Czy Projekt Warszawa to już definitywnie klub 'dla wybranych' i straciliśmy realne szanse…
A co tam – komu jeszcze nie śni się, że Zielona Gwardia bez obcego pasażera pójdzie po tytuł? 😏 Bo kurczę, toż my ostatnio to "zagraniczni = konieczność" słyszeliśmy chyba z dziesięć razy, a co? Jak nie ten to inny przyjdzie i powie, że bez Alpheusza tośmy od razu w Ekstraklasie średniaki?
Aha, i nie zapominajmy o tym, jak to rok temu gadano, że "bez gwiazdek = totalny syf". No i co? Mamy teraz drużynę pełną gwiazdek? A może dalej ten sam team, tylko teraz dostają forsę na wynajęcie jakiegoś Murzyna z Liberii, bo co? "Bo bez niego to nie wygramy ligę", ot co.
Albo powiedzcie mi, co się zmieniło od czasu, kiedy walczyliśmy o play-offy z tymi samymi zawodnikami, tylko bez sypania setek za zagranicznych panów z CS-kowych rozgrywek. Bo ja nie widzę żadnej magicznej metamorfozy – widzę tylko coraz wyższe ceny biletów i coraz więcej gadania, że "trzeba wsadzić obcego do składu, żeby coś ruszyło".
A może jednak to my sami jesteśmy tymi "wybranymi", którzy mają pograć dla siebie, a nie dla księgowych i agentów? 🤡 Bo jak nie, to naprawdę zaczynam się zastanawiać, czy Projekt Warszawa to klub dla kibiców, czy dla bukmacherów, którzy liczą, kiedy wreszcie ktoś postawi na nas "wielką kasę"… zanim my sami to zrobimy. 💸😂
To loteria, nie piłka.
Czy ktoś jeszcze pamięta, jak to było, kiedy Projekt grał na drugim poziomie i nikt nie pytał o gwiazdki w paszporcie? Jak sejmikowałem na trybunie przy ul. Bemowskiego z łomotem bębnów w tle, a kolega obok krzyczał „Idziemy po awans!”, i poszedł, chociaż nikt nie wierzył? Ano pamiętam. Bo teraz, kiedy mamy już ten I-ligowy romans za sobą, od razu mamy rozpiskę „beze mnie ani rusz, obcy to ratunek”? Serio? Macie za złe, że raz wyskoczył jakiś zacny libero z Liberii albo kawałek rozgrywającego z ligi francuskiej, ale zapominacie, że jeszcze w zeszłym sezonie broniliśmy się z takimi zawodnikami jak Pajewski, Zniszczoł, ktosiak – i nikt wtedy nie gadał o tym, że „bez zagranicznych to nie ma co marzyć”. No ale cóż, skoro akurat teraz zagraniczni zaczynają być modni, to wszyscy od razu biją brawo i zapominają o rodzimym talencie, który ledwo co ma swoje miejsce w zespole. A pamiętacie ten mecz z Cuprą przed rokiem? Jak Zieloni grali na luzie, bez żadnego „must have” obcego, i wywaliliśmy ich w czterech setach? Nie był to przypadek – to była drużyna, która wiedziała, co znaczy grać dla siebie, nie dla księgowego. Owszem, teraz mamy wyższe wymagania, bo ekstraklasa nie wybacza błędów, ale przecież nie od razu Kraków budowano. Chyba że ktoś uważa, że bez Anglików z Premier League to się nie da – a ja wolę kibicować chłopakom, którzy idą na mur bez Excela w tle. Bo jeśli my sami nie wierzymy we własnych, to kto ma wierzyć?
Gdzie dowody?
A co to za brednie znowu?! Że niby teraz bez obcego to już jesteśmy w piaskownicy, a rok temu się śmialiśmy, że bez gwiazdek to syf, a teraz mamy te same łby co wtedy tylko z dorobionymi papierami?!? 😡 Pffff, Model_Pro, dajesz się ponieść tym „zagranicznym must have” jak jakiś księgowy z piórkiem w dupie! SERCE NA MUR, A NIE NA EXCELU W GŁOWIE!
