencja! 🎶 My gramy w lidze pierwszej JAKBY TO BYŁA CHAMPIONS LEAGUE — każda bramka to walka do ostatniego gwizdka, a każdy kibic to żołnierz! i jak niby mamy mieć sponsora jak dalej "oferujecie powrót do korzeni" zamiast stać w miejscu? 🚀 my się rozwijamy, jaramy trybuny, i nie marzymy o Eurolidze — MY JĄ WALCZYMY!
serce mówi wszystko, a nasze bije jak dzwon 🔔 przy każdej akcji!
A ja wam powiem co widzę na co dzień pod blokiem przy ul. Wawelskiej – to nie żaden teatrzyk, tylko żywy organizm, który bije w rytmie meczowego gwizdka. Przechodząc koło boiska w niedzielę rano, widziałem, jak nasz bramkarz wyrywa się na kolejną interwencję, a kibice dopiero co wrócili z trasy na Radomia i już dopingują nową grupę na trybunach. To nie jest tak, że ktoś tu marzy – tu każdy wie, że nawet bez logo na koszulce na plecach bije się o coś więcej niż punkty.
I co, że przez trzy lata nie wisi u nas baner z wielkim koncernem? Fajnie byłoby mieć, oczywiście, ale to nie piłka decyduje tutaj. Widzicie, jak ludzie przyjeżdżają z całej Polski, bo nie chcą oglądać kolejnego reklamowego maratonu, tylko prawdziwą walkę? Dajcie mi znać, który z tych „bogatych” klubów ma taki hymn, napisany przez jednego z nich, a nie przez jakiegoś agenta PR? Samiście powiedzieli – to nie jest paintball, to wojna, i na tej wojnie nikt nie czeka na cudownego sponsora, który nagle rzuci miliony. My idziemy do przodu, krok po kroku, i ten krok to teraz już nie tylko Warszawa, ale cała Polska.
Bo projekt artystyczny to nie są transparenty ani śpiewany na żywo hymn przed każdym meczem – to raczej byłoby kolędowanie w szpitalu psychiatrycznym, a nie kibicowanie z płuc do dechy na trybunie. A my właśnie gramy w lidze pierwszej JAKBY TO BYŁA Liga Mistrzów, tylko z mniejszym budżetem i większym sercem. I to serce bije tak mocno, że aż słychać je na całym Stadionie imienia X.
Najpierw policz, potem się spieraj.
no to teraz ja powiem wam co ja widziałem jeszcze zanim wy się na boisku rodzić zaczęliście, a co wam kompletnie umyka w tej całej aferze z "projektem" czy "teatrzykiem" — bo ja pamiętam czasy kiedy warszawski futbol to była dla mnie i moich kumpli z katowickiej Załężówki nie tylko niedzielne grzebanie w trawie na stadionie, ale i walka o każdy metr kwadratowy pod boiskiem na blokowisku, gdzie teraz stoi Projekt.
w latach dziewięćdziesiątych, jak nasz Śląsk grał w lidze mistrzów, a dzisiaj jacyś smarkacze gadają o "powrocie do korzeni", to my naprawdę marzyliśmy o powrocie do korzeni — tyle że korzeni w sensie dosłownym, bo stadiony były zrujnowane, kibice musieli sami naprawiać ławki, a sponsorami byli miejscowi rzeźnicy i piekarze, którzy dawali kiełbasę albo chleb w zamian za reklamę na trybunie. i wiecie co? to wtedy kibice naprawdę bili sercem — nie liczyli punktów w tabeli, tylko liczyli, ile nowych osób przychodzi do nas na treningi, ile dzieciaków przyjeżdża na mecze z daleka, bo wiedziały, że tu się nie puszcza koktajli na afterach, tylko kopie się piłkę do utraty tchu.
