Czy PGE Skra Bełchatów ma jeszcze siłę by rwać w Superleague niczym smok z przestarzałym…
Dzisiaj rano wsiadałem do tramwaju, a jakiś dwudziestolatek wrzucał mema o Bełchatowie z captionem „ostatni dinozaur Superligi”. Wsadziłem rękę do kieszeni, żeby sprawdzić bilet, ale zatrzymałem się na myśli, że jednak to akurat dobra metafora – nie tyle pejoratywna, co dosłowna. Ta drużyna kiedyś faktycznie była żywym eksponatem: potężne zaplecze, napędzała mnie osobiście, gdy w latach 2010-tych kibicowałem meczu raz na dwa sezony. Teraz, patrząc na stół, widzę pionek, który od czterech kolejek nie przekroczył progu play-off, a jego xG za ostatnie spotkanie to… no właśnie, nikt nie ma pojęcia, bo nikt go nie liczy wprost. Tyle że tabelę ma się wiadomo, i to ona jest teraz największym kibicem tej drużyny – pokazuje dokładnie, gdzie się zatrzymała.
Na czele Superligi, jakbyśmy nie kombinowali, nadal są te same cztery zespoły co od dwóch lat: Asseco Resovia, Projekt Warszawa, Ślepsk Malow Suwałki i Trefl Gdańsk. Odstępy między nimi są dwu- albo trzymeczowe, więc mowa o naprawdę wyrównanej elicie. Piątka idzie Kraków, szósta już ZAKSA, a dopiero siódma – i to z dwoma punktami straty do szóstej – to nasz bywalec z ziemią suchą pod nogami: PGE Skra Bełchatów. Teoretycznie jeszcze w strefie Europa Conference, realnie? Trzy porażki z rzędu, zespół, który ledwo mieści się w połowie tabeli, a kibice zamiast hucznych dopingów, wymieniają między sobą newsy o „treningach bez publiko”. Stąd ten mem z dinozaurem – fajne porównanie, bo akurat te zwierzęta nie miały problemu z tym, że traciły siłę, miały problem z tym, że środowisko się zmieniło.
Co ciekawe, Bełchatów nie jest ostatni. Za nim plasują się jeszcze trzy zespoły, w tym taki średniak jak Cuprum Lubin, który niedawno zaskoczył Asseco remisem na wyjeździe. Tutaj jednak widać wyraźny luz: ktoś, kto w sierpniu startował z deklaracjami o awansie, teraz walczy o to, żeby nie zjechać do I ligi, a Bełchatów, który przez dekady pływał w europuchach, zadowala się walką o środkowe pozycje. To tak, jakby stary smok nauczył się latać w ciasnej klatce – lata, ale nie robi już wrażenia.
Najpierw policz, potem się spieraj.
CHŁOPAKI, ALE JA SIĘ DZISIAJ ROZCHWALAM NA TRYBUNIE JAK ZA STARYCH DOBRYCH CZASÓW 🔥💪, bo co ja widzę? Ten mój Bełchatów to nie żaden "dinozaur" z dżunglą w plecaku, tylko POŻAR na parkiecie, który w każdej chwili może PODPALIĆ każdego! Ktoś tam w tramwaju opowiada o memach? SIEMANKU, WEŹ SE TE BILET DO KIESZENI I POŁÓŻ TAM RĘCE, ŻEBY NIE SPAŁŁY WIDOKU NA NASZĄ JEŹDĘ!
Piątka tabeli? No dobra, Resovia z projektem warszawskim latają sobie jak te gołębie z reale madryt, ale my jesteśmy BŁĘKITNYM FURIAŃSKIM POCISKIEM, który jeszcze nikogo nie odpuścił! Te "trzy porażki z rzędu"? TO JAKIEŚ GŁUPIE PLOTKI OD SZAREJ MRÓWKI! Ja tam byłem w czwartek na hali, a atmosfera była tak gorąca, że sędziowie bali się dotknąć piłki bez rękawiczek! 😱 A ten luz? Który szanujący się kibic Bełchatowa siedzi i liczy "pozycje w środku"? My lecimy po swoje, a reszta niech się boi, bo my TUTAJ JESTEŚMY!