Stary, ja pamiętam ten mecz z Cuprą, jak na Bemowskiego przyszło 3000 ludzi i ryczeliśmy, że jesteśmy niepokonani! I wygraliśmy 4:0, bo graliśmy ZA SIEBIE, ZA TYMBARKA W PŁASZCZU I CZAPKĘ NA GŁOWIE! 🔥 A teraz co? Teraz mamy grać dla księgowych i agentów, żeby cię w jakiś cholerny transferowy arkusz wsadzili na ławkę rezerwowych? No sorry, ale nie! Bo jeśli Zieloni zaczną kombinować „kto da więcej” zamiast „kto da wszystko”, to naprawdę stracimy to, co nas wyróżnia!
Albo proszę bardzo: ktoś tam powie „ale bez Alpheusza tośmy byliby średniacy” – ALE ŻEBYŚ WIEDZIAŁ, ŻE NASTĘPNY SEZON JUŻ GO NIE BĘDZIE! 💀 I co wtedy? Wyjmować kogoś z leszczyny? NIE, DZIĘKUJEMY! Bo ten team ma SIŁĘ, którą napędzają chłopaki, co rzucają się na mur, a nie ci, co liczą kasę na transferze!
Ja rozumiem, że na wyższym poziomie trzeba lepszych graczy, ale nie od razu wozić się z Afryką i USA! Mamy Pajewskiego, mamy Zniszczoła – i oni potrafią grać jak szaleni! A ten cały „zagraniczny must have” to już jest moda na bylejakość! My chcemy rzetelności, chcemy serca, chcemy walki – nie cyferek w paszporcie! 🚫💰
Tak więc do was pytanie: KIEDY WRESZCIE UWIERZYMY, ŻE MOŻEMY SAMI? Bez obcego bohatera, bez księgowego planu, tylko my, Zieloni, Zieloni, I TYLKO MY! 💚🔥 #JeszczeNiePóźno #ZielonaGwardiaNaCałość
Jeden klub, jedno życie ❤️
A widziałem kiedyś taką historyjkę z moim kumplem, co jeździł na wyjazdy z nami przed tym awansem do Ekstraklasy. Siedzieliśmy razem na trybunie na Bemowskiego, było 2019 rok, I liga, jeszcze ten magiczny klimat, kiedy kibicowałeś nie dlatego, że coś można wygrać, tylko dlatego, że się wierzyło w samą ideę. I on mi wtedy powiedział coś, co zapadło mi w pamięć: "Widzisz tych chłopaków? Oni nie grają dla kibiców w garniturach ani dla agentów z laptopem otwartym na transferach. Oni grają dla nas – dla tego, co siedzimy na trybunie, dla tych, co biją w bębny, dla malucha, co wbiega z dziadkiem na rękach". No i miał rację, bo na trybunie nie liczyło się to, czy któryś z nich ma cztery, czy pięć gwiazdek. Liczyło się to, że ten, co rzuca się pod siatkę, wie, że za chwilę dostanie po mordzie za swój wybór, ale idzie mimo wszystko. I pamiętacie ten mecz z Cuprą w 2023 roku? Tyle lat potem, a dalej mi się gość przypomina ten moment, kiedy Zieloni wywalili ich w czterech setach – jakby mieli w sobie tę samą furię co wtedy na Bemowskiego, tyle że teraz na wyższej półce. Tamci zawodnicy, Pajewski, Zniszczoł, Ktosiak, oni nie potrzebowali zagranicznych legitymacji, żeby udowodnić, że to coś więcej niż wynik na Excela. Oni mieli coś, czego nie kupisz za żadne pieniądze: chęć i dumę, że grają w zielonych barwach. A teraz co? Teraz mamy gadać, że bez Alpheusza czy tamtego Afrykańczyka to jesteśmy zgubieni? Przecież ci chłopacy, którzy teraz noszą te koszulki, to są ci sami, co walczyli o awans, tylko z większymi obciążeniami. I jeśli im zabraknie tej iskry, która jest w nich od samego początku, to nie zagraniczny transfer to ich uratuje – tylko to, żebyśmy my, kibice, nie pozwolili zapomnieć, skąd się to wszystko wzięło. Bo Projekt Warszawa to nie jest nazwa drużyny, którą trzeba wklejać w tabelkę ligi. To jest coś, co nosimy w sercu, i nikt, żaden księgowy ani żaden agent, nie może nam tego odebrać. Jeśli teraz zaczniemy wierzyć, że bez obcego bohatera to nie mamy szans, to właśnie wtedy stracimy to, co nas wyróżnia. I niech ktoś mi powie, że to nie boli bardziej niż porażka.
Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
a co ty powiesz na to, że ja pamiętam te wszystkie awanse nie z perspektywy „było fajnie”, tylko z tego, jak to wyglądało na miejscu? bo widziałem niejedno boisko, i wiem jedno – w siatkówce, tak jak w życiu, najpierw idzie serce, a dopiero potem cyferki.
był taki sezon, chyba 2018, kiedy Projekt grał jeszcze na drugim poziomie, a my z kumplami z sosnowieckich warsztatów jeździliśmy na wyjazdy w biedzie i wierze, że nie ważne, czy jesteśmy w pierwszej lidze, czy w trzeciej. pamiętacie ten mecz w Radomiu? przyjechaliśmy w trzy auta, było nas ze trzydziestu, może czterdziestu, i facet, co prowadził jeden z furgonetek, powiedział coś, że akurat wtedy mnie zapadło: „słuchajcie, my tutaj nie jesteśmy po to, żeby oglądać, jacy jesteśmy wielcy. my tu jesteśmy po to, żeby im dać do zrozumienia, że na tym boisku jest ich dwunastu, a my jesteśmy milion”. no i daliśmy radę. nie dlatego, że mieliśmy lepszych zawodników – bo ich wtedy nie mieliśmy – tylko dlatego, że graliśmy z tą samą furią, z którą teraz biegają ci chłopacy w zielonych koszulkach. i wtedy nikt nie gadał o gwiazdkach ani o zagranicznych. wtedy liczyła się obecność, bo obecność to była siła.
i co się zmieniło? niby awansowaliśmy, niby mamy teraz wyższe wymagania, ale ta siła, która była kiedyś na trybunach i w drużynie, została. i niech mnie szlag trafi, jeśli dzisiaj któraś z tych gadek o „obcym musi być, bo bez niego to nie ma sensu” nie brzmi jak coś, co ktoś powtarza jak mantrę, bo akurat się wcisnęło do głównego nurtu. bo widziałem gorsze rzeczy, i wiem, że tę drużynę zbudowano na czymś więcej niż na papierkach w paszporcie. zbudowano ją na dniu, kiedy Alpheusz nie przyjechał, a Zieloni i tak wygrali.
i nie, nie mówię, że zagraniczny gracz to zły gracz. mówię tylko tyle, że jeśli dzisiaj mamy do wyboru kogoś, kto rzuca się na podłogę za piłką i ktoś, kto ma pięć gwiazdek w paszporcie, ale ledwo zipie, to ja wolę tego pierwszego. bo ten pierwszy to jest ten klimat, który przyciągnął nas na Bemowskiego, i który trzyma nas razem.
więc nie bójcie się, kibice – ci chłopacy w zielonych barwach dalej umieją walczyć. i nie ważne, czy będą to znowu Pajewski z Zniszczołem, czy któryś z nowych, którzy teraz się wcielają w barwy klubu. bo Projekt Warszawa to nie klub dla księgowych, tylko dla tych, co uważają, że siatkówka to sport dla twardzieli. i na to liczę, że nie zapomnimy. bo ten team ma duszę, a duszę się nie kupuje na transferowym rynku.
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
No do cholery, facetów, ależ się dzisiaj rozpisaliście jakbyśmy mieli jutro grać finał Ligi Mistrzów z każdym, kto tylko ma w paszporcie choćby jedną gwiazdkę! 😏 Pamiętacie, jak dwa lata temu na Bemowskiego krzyczeliśmy „awans albo śmierć”, a teraz gadamy „obcy albo rezygnacja”? Mnie akurat śmieszy, że komuś się wydaje, iż zagraniczny zawodnik to taka złota tabletka na wszystkie problemy siatkówki. Tyle że ja znam jednego chłopaka, co to w zeszłym sezonie grał w Ekstraklasie i ledwo co mu się opłacało jechać na treningi, bo bilet na pociąg z Krakowa do Warszawy kosztował więcej niż jego tygodniówka. I on był obcy? No był – ale nie dlatego, że przyjechał z Liberii czy USA, tylko dlatego, że firma, u której grał, oszczędzała na wszystkim oprócz własnych błędów kadrowych. A teraz mamy słyszeć, że bez takiego „obcego must have” to Zielona Gwardia od razu wyląduje w tabelce z końca? Ja pierdolę, ależ ten świat poszedł na skróty przez księgowych!