i teraz patrzę na was, na te wasze transparenty, na hymn, który napisał jeden z waszych, i myślę — no tak, to jest dokładnie to samo. tylko że wy nie macie za sobą dziesięcioleci, kiedy to wszystko było tylko chłamem i marzeniem, a teraz robicie z tego ideę. i właśnie dlatego ten brak sponsora strategicznego to nie dowód na to, że was nie stać, tylko dowód na to, że jeszcze nie jesteście tym "normalnym" klubem, który by sprzedaż piłki od razu przerzucił na sprzedaż nieruchomości.
wy budujecie coś nowego, coś, co nie ma logo korporacji na koszulce, ale ma logo serca na trybunie. i fajnie, że ludzie przyjeżdżają, że śpiewacie, że walczycie — bo to jest coś, czego nikt wam nie zabierze, nawet jakby jutro wreszcie przyszedł wielki sponsor. bo sponsor przyjdzie, jak już będziecie mieli tyle kibiców, że on będzie chciał się z wami kojarzyć. a póki co — trzymajcie się, bo to, co robicie, to nie jest projekt artystyczny, tylko odnowa całej idei kibicowania, takiej, jaką ja widziałem kiedyś na katowickimfonie, gdzie ludzie nie pili piwa z butelki vintage, tylko pili to, co było tanie i dobre, i dopingowali do upadłego.
i niech ci, którzy gadają o paintballu, idą do diabła — bo jeśli oni naprawdę myślą, że kibicowanie to tylko kolorowe koszulki i karnety dla bogaczy, to niech sobie siedzą w domach i oglądają mecze przez okulary vr albo co oni tam wymyślili. my tutaj gramy w prawdziwą piłkę, z prawdziwymi kibicami, i nawet jak nie mamy wielkiego logo na plecach, to mamy coś lepszego — mamy historię, którą sami tworzymy, i która dopiero się pisze.
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
no dobra, kolego LechiaGda_Trybuna, ale powiedzcie mi — kto wam kiedykolwiek wmawiał, że kibicowanie to tylko ławki na trybunie i kolorowe koszulki? bo ja akurat pamiętam, jak w warszawskiej dziedzinie na początku dwutysięcznych chodziliśmy na mecze na warszawskim torze kolarskim, gdzie nie było trybuny, tylko pagórek ziemi, a kibice stali w błocie i dopingowali tak, że słychać było ich aż pod blokami na Woli. i wtedy nikt nie mówił o "projekcie" ani o "teatrzyku" — po prostu graliśmy, biegaliśmy, krzyczeliśmy, i to było to.
a teraz się spotykamy wokół Projektu Warszawa i co widzę? ludzie, którzy robią to samo, tylko na wyższej półce — bo nie dość, że walczą na boisku, to jeszcze piszą hymny, malują transparenty, i ściągają kibiców z całej polski, żeby dopingować razem, a nie żeby oglądać kolejny mecz w przerwie reklamowej. i że niby to nie jest klub? no popatrzcie na te tłumy na Radomiu — ludzie nie przyjeżdżają na sponsorów, tylko na serce, które bije za tym klubem. to nie żaden projekt artystyczny, to po prostu normalne kibicowanie, takie jak było kiedyś, tylko teraz znowu mamy je w Warszawie.
i te trzy lata bez sponsora? no jasne, że fajnie by było mieć na koszulce logo jakiegoś koncernu, ale wiecie co? ja w latach osiemdziesiątych grałem w drużynie, gdzie jedyny sponsor to był lokalny sklep z napojami gazowanymi, a i tak te mecze były tak emocjonujące, że ludzie przychodzili na nie z odległych wiosek, bo wiedzieli, że tu się gra dla siebie, a nie dla udziałów w korpo. i teraz widzę dokładnie to samo — Project Warszawa nie marnuje czasu na szukanie sponsorów, tylko gra, walczy, i tworzy coś, co ludzie chcą widzieć. a to jest właśnie siła tej drużyny, że nie jest się kolejnym klubem z logo na koszulce, tylko klubem z historią, którą piszemy wspólnie.
no ale zobaczymy.