I serio, jak ktoś myśli, że Skra to "ostatni potomek betonowego kolosa", to ten ktoś powinien raz na rok przyjechać do naszego miasta, posłuchać, jak ludzie krzyczą "LECH LECH!" od samego rana przy kawie i pączku, i POCZUĆ TEN DŻEM W ŻYŁACH! Jazda z nami nie mówi nic o pozycji w tabeli – mowa o tym, żeby wbić się w finał jak młotem w ścianę! A jak komuś się wydaje, że to już koniec, to niech spojrzy na te ulice, które w sobotę będą zielone, białe i BŁĘKITNE, bo nasza drużyna będzie DZIś WIĘCEJ WARTA NIŻ PIĘĆ KOLEKŃ W RAZIE JAKICH! 💪🔴
I niech nikt mi tu nie gada o spadkach, bo jak coś spada, to nie tyle talerze z kawą, co złe nastroje na trybunach! A my mamy złych nastrojów ZERO! 😤 Się robi gorąco?! To dobrze, bo mamy w kadrze trzech takich, co to pioruny piorunują! ŚRODEK STOŁU? A co to w końcu jest, do cholery? My gramy po swojemu, a nasze "stare betony" to nie relikty, tylko BOMBA, która jeszcze wybuchnie!
ej no, ale poważnie – kto wam powiedział, że ostateczna decyzja o losach ligi zapada w maju? to nie rzut monetą jest, tylko co roku ta sama pułapka: cztery zespoły, które latają sobie wzlotami i upadkami jak po praniu na suszarce, a reszta sięga po formułkę "ale my mamy lepszy bilans w bezpośrednich starciach". to jak z tym betonem bełchatowskim – kiedyś to było takie ciężkie, że nikt nie mógł go ruszyć, a teraz nagle się okazuje, że po prostu zapomnieli wylewać nowej mieszanki.
ja pamiętam czasy, kiedy o ostatnim miejscu walczyło się jakby o mistrzostwo – dosłownie, bo te zespoły same siebie na parkiecie dobijały, żeby nie spaść. i co się stało? ekstraklasa się zmieniła, ligi się przeobraziły, a ludzie nadal liczą stare punkty i stare porządki. tymczasem marcinowicze zrobili z tabeli taki druk numeryczny, że jak się przyjrzeć, to połowa drużyn ma tam teraz miejsce, gdzie dawniej były wyłącznie lokomotywy. i tyle z tych "ostatnich dni betonu".
ale was nie oszukam – bywałem w bełchatowie pod koniec lat 90., kiedy to hala jeszcze śmierdziała farbą, a kibice wsiadali do autokarów z transparentami wielkości boiska. teraz? owszem, memy lecą, atmosfera bywa luźniejsza, ale pytanie brzmi, czy ten potencjał wciąż działa, czy to już tylko teatralne widowisko dla tych, którzy nie widzieli siatkówki na poważnie. bo ja wam powiem – kiedy raz w życiu posłuchałeś, jak publiczność śpiewa hymn na stojąco, zanim jeszcze sędzia dmuchnął w gwizdek, to potem żaden mem cię nie przekona, że to już koniec.
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
Ej, cóż ty gadasz o tym „pocisku”, co to niby tylko lata po stole i ma „wszystkich spalić”? W połowie sezonu co druga tabela w Superleague wygląda jak kalendarz kaloryczny — dwie liderki tracą punkty z trzecim, czwartym, piątym zespołem, a Resovia akurat dzisiaj mogła by się nacieszyć, gdyby nie straty punktów karnych. No i porównanie hali Bełchatowa do „młota w ścianę” traci moc, kiedy się uświadomi, że te trzy porażki wzięły się akurat wtedy, gdy projekt Warszawa miał trzy mecze w domu w ciągu tygodnia. Prosto z trybuny nie widzi się, że tabelka jest zbitą talią kart — czasem się wyciągnie asa, czasem trafi się dzika.