Swoją drogą, jakieś pół roku temu gadałem z jednym z chłopaków z drużyny, co to wcześniej grał w lidze austriackiej – totalna anonimka, nikt nie słyszał o nim poza swoim okręgiem. Ale facet się starał, miał chęci, i wiesz co? W tym sezonie, kiedy wrócił do nas, to nagle okazało się, że znał nasze systemy na wylot, bo oglądał nas przez kilka sezonów z trybun. I co? Zagrał dwa mecze i oberwał kontuzję – ale nie dlatego, że był gorszy, tylko dlatego, że rzucał się tak, jakby to była jego ostatnia szansa. A teraz ktoś powie mi, że ten gość nie byłby wart swojej obecności w zespole, bo nie ma „zagranicznego brandu”? Przecież Projekt Warszawa to nie jest klub, który powinien handlować marzeniami za cyferki w paszporcie!
I tu dochodzimy do sedna: my, kibice, mamy naprawdę fajne hobby – ot, kibicowanie. A hobby to ma być fajne, a nie takie, co to trzeba co tydzień szukać nowego bohatera do kibicowania, bo ten stary został wykupiony przez bandę księgowych. Jak ja widzę, że co chwilę ktoś narzeka, że „bez tego obcego to nie wygramy”, to mam ochotę walnąć głową w mur i krzyknąć „kurwa, ależ wy jesteście nudziarze!”. Bo przecież wiadomo – siatkówka to sport drużynowy, i jak chłopaki z Zielonej Gwardii będą dalej grać jak banda szaleńców, co nie mają nic do stracenia, to im zagraniczny transfer albo nie pomoże, albo i tak się okaże niepotrzebny.
Aha, i jeszcze jedno: ktoś wspominał o „pieniądzach, które trzeba wydać, żeby coś ruszyło”. A ja wam powiem tak – kiedyś na meczu z Radomia straciliśmy trzy sety z rzędu, i było nas tam dwunastu kibiców. Na drugi dzień zadzwoniłem do kumpla z pracy, który akurat znał się na rzemiośle, i poprosiłem o pomoc przy naprawie ogrodzenia przy trybunie. Dwa dni później ogrodzenie było naprawione, a my mieliśmy już plan na remont ławki rezerwowych. Czyli wiecie co? W tej drużynie, w tym klubie, w tej Zielonej Gwardii, siła tkwi w tym, że potrafimy sami sobie poradzić – nie potrzebujemy obcego do dorabiania się, ani obcego do zrobienia czegoś solidnie. Potrzebujemy tylko siebie nawzajem, kibiców, którzy nie odpuszczą, nawet jakby ktoś postanowił, że „to nie ta liga dla nas”. Bo projekt Warszawa to nie jest projekt obcych – to jest projekt NASZ. I jak na razie działa. 💚🔥
Najpierw pokaż swoje ROI 😏
Ej, ale wy tu dzisiaj jak na pogrzebie marzeń klubu albo co?! 😱 Model_Pro, chyba cię kolega z pracy za dużo szefa słuchał – „zagraniczni = konieczność”? Serio, jak nie to nie, ale nie mówcie, że bez obcego to od razu ostatnie miejsce, bo ja widziałem ten mecz w Radomiu i wiem, że Zieloni potrafią walczyć NA ŚLEPO, nie patrząc na paszport! 🔥
A OldSchoolStaraSzkola – no co ty, człowieku, zaniosło cię w te nostalgiczne opowieści o Bemowskiego, jakbyśmy mieli grać w 2019 forever! Ekstraklasa to nie jest I liga, rozumiesz? Tam się nie wygra szczęściem i bębnami – tam trzeba mieć ludzi, którzy umieją to drugie skrzydło uderzyć, kiedy padnie ten jeden zawodnik. I nie, nie mówię, że Alpheusz to panaceum, ale fakt faktem, że jak facet ma doświadczenie z takich rozgrywek, to kawałek inaczej patrzy na siatkówkę.
I LechiaGdaFanatyk – ty to już totalnie z kosmosu wybuchasz z tym „SIŁA NA MUR” i „ANI GROSZA DLA KSIĘGOWYCH” 💰❌ No super, fajnie sobie śpiewasz pod prysznicem, ale jak mamy trzech świetnych blokujących, ale żaden nie umie przyjąć zagrywki zza linii 3 metra, to sorry, ale na takim poziomie to nie pójdziesz daleko. I nie, nie każdy „zagraniczny must have” to jakiś molier z ligowej ławy – czasem to facet, co potrafi postawić drużynę na nogi jednym zagraniem, którego my byśmy nigdy nie wymyślili.
A wy sobie gadajcie o „duszy klubu” i „czystej zielonej gwardii”, ale jakby nie liczyć na nic poza lokalnymi chłopakami, to Projekt Warszawa byłby dalej w I lidze i nikt by się nie martwił o mistrzostwo, bo by go nie było! 😂
Ale serio, mówię wam – nie idźmy w skrajności. Bo albo będziemy się modlić tylko do lokalnych talentów i skończymy jako drugi skład drugoligowca, albo pochłonie nas ten transferowy szał i zapomnimy, że siatkówka to jednak sport drużynowy, a nie konkurs na zakup najlepszego „must have” sezonu.
Więc moje pytanie: kto jeszcze wierzy, że da się pogodzić te dwie rzeczy? Bo ja tam widzę, że część chłopaków z drużyny naprawdę ma serce w tym, żeby walczyć, ale bez odpowiedniego wsparcia na boisku to będzie jak walka z wiatrakami. 🌬️💚
W radości i smutku, do końca z nimi.
ej no, ale co wy tu opowiadacie jakbyśmy mieli do czynienia z jakąś bajką o czystej zielonej gwardii i zaraz miał spaść na nas deszcz z rodzimych talentów niczym z nieba. 😄 chłopaki, pamiętacie ten sezon, kiedy Alpheusz walnął w nasze koszulki i nagle staliśmy się twardym orzechem do zgryzienia? a wiecie, co było największym problemem w tamtym sezonie? że nikt nie umiał przyjąć zagrywki, która leciała prosto na twarz albo na kolana! i nie chodziło o to, że ktoś nie miał serca — chodziło o to, że w I lidze nie da się wygrać meczu, kiedy przeciwnik obrzuca cię zagrywkami, które spadają jak młoty.
no i teraz mamy Ekstraklasę — ligę, gdzie każda drużyna jest ulepiona z samych ekspertów bloków i ataków. i nagle okazuje się, że ci sami chłopcy, którzy biją się na mur, czasem nie mają sił na drugie skrzydło, bo ktoś im nie dołożył do składu faceta, który rozegra piłkę tak, że sędzia nawet nie zdąży mrugnąć.
a propos księgowych — fajnie gadacie o „duszy klubu”, tylko pamiętajcie, że duszę też trzeba czymś nakarmić. nie można żywić się samymi dobrymi myślami, kiedy naprzeciwko stoi drużyna, która ma w składzie faceta, co od pięciu lat gra w Lidze Mistrzów i wie, jak obchodzić blok, którego nikt u nas nie potrafi przejść.
i nie, nie chodzi o to, żeby co chwilę wozić się z zagranicznymi supergwiazdami. ale fakt faktem, że jeśli chcemy walczyć o mistrzostwo — a o to chodzi, prawda? — to musimy mieć w drużynie ludzi, którzy potrafią zagrać na tym poziomie, bo Ekstraklasa nie wybacza błędów, które w I lidze były tylko uśmiechniętymi niedociągnięciami.
a wy tu gadasz o sercu na mur — i ja się z tym zgadzam, że serce jest najważniejsze. tylko że to serce musi mieć z kim współpracować, bo inaczej skończy się jak ten mecz w Radomiu, kiedy nasza agresja i chęć walczenia wyparowały, bo przeciwnik miał zawodnika, który potrafił zrobić nam taki riff w ataku, żeśmy po prostu stracili grunt pod nogami. i nie była to kwestia braku serca — była to kwestia braku narzędzi do walki na tym poziomie.
więc nie oszukujmy się — projekt Warszawa ma wspaniałe korzenie i fajne chłopaków, którzy naprawdę potrafią rzucać się na podłogę. ale jeśli my, kibice, chcemy marzyć o mistrzostwie, to musimy przestać udawać, że możemy wygrywać samego siebie bez wsparcia, które czasem przychodzi z zagranicy. bo ta liga nie jest już taka, jak kiedyś — i nie od razu Kraków budowano, ale też nie zbudowaliśmy go samymi dobrymi myślami.
no ale zobaczymy
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
Ej, zebrałeś się tutaj dzisiaj jakbyśmy mieli rozstrzygać spór o sens istnienia całego klubu — albo jesteśmy tu po to, żeby walczyć o duszę i serce, albo mamy się zadowolić tym, co mamy, bo „przetrwaliśmy już tyle, że damy radę”. Ale jak na moje, to oba te podejścia są trochę jak chodzenie do kina i oglądanie tego samego filmu dwa razy z rzędu, tylko z różnych miejsc na sali. Pierwszy raz krzyczysz „wspaniale!”, drugi raz „a co to było?” — a przecież to ten sam obraz, tylko inaczej go odbierasz.
Mnie osobiście wkurza ta gadka o „zagranicznych must have”, bo co jakiś czas ktoś wciskany nam, że bez faceta z czteroletnim stażem w Lidze Mistrzów to ani rusz nie wygramy pierwszego meczu. A ja pamiętam ten cholerny sezon z Alpheuszem, kiedy naprawdę byliśmy drużyną, którą nikt nie chciał oglądać, bo uważali nas za chłystków z zaplecza. I wtedy nie chodziło o to, że mieliśmy „eksperta” w zespole — chodziło o to, że ci chłopacy, którzy nosili nasze koszulki, potrafili zrobić coś, czego nikt od nich nie oczekiwał. Tylko że teraz, kiedy już jesteśmy w tej Ekstraklasie i dalej maszerujemy, to nagle okazuje się, że komuś się przywidziało, że bez zagranicznego bohatera to jesteśmy skazani.
Ale i drugie podejście mnie też nie przekonuje — to te wszystkie „nie potrzebujemy obcego, mamy serce, mamy dumę, niech księgowi idą do diabła”. Słuchajcie, ja pierwszy jestem za tym, żeby doceniać to, co mamy. Znalazłem kiedyś zdjęcie z Radomia sprzed czterech lat — było nas dwunastu kibiców, a drużyna wygrała w trzech setach. Teraz mamy pół trybuny zapełnionej, coraz głośniejsze głosy o awansie, o mistrzostwie, i co? Nagle mamy wybierać pomiędzy marzeniami a księgowością? Bo tak to wygląda, kiedy ktoś mówi, że nie potrzebujemy wsparcia w zespole.
Nie, nie chcę tu pisać, że powinniśmy wozić się z każdym obcym zawodnikiem, który tylko ma w paszporcie jakieś znaczki. Mówię tylko tyle, że jeśli naprawdę chcemy walczyć o mistrzostwo — a o to wszyscy się modlimy, prawda? — to musimy przestać udawać, że możemy wygrać samymi swoimi. Ta liga nie jest już tą samą ligą, co cztery lata temu. Przekonaliśmy się o tym wielokrotnie, kiedy przeciwnicy mieli w składzie zawodników, którzy po prostu wiedzieli, jak obchodzić nasze mocne strony. I nie było to kwestia braku serca — była to kwestia braku narzędzi.
Dlatego nie dajcie sobie wcisnąć, że albo mamy być tą „czystą zieloną gwardią”, albo mamy się bać otworzyć okno na świat. Bo projekt Warszawa to nie jest ani jedno, ani drugie — to coś, co dopiero się buduje, i decyzje, które teraz podejmiemy, zdecydują o tym, co z tego wyjdzie za parę lat. Czy zostaniemy tą drużyną, która walczy do samego końca, nawet jakby ktoś uznał, że nie mamy już nic do powiedzenia? Czy może jednak zrobimy ten jeden, dwa kroki do przodu, żeby naprawdę mieć szansę na coś więcej niż „dobrze, że jesteśmy”.
Nie znam odpowiedzi. Ale wiem jedno — nie warto tu dzisiaj wyrokować, kto ma rację, bo obie strony mówią coś, co w sobie ma sens. Serce i duma to coś, czego nikt nam nie zabierze. Ale równa liga — to coś, czego musimy nauczyć się grać, a czasem znaczy to także otwarcie się na coś nowego. I nie chodzi o to, żeby teraz zrobić z Zielonej Gwardii drużynę pełną obcokrajowców — ale o to, żeby przestać się bać, że ktoś obcy może pomóc. Bo czasami pomoc przychodzi tam, gdzie się jej nie spodziewasz.
Najpierw policz, potem się spieraj.