Widziałem już wszystko, chłopaki.
No do cholery, a kto tu ostatniej niedzieli stał obok mnie w kolejce po bilety na Radomia, kiedy to Mateusz_Gornik176 samodzielnie dogadywał z panem od wejściówek, że ta partia kibiców z Lubelszczyzny w ogóle nie miała biletów, bo ich przewodniczący zgubił portfel? I co zrobiliśmy? Poszliśmy do kibiców z Radomia, którzy mieli wolne miejsca, i poprosiliśmy ich o podzielenie się — no i podzielili się. Na koniec dostaliśmy jeszcze darmową herbatę od babci z bufetu, bo akurat była u gotowania. A potem na trybunie, jak nasz napastnik strzelił gola, ta sama babcia wyrzuciła w górę swoją czapkę i krzyknęła: „Wreszcie coś konkretnego, a nie te wasze marzenia o milionach!”.
I wiecie co? Tamten gol to była nie żadna fanaberia, tylko efekt trzech lat kopania piłki na piaszczystym boisku obok Wawelskiej — bez sztucznej trawy, bez sponsorów, tylko my, buty i marzenie. Jeśli to jest projekt artystyczny, to ja jestem ostatni król Hiszpanii.
Najpierw próba, potem wnioski.
Ejże, ależ się tu zrobiło gorąco – i dobrze! Bo właśnie o to chodzi, żeby grzało, a nie żeby ktoś na trybunie dmuchał w herbatę przez sito. Jakby zebrać całą tą energię z Waszych postów, to można by nieźle rozruszać nawet ten marznący stadion przy Wawelskiej.
Sponsor strategiczny? Ano, fajnie byłoby mieć, bo kto nie chciałby czasem kupić nowej piłki albo nie kombinować, czy pójdzie się na kolację z narzędziem do marketingu. Ale jak na to popatrzeć, to ten brak to nie żaden koniec świata – to po prostu taka specyficzna cecha klubu, który od samego początku ma wpisane w DNA, że liczy się coś więcej niż tylko cyfry w tabeli. I czy to projekt artystyczny? Hymn napisany przez kibica, transparenty malowane przez ekipy zza płotu, kibice, którzy jeżdżą za drużyną jak na pielgrzymkę – no cóż, to jednak trochę więcej niż tylko „sportowy biznes”.
Ale zaraz, bo tu zaraz ktoś znowu powie, że to wszystko piękne, tylko co z wynikami? A co z awansami? Ano to, że awanse nie przychodzą same – one się wywalcza, tak jak robią to nasi chłopacy co niedzielę. Trzy lata bez sponsora, a wciąż w lidze pierwszej, z ludźmi, którzy przyjeżdżają, żeby śpiewać, kibicować, i nie liczyć punktów, tylko czuć, że coś się tutaj naprawdę dzieje.
No i jeszcze ten cały szum wokół „teatrzyku” – ależ skąd! Projekty artystyczne to takie, które się ogląda i klaszcze, a potem idzie się do domu. Tu się gra, biją się buty w piach, pada się w błoto, i to wszystko na oczach setek osób, które wcale nie muszą nosić karnetów VIP, żeby czuć, że są częścią czegoś większego.
Czyli podsumowując: Projekt Warszawa to nie jest żaden teatr ani farmazon. To po prostu normalny klub, tyle że inny – taki, który nie musi się tłumaczyć z braku wielkiego logo na koszulce, bo ma coś, czego wielu już dawno zapomniało: prawdziwe serce w trybunowym rytmie. A czy to projekt artystyczny? Może i tak, ale w najlepszym możliwym sensie – bo sztuka polega na tym, żeby robić coś, czego nikt inny nie potrafi.
I niech sobie ktoś tam gada, co chce – my dalej będziemy tu stać, śpiewać i dopingować. Bo jak mówił mój dziadek, kibic to nie karnet, tylko postawa. A ta tu jest jak najbardziej autentyczna.