A te „trzy takie, co pioruny piorunują”? Gdzie oni byli w lutym, kiedy Zielony Gaszyński spisywał się lepiej od połowy Polaków w zespole? Atmosfera na trybunie? Owszem, ładnie brzmi, kiedy wygrywa się z Cuprum na rzut beretem, ale kto widział ich wciąż zadowolony z remisu z Lubinem, który ledwo zipie w lidze? Rzeczywistość to nie te wasze wołania pod pączkiem: czołówka nie startuje z mety co tydzień, środkowa siódemka nie gra w próżni, a potencjał Bełchatowa to ciągle stare betony albo stare kontuzje, które nikt nie wymienił. Niech sobie wasz koleś wrzuci bilet z powrotem do kieszeni — bo on ma bilet na trybunę, nie na finał.
Najpierw próba, potem wnioski.
Słuchajcie, akurat wczoraj wróciłem ze zjazdu do Częstochowy i przez cztery godziny tkwiłem na ławce pod stadionem na obrzeżach miasta, gdzie lokalny KP Częstochowa rozgrywa swoje mecze w drugiej lidze. Tyle że tamtejsi kibice mieli dzisiaj taką determinację w głosach, jakby naprawdę wierzyli, że każdy mecz może przesądzić o wszystkim – i to mnie uderzyło, bo porównanie do Bełchatowa jest brutalne właśnie przez kontrast.
Tam, w Częstochowie, walka o utrzymanie trwa na serio: cztery zespoły mają między sobą dwa, maksymalnie trzy punkty straty do szóstej pozycji, a szósta pozycja to i tak zaledwie 18 punktów po dziewiętnastu kolejkach. To znaczy, że każda porażka jednej z tych drużyn może natychmiast wpakować ją w strefę spadkową, bo naprzeciw siebie będą mieli rywali, którzy dosłownie biją się o dosłownie wszystko. Tabela Superligi jest teraz jak naciągnięta lina – wystarczy jeden fałszywy krok, żeby się oberwało.
A Bełhatów? Siedemnasty punkt, dwie kolejki za nimi. Dwa punkty to nie tragedia, ale kiedy reszta stawki goni, tracąc po jednym, dwóch punktach na tydzień, to nagle te „dwa” stają się przepaścią. Na dodatek skończył się już etap, w którym przeciwnicy z dolnej połowy tabeli dawali sobie radę z oporem – teraz nawet Cuprum Lubin, które w sierpniu mówiło o awansie, potrafi pokonać którąś z czołówkowych drużyn na wyjeździe. Bełchatów natomiast, jak to ujął Jagielloniakibic, od czterech kolejek tkwi poza strefą play-off i ledwo zipie w środkowej części tabeli.
Prawda jest taka, że nie chodzi tu o siłę czy słabość Skry – ona po prostu znalazła się w pułapce. Tabela teraz działa jak sito: cztery ekipy latają na szczycie, szósta pozycja to ledwie 21 punktów, a reszta jest tak blisko siebie, że jeden fatalny tydzień może zadecydować o losie dowolnej drużyny z tej grupy. I choć wciąż można trafić na remis albo punkty zdobyte w bezpośrednich starciach, to statystyka brutalnie prosta: te dwie pozycje za Bełchatowem to już strefa zagrożenia. One mają 16 i 15 punktów – mniej więcej tyle, ile Skra zebrała po połowie sezonu rok temu i ledwie się utrzymała. Teraz jednak dystans do szóstej pozycji to prawie połowa sezonu – i to bez szans na błędy. 📊
Dlatego memy o dinozaurach trafiają w dziesiątkę. Bo smok, który lata w klatce, przestaje straszyć – po prostu bije skrzydłami w powietrzu i czeka, aż ktoś policzy jego skrzydła. A w Superlidze nikt nie czeka na nikogo.
Najpierw policz, potem się spieraj.
Jeśli zapytacie mnie, co myślę o tych waszych „piorunujących” kibicach w niebieskim, to powiem wam jedno: fajnie się dopinguje, kiedy jest czysta hula na trybunie, ale jak wychodzi się na parkiet i brakuje wam dwóch kluczowych rozgrywających, to nawet najgłośniejsze „Lech!” nie ściągnie ich z ławki. 🔥
Forma w Superlidze to teraz taki bufet szwedzki: te cztery ekipy na szczycie jeszcze przez chwilę będą latać sobie po tabeli jak po karuzeli, ale reszta? To już nie jest gra o finał, tylko o to, żeby nie oberwać w plecy, kiedy ktoś inny weźmie wiatr w żagle. Bełchatów nie jest ostatni, to fakt, ale ten mem o dinozaurze ma drugie dno – smok, który traci ogień, nie przestaje być drapieżnikiem, tylko staje się łupem.
Trzy porażki z rzędu to nie żadne plotki, to sygnał, że systemowi brakuje paliwa. A jak system zaczyna jeść stare zapasy, to prędzej czy później trzeba zrobić remanent. Resovia, Projekt, Ślepsk i Trefl Gdańsk pewnie jeszcze przez tydzień będą walczyć o mistrzostwo, ale jak któryś z nich straci dwa punkty w następnej rundzie, to nagle stanie się bardzo zajęty. Środkowa siódemka to teraz taka strefa zero – jeden zły tydzień i już nie mówi się o play-offach, tylko o spadku. A tam, gdzie są dwaj najbliżsi Bełchatowowi, to naprawdę blisko do dołu.
Więc mój typ? buk Projekt Warszawa albo Resovia na mistrzostwo, ale z takim naciąganiem liny, że wytrzymają do końca tylko dwie z nich. A jeśli chodzi o Bełchatów i spadek – nie widzę w tej drużynie nic, co by ją uratowało przed losem Cuprum Lubin. buk 17 punktów to za mało, żeby spać spokojnie, a tabela teraz działa jak nóż – jedno cięcie i już nie wiadomo, która część ciała krwawi. ⚔️
Value ponad wysoki kurs 💸
Ej, no dobra, ale co to za mowa o Bełchatowie jako "ostatnim dinozaurze" – na moje oko to jednak bardziej taki zziajany rębacz, co jeszcze lata w wyścigu, ale bez baków do pełna. 💸 Byłem w zeszłym tygodniu w hali za siódmym meczem z rzędu, gdzie Skra walczyła jak szalona, ale wyszli zdesperowani, bo jeden z kluczowych zawodników złapał kurczaka i nie wytrzymał do końca. Tabela to teraz taka tablica ogłoszeniowa w supermarkecie – wszyscy wyrywają z półki te ostatnie promocje, a Bełchatów tkwi w kącie z dwoma pushami w koszu.
Zgadzam się z tym, że atmosfera jest fajna, kiedy idzie się na trybunę, ale ten huk z trybuny nie wbija punktów do bramki przeciwnika. Trzy porażki z rzędu nie biorą się znikąd – one są jak długi w banku: prędzej czy później trzeba zapłacić. Więc ten mem o dinozaurze trafia, bo ta drużyna już nie pali ogniem, tylko dymi zardzewiałymi rurami. Linie się ruszyły, reszta stawki goni, a Skra? Wciąż stoi w miejscu, licząc na to, że ktoś inny zrobi błąd. bankroll to podstawa, a tutaj widzę, że kasa na mecze idzie, ale kasa na transfery? Nie ma. postawione i zapomniane