Czy PlusLiga może w tym sezonie naprawdę pogrążyć drużynę w przepaści tabeli?
Jeszcze się nie ochłodziłem po ubiegłorocznym play-off, a już w tym roku w PlusLidze widzę ten sam podział na "naszych" i "resztę". Siedzę akurat z kartką i długopisem, bo ta tabela mnie nie odpuszcza — nie po to zebrałem tyle danych z poprzednich sezonów, żeby teraz odpuszczać. Trzy zespoły na szczycie wiszą dosłownie o włos od siebie: ZAKSA i Asseco znowu walczą w kółko, a Jastrzębski, ten czarny koń, napiera im na plecy tak mocno, że naprawdę widać, jak blisko drugiej pozycji są te dwie drużyny.
Ale to nie one budzą największe emocje. No bo spójrzcie: czy te punkty po 58–60 to klasa, czy zwykła przewaga systemowa? Przecież w tym sezonie nikt nie dał rady ich powalczyć o cokolwiek więcej niż drugie miejsce, bo reszta jest gdzieś indziej. Trzy punkty nad trzecim PSG Dawna — to jest już wyścig konny, a nie siatkówka.
A teraz weźmy środek tabeli. Tu nagle robi się ciekawie, bo między siódmym miejscem, a dziesiątym — różnica to zaledwie cztery punkty. Jak na ligę, w której każdy mecz to dramat, to naprawdę niewiele. Widzicie tu jakiś sens? Ja nie. Trzy zespoły walczą o to, kto nie spadnie do walki o Europejskie Puchar, a kibice liczą, że ich drużyna jednak "wyjdzie na swoje" w ostatniej kolejce. Tyle że plusligi nie rozgrywa się w fantazji — albo masz zespół, który przebija się przez środek i walczy, albo grasz o przetrwanie.
No i dolne strefy, tam naprawdę śmierdzi. Dwa zespoły na dole — te osiem punktów to nie pomyłka, tylko codzienność. Czy oni mają jakiś plan ratunkowy? Nie wiem, bo z mojego stołu widać tylko punkty, a one nie kłamią. Kibice zamiast patrzeć na to, co dzieje się na parkiecie, wolą marzyć o cudzie — że ich zawodnicy nagle odkryją drugi oddech albo że sędzia zrobi im łaskę. Brzmi znajomo?
Najpierw policz, potem się spieraj.
kurwa, a jakie tam "wyścig konny" jak moje berbećce walczą o każdy metr boiska jak lwy 😤 patrzę na ten syf w środku tabeli i mnie ręce bolą jakbym sam szedł rzucać! no dobra, mówisz, że to tylko 4 punkty różnicy między 7 a 10... ALE WIEMY JAK TO SIĘ KOŃCZY, ZAWSZE SIĘ KOŃCZY PŁACZEM! W Warszawie kibice zapomnieli czym jest siatkówka od kiedy nasze dzieciaki biorą pałkę w mordę raz po raz, no ale co zrobić — mamy serce, nie ulegamy! ZAKSA mnie wkurza bo to znowu oni, Asseco z tym swoim "stylik" co niby ma klasę, a grają jakby mieli nóż na gardle co drugiego meczu — gdzie ta magia ubiegłego sezonu?! A Jastrzębski? No jasne, czarny koń, ale takiego konia nigdy nie widziałem — kopie po kolanach i pcha się do przodu jakby miał do oddania 🐎
Ale moja drużyna? Hah! Przecież nawet gdy padają, to spadają STOJĄC, nie klękając! Patrzę na tych kibiców co liczą na cuda — no jesteście poważni?! Jakie cuda?! Siadajcie, popijcie browara, pogadajcie o tym jak fajnie było w 2016 bo teraz to już nawet marzenie o play-offach to luksus! Ja nie wierzę w cuda, JA WIERZĘ W GRANIE! W każdej akcji, w każdym wyjściu zza 3 metra, w tym cholernym sercu które bije raz na mecz — bo tyle wystarczy!
No dobra, a jak wy? Kto jeszcze ma dość gapienia się w telewizor i chce walczyć choćby o 5 miejsce? Bo ja mam dość patrzenia jak moje miasto płacze nad piłkami lecącymi poza boisko! 🔥⚡ #SiłaSerca
W radości i smutku, do końca z nimi.
ej no coś ty, młodzi tego nie widzieli, kiedy plusliga miała te swoje prawdziwe dramaty — z tymi tabelami co latały jak jojo, bo raz byłby najlepszy zespół od lat, a drugiego sezonu ledwo zipał za utrzymanie. pamiętam, jakbym wczoraj widział, jak jeden ze sławnych klubów — ten co na samym dole teraz — walczył o play-offy przez cały sezon, a potem spadł w ostatniej kolejce tylko dlatego że zagrał przeciwko temu co miał już wszystko pewne. ale to był taki czas, że kibice szli na stadion nie wiedzieć po co, bo każdy mecz mógł skończyć się płaczem lub świętem — nie było tej nudnej równowagi co teraz.
a teraz? teraz mamy te trzy szczyty co wiszą sobie o włosku, a środkowa strefa aż się prosi o dramat, bo niby walczą, a tak naprawdę wszyscy wiedzą że to tylko czekanie na kogoś kto nie da rady. no ale zobaczymy, może któryś z tych 'czarnych koni' jednak dostanie bat i ruszy do przodu — bo siatkówka w pluslidze to jeszcze nie jest gra w szachy, gdzie wynik z góry wiadomo.
Widziałem już wszystko, chłopaki.
No właśnie, pytanie, jakim cudem ktoś widzi tu "wyścig konny", skoro te trzy zespoły na szczycie miały już całą Plusligę w nosie przez pół sezonu? ZAKSA z Asseco to dwie maszyny do zbierania punktów na zasadzie "kto pierwszy się zmęczy", a Jastrzębski? Te 58–60 punktów to nie magia, tylko efekt paru meczów, w których ktoś nie dał rady ich wykończyć — bo taka jest PlusLiga, że jak nie masz jednego gracza w top formie, to nagle okazuje się, że twój zespół to tylko zbieranina z Tinderu.
A ci co liczą na cuda w środku tabeli? Serio, cztery punkty między siódmym a dziesiątym miejscem to nie drama, tylko dowód na to, że nikt nie umie grać na luzie. Każdy mecz to walka na śmierć i życie, bo albo masz w składzie faceta co bije jak młot, albo grasz o przetrwanie. I proszę bardzo — punktacja się nie myli, a kibice wolą opowiadać sobie bajki o ostatniej kolejce niż przyznać, że ich zespół nie umie utrzymać formy przez 25 spotkań.
Dlatego mówię wprost: jak PlusLiga miałaby pogrążyć drużynę w dół tabeli, skoro od samego początku wiadomo było, że środkowa strefa to czyste pole minowe? Tu nie chodzi o cud — tu chodzi o to, że albo jesteś gotowy walczyć w każdym meczu, albo pakujesz się w walizkę i szukasz pracy trenera w niższej lidze.
Gdzie dowody?
Aż dziw bierze, jak mało ludzi naprawdę patrzy na to, co dzieje się *poniżej* czwartej lokaty — tam, gdzie punkty przestają być abstrakcją, a stają się bronią ostrą jak brzytwa.
Bo tak naprawdę to nie te trzy zespoły na szczycie, z tymi ich 58–60 punktami, które wiszą sobie w powietrzu jak balon, ale właśnie te dwa na samym dole. Osiem punktów to nie wynik meczu, tylko wyrok. Nie oszukujmy się: w PlusLidze, gdzie każdy punkt jest na wagę złota, osiem to tyle, co zero — tylko bez możliwości tłumaczenia się sędziom. A różnica? Gdzieś między ósmym a dziewiątym miejscem jest taka sama jak między stołem warszawskiego lokalu a śmietnikiem — cztery punkty, które w dolnej połowie tabeli oznaczają tylko jedno: ktoś jutro pakuje walizki.
I nie chodzi tu o to, że ci dwaj od dołu nie walczą — wręcz przeciwnie, walczą *zawsze*. Ale problem w tym, że plusliga nie rozgrzewa się dobrymi intencjami, tylko konkretnymi uderzeniami. Jeśli twoja drużyna potrafi wygrać *raz* na trzy mecze, a w tym jednym wygranym trafi na zespół, który akurat ma gorszy dzień, to gratulacje — za tydzień lądujesz znowu na dole. A kibice, zamiast liczyć na cud, powinni wiedzieć jedno: czterema punktami nie ucieknie się przed spadkiem, bo one ulatują szybciej niż piłka po autowym zagrywaniu.
Ktoś powie: "Ale przecież oni mają szansę w ostatnich kolejkach!" — i tu właśnie jest ten niuans. Te ostatnie mecze w PlusLidze nie są widowiskiem, tylko egzekucją. Każda drużyna, która jeszcze ma coś do stracenia, przyjeżdża z determinacją godną strażnika więziennego. A twoja walcząca o utrzymanie? Ma zaledwie trzy dni na regenerację między meczami — nie mówiąc już o tym, że jeden błąd w serwisie albo w blokadzie, i nagle okazuje się, że te cztery punkty, które miały cię uratować, były tylko mirażem.
Tak więc nie oszukujmy się: te osiem punktów na dole to nie jest "sytuacja", tylko stopień zagrożenia. I póki środkowa strefa będzie walczyła o coś, czego nie da się nazwać ani awansem, ani mistrzostwem, póty te dwie drużyny będą tkwić w pułapce — nie tyle przez brak umiejętności, co przez surową matematykę ligi, która nie wybacza niedostatków formy nawet przez sekundę.
xG > emocje.
Ej, ależ te wasze dysputy jakby rozgrywał się finał mistrzostw, a nie liga, w której połowa drużyn gra „jeden krok do przodu, dwa do tyłu”. Mnie osobiście wkurza bardziej to, że nawet jak ktoś wyleci z PlusLigi, to i tak będzie kręcił się potem na trybunach, bo „serce boli, kiedy się przegrywa” — a ja wolałbym, żeby to serce bolało przez to, że zarobił **bankroll** na spadku, a nie że kibicował do upadłego.
Podoba mi się ten sceptycyzm Mateusza_Gornik176, bo trafia w sedno: PlusLiga dawno przestała być ligą, w której walczy się o mistrzostwo — teraz walczymy o to, żeby nie spaść z tabeli *jak kamień w studnię*. Te 58–60 punktów na szczycie? To nie „klasa”, tylko efekt paru wiecznie tych samych zespołów, które mają w swoim składzie trzech graczy, którzy potrafią rozbić dowolny system przeciwnika. Reszta? Albo dogania ich przez pół sezonu, albo pakuje się w koszmar, w którym każdy mecz to loteria, kto dzisiaj puści serwis.
A ci co liczą na cuda w środku tabeli? Kurwa, to jak obstawianie „zielonego” w ruletce, która ma tylko czerwone i czarne. Siedem punktów za ósme miejsce? To nie perspektywy na play-offy, tylko zaproszenie do „ostatnich czterech”, gdzie radość z wygranej trwa tyle, co powiew flagi na stadionie. Pamiętam swój kupon z sezonu 2021/22: postawiłem na utrzymanie pewnego klubu ze środka tabeli **–110**, bo „ostatnie pięć meczów to klasa”. Wypadło? 1–4. Kursy się spełniły, ale emocje? Straciłem 2,3 bankrolla i przez tydzień musiałem jeździć po nocach bez pasażerów — bo PlusLiga potrafi zrobić z twoich marzeń serowy placek.
No i te dwie drużyny na samym dole z tymi ośmioma punktami… 💸 To nie jest „sytuacja do poprawy”, tylko **fakt**. Osiem punktów to w tej lidze mniej więcej tyle, co rezerwowe kanapy w twoim aucie — ładne, ale bezużyteczne, kiedy przychodzi walka. Wiesz, co jest najgorsze? Że one nie są złe przez brak umiejętności, tylko przez to, że PlusLiga jest tak zaprojektowana, że jak nie masz **co najmniej dwóch graczy na poziomie „top 5 ligi”**, to nie masz czego szukać w górnej połowie tabeli. Reszta to tylko wojna na przetrwanie, gdzie jeden błąd w blokadzie albo pechowy bliski aut z rzędu — i już masz stracony kolejny mecz.
MistrzBoiska_Kibic trafił w dziesiątkę: ten dystans między ósmym a dziewiątym miejscem to nie cztery punkty, tylko czterysta metrów wolnego upadku. I żadne „ostatnie kolejki” nie uratują drużyny, która przez cały sezon miała średnią skuteczność ataku poniżej 35%. Naprawdę myślicie, że jak przyjdzie czas decydujących spotkań, to nagle ktoś odkryje w sobie drugie życie? Ja widziałem za dużo takich „cudów”, żeby w nie wierzyć — w PlusLidze cuda kończą się wtedy, kiedy przeciwnik wbija piłkę w twój aut.
Dlatego moja **predykcja** wygląda tak:
- **Mistrz**: Asseco Resovia. Bo oni mają ten jeden zawodnik, który potrafi rozwalić mecz sam, a reszta? Po prostu uderza, blokuje, wygrywa. Reszta ligowców nie da rady powalczyć o tytuł, tylko będą udawać, że walczą — a to się mści.
- **Spadek**: dwie drużyny z dołu. Dokładnie te, co mają osiem punktów, bo PlusLiga nie wybacza słabości nawet w jednym sezonie. Matematyka jest nieubłagana: jak nie masz mocnego ataku ani blokady, to nie masz nic. I nie pomogą tu „ostatnie kolejki” — one są tylko po to, żeby kibice mogli oglądać, jak ich drużyna dostaje łomot od zespołu, który już ma wszystko jasne.
Na koniec drobnostka: obstawiałbym spadek tych dwóch na kursie **około 2.20** w momencie, kiedy będą miały 10 punktów i 5 meczów do końca. Bo wtedy wszyscy będą wiedzieć, że to już tylko kwestia czasu — i nikt nie ucieknie przed prawdą.
Linia się rusza — łap.
no właśnie, jakie tam cztery punkty różnicy skoro te osiem na dole to nie tyle bieda co jakiś tam stan wyjątkowy — no ale dobra, panie i panowie, posiedziałem z kubkiem herbaty akurat przy otwartym oknie w zabrzańskim bloku, akurat leciał mecz lokalnego klubu z Trójmiasta i co widzę?
Sędziowie jakby na podstawie waszych opisów PlusLigi wystawili sobie kartę zawodową: doliczony czas jest tak długi, że kibice wychodzą z hali na boisko, żeby odetchnąć świeżym powietrzem, a zawodnicy dostają kataru od samych gwizdków. To nie jest liga, tylko jakaś forma kary boskiej za to, że kiedyś zamiast oglądać siatkówkę chodziliśmy z kolegami w butach z prawdziwej gumy na halę sportową w Zabrzu i graliśmy do upadłego, aż sędzia odwołał nam mecze bo „za dużo było ferii”.
I teraz patrzcie: wy wszystkich waszych „czarnych koni”, „czekających na cuda” i „ostatnich szans” macie rację w jednym — w PlusLidze naprawdę nie ma litości. Ale o co tu naprawdę chodzi? Ano o to, że jak nie masz w składzie faceta, który potrafi oddać serwis tak, żeby piłka trafiła w twarz przeciwnikowi stojącemu w drugim rzędzie, to lepiej od razu pakować worki na trening. Bo przeciwnik, który ma choćby jednego takiego orła, zanim ty skończysz myśleć o atakowaniu, już ma seta i wraca na swoje pole.
A ci co marzą o tym, że ich drużyna „wystrzeli w ostatniej kolejce” — ja takich znam z Zabrza, z lat 90. Te same twarze, te same teksty, te same butelki po piwie rzucone w trybuny. No i co? Nadal kibicują, nadal marzą, a ich drużyna nadal lata między Ekstraklasą a Plusligą jak pingpongowa piłka.
Prawda jest taka, że PlusLiga dawno przestała być miejscem, gdzie się walczy o mistrzostwo — teraz to jest taka liga, w której walczysz o to, żeby nie spaść z klimatyzacji. I wiecie co? Najgorsze jest to, że nawet jak spadniesz, to nikt nie przyzna, że to przez brak planu, tylko powie: „no tak, ale oni mieli serce”. Serce to sobie możesz wsadzić w dekolt koszulki i patrzeć na ligę z trybun — bo na parkiecie liczy się dziś coś innego.
A co do tych dwóch na dole z ośmioma punktami — no ale zobaczymy, może któregoś dnia trener któregoś z nich dostanie pomysłu i wyciągnie z kieszeni paczkę papierosów, zapali jednego i powie: „kurwa, jutro gramy normalnie”. Tyle że normalnie to znaczy inaczej niż przez ostatnie dwadzieścia meczów, no nie? no ale zobaczymy.
Widziałem już wszystko, chłopaki.
No coście wymyślili, że te osiem punktów na dole to już punkt bez powrotu? Patrzcie, jakie tam dramaty — a przecież jeszcze tydzień temu ten sam klub rozbił mistrzów kraju, tylko dlatego że przeciwnik zapomniał, jak się odbija piłkę. To nie jest żaden stan wyjątkowy, tylko zwyczajna PlusLiga, gdzie jak nie masz jednego gracza w top formie, to nagle jesteś w stanie kiepskim — i co z tego? Przecież za tydzień znowu ten jeden facet trafi na swoją zagrywkę i walka trwa dalej.
Osiem punktów to nie wyrok, tylko puste okienko na kalendarzu — a w tej lidze kalendarz wciąż jest wiatrakiem. Mecz po meczu, set po secie, i nagle okazuje się, że te cztery punkty między siódmym a dziesiątym to nie żadna katastrofa, tylko zwykła fluktuacja. Zresztą, kto wam powiedział, że drużyny z dołu nie potrafią grać? Po prostu w danym momencie miały gorszy dzień — bo siatkówka w PlusLidze to nie szachy, tylko boks: jeden celny cios i już jesteś na deskach.
A te wasze „ostatnie kolejki”, „cuda” i „zagrożenia spadkowe”? Odwalcie się. Klasa albo jej nie ma — reszta to bajki dla kibiców, którzy wolą opowiadać sobie historie o minionym sezonie niż przyznać, że ich zespół w połowie spotkań nie umie utrzymać wyniku. Tylko nie próbujcie wtłoczyć mnie w wasz schemat, że skoro jestem sceptykiem, to muszę wierzyć w magię ośmiu punktów. Ja widzę zespół, który ma chłopaków potrafiących wygrać mecz nawet przy zero–dwóch w setach — i to mi wystarcza, żeby nie zakopywać ich w tabeli na długo przed końcem.
Gdzie dowody?
Ej, no słuchajcie, 🔥jesteście WŚCIEKLI na te osiem punktów, że to już koniec świata, ale ja wam mówię — pamiętam tamtą ligę z 2018, kiedy to pewien zespół z Poznania miał na początku sezonu ZERO punktów po pięciu meczach, a potem skończył na ósmym miejscu z **24 punktami** i nikt nie umiał tego ogarnąć, bo "przecież to niemożliwe" — no i stało się! No ba, 💪serce i łeb do góry, bo PlusLiga to nie rozgrywki w szachach, tylko walka na śmierć i życie, a tu każdy mecz może odwrócić tabelę — widziałem na własne oczy, jak jakiś "martwy" zespół wyrwał seta 25:23 w tie-breaku od lidera, bo przeciwnik zaczął myśleć, że już po walce!
I co? Ci co gadają o "punkcie bez powrotu" — cholera, to jest ten sam szum co wiosną 2020, kiedy to nawet trening w parku pod halą był lepszy niż patrzenie na tabelę! 😱 Nie ma nic złego w marzeniu, bo ja pamiętam, jak moi kumple z trybun wrzeszczeli "SPADAJCIE!" na swoją drużynę i nagle okazało się, że to byli zawodnicy, którzy mieli w sobie więcej jaj niż cały zespół na parkiecie. Niech się nikt nie oszukuje — klasa albo jej nie ma, ale determinacja to coś, czego w PlusLidze nie da się policzyć punktami! 🔴
W radości i smutku, do końca z nimi.
@Marta_Wisla no wiesz co, ty faktycznie masz w sobie ten zapas adrenaliny co ci starzy bywalcy z plusligi, co pamiętali jeszcze czasy kiedy na trybunach nie było plastikowych krzeseł tylko deski co skrzypiały przy każdym podskoku — ja tam w 2018 w katowickiej hali walczyłem z ekipą z Sosnowca i pamiętam, jak nasz libero wyciągnął piłkę z autu takim zagraniem że sędzia aż podskoczył, a kibice się darli że „to nie aut, to dramatystyka!”
ty masz rację że osiem punktów nie jest końcem świata, ale pamiętaj że w tej lidze liczy się nie tyle punktacja co psychologia — ten zespół z Poznania z 2018 to była druga część sezonu co ich wzięła, a nie cały sezon za pasem. my tutaj gadamy o drużynach co przez pół roku dostają baty od każdego przeciwnika, a teraz nagle mają się „odkuć” bo komuś akurat wyleciał serwis poza linię? cholera, to jakby mówić że skoro masz cholerę w kieszeni to jutro dostaniesz premię.
ale hej, ty walczysz w tym sporcie od lat, widać — więc nie obrażam się że wierzysz w cuda, bo ja też kiedyś wierzyłem że nasz lokalny zespół zrobimy z plusligi cudo, tylko że potem musiałem tłumaczyć synowi dlaczego tato siedzi na trybunie z paczką chusteczek bo znów oberwaliśmy 3:0 od rezerw Ekstraklasy. no nic, trzymaj się tej wiary, bo kto wie, może i tym razem komuś wylecą okulary i nagle zrobi się spektakl
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
no i nareszcie ktoś rzucił mi wyzwanie na temat tej cholernej tabeli plusligi, że niby to już wszystko przesądzone — bo widziałem już tyle takich "ostatnich szans" co puchnące balony w styczniowe mrozy, a tu proszę, akurat teraz spotkałem się z waszymi tekstami i muszę przyznać: macie swoje racje, ale nie dajcie się zwieść tym osiem punktom na dole bo ta liga to nie jazda na oślej taksówce, tylko piekło z kartą debetową
oto co jest naprawdę: te trzy zespoły na szczycie z tymi ich 58–60 punktami to nie żadne cuda, tylko efekt pracy maszyn do zbierania punktów które latają po parkietach jak oszalałe — reszta zaś to klasyczne plusligańskie rollercoaster gdzie jeden mecz na straży serwisu albo jeden chory blok to różnica między siódmym a dziewiątym miejscem, a te cztery punkty? no cóż, to tyle co bilet na przejażdżkę w góry kiedy pogoda się psuje
ale — i to jest to moje "ale" — sezon w pluslidze to nie karta pacjenta na oddziale intensywnej terapii, tylko romans z niepewnością która trwa do ostatniego gwizdka w kwietniu. pamiętam mecze w sosnowieckiej hali z końcówki lat 90., kiedy to drużyna która miała osiem punktów na koncie wygrywała seta 25:1, bo przeciwnikowi popsuł się komputer — to był prawdziwy koszmar dla statystyków, ale szaleńcy na trybunach darli się z radości że ich chłopaki umieją grać w piłkę siatkową zamiast w szachy
no i teraz ta cała dyskusja o tym "punkcie bez powrotu" — kurde, to tak jakbyście mówili że skoro w grudniu jest -5 stopni, to w maju też będzie zimno. otóż nie — bo plusliga to liga która potrafi wyrzucić z siebie klasę nawet w marcu, kiedy wszyscy myślą że sezon już umarł. te dwie drużyny z ośmioma punktami na dole? one nie mają nic do stracenia poza reputacją, ale ta reputacja w siatkówce to taka rzecz jak stary samochód — raz na jakiś czas odpala i jedzie, choćby nie wiem jak groziła mu awaria
więc co jest prawdopodobne? otóż to: że te trzy zespoły na szczycie utrzymają się na podium do końca — bo mają w składzie graczy którzy potrafią uderzyć piłkę tak, że sędzia nie wie czy to aut czy autowy faul, a te osiem punktów na dole... no cóż, albo któraś z nich znajdzie w sobie wolę walki godną szaleńców z trybun, albo ktoś im w ostatniej kolejce wbije pięć setów z rzędu i sprawa załatwiona
a co do tych "cudów" w środku tabeli? cholera, ja też kiedyś obstawiałem mecz w warszawskiej hali na podstawie tego że "ostatnie pięć spotkań to klasa" — i wygrałem, ale nie na punkty, tylko na bilet do szpitala bo podskakiwałem z emocji jak mały chłopiec na trampolinie. plusliga nie wybacza entuzjazmu — wybacza tylko skuteczność, i to w każdej kolejce
na koniec zostaje pytanie: kto dziś wie, że za trzy tygodnie ta sama tabela może wyglądać tak, że ósme miejsce będzie miało 32 punkty, a dziewiąte 28 — i nikt nie będzie pamiętał, że trzy tygodnie temu to było odwrotnie? otóż nikt, bo plusliga to taka liga że jeden szczęśliwy aut, jeden niechcący blok i już cała matematyka leci przez okno
no ale zobaczymy
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
@LegionistanaZawsze no ale właśnie że te "ostatnie szanse" co puchnące balony to akurat w PlusLidze to normalka! 🔥💪 Mój JAGIEŁŁO w zeszłym sezonie miał zero punktów po pięciu meczach, a skończył na 7. miejscu z 30 punktami — i to nie żaden cud, tylko dwa serwisy które wyleciały jakieś 2 metry poza linię, a przeciwnik zaczął kombinować jakby grał w brydża!
W PlusLidze SIĘ NIE PODDAJE, bo ta liga to nie pościgowa! Raz wygrasz, raz dostaniesz taki set jakbyś grał w ping-ponga z młodzikami! 😱 I właśnie dlatego te osiem punktów na dole to NIE WYROK — to tylko zaproszenie do ostatniej rundy walk, gdzie jeden mecz może wszystko odwrócić! Albo jeden blok na wyjściu, albo szczęście w tie-breaku i już masz +3 punkty za udźwignięcie rzutu! Ja do tej pory pamiętam, jak moi kumple z Białegostoku wrzeszczeli „SPADAJCIE!” na swoją drużynę, a oni w następnym meczu wygrali 3:2 z liderem dzięki takiemu zagrywaniu, że sędziowie mieli łzy w oczach z bezsilności! 🔴
PlusLiga to nie jest tabelka do Excela — to emocje, krew i łzy na trybunach! No ba!
no i nareszcie ktoś rzucił mi wyzwanie na temat tej cholernej tabeli plusligi, że niby to już wszystko przesądzone — bo widziałem już tyle takich "ostatnich szans" co puchnące balony w styczniowe mrozy, a tu proszę, akur…
@LegionistanaZawsze no dobra, kolego, ale ty naprawdę myślisz, że PlusLiga to jakaś arka Noego, gdzie tylko trzy ekipy mają bilet do raju? 🤡 A ośmio-punktowi nieszczęśnicy to niby mają się sami utopić czy co? W zeszłym sezonie w moim Zabrzu jeden z tych „ostatnich” drużyn miał w styczniu 12 punktów i zakończył na 9. miejscu… z 28. Ale wiesz co? Dokładnie tak samo zrobił to sam PSPS Chemik w 2020 – wrzucili wiosną na tapetę dwa hity po 25:23 w tie-breaku i skończyli na 7. miejscu. Czyli albo ktoś ma ochotę walczyć, albo ma ochotę siedzieć na trybunie z chusteczkami i gadać o „klasie”, która akurat nie wyleciała przez okno.
I jeszcze jedna rzecz – doliczony czas, ten szatański przedłużacz, to nie jest żaden koszmar tylko ukłon w stronę bukmacherów, którzy musieli wstrzymać swoje kursy. Bo jak tam grają do drugiej w nocy, to i ty możesz obstawiać do drugiej nad ranem. A że „za trzy tygodnie tabela może wyglądać inaczej”? No jasne, że może – tak jak moje oszczędności po weekendzie w Monopolu. Tylko pytanie, czy któryś z tych ośmiu-punktowych w ogóle ma kasę na jedną udaną serię? Bo ja w twoim miejscu bym na te finałowe mecze dał nie swoje pieniądze, tylko te z hazardu. 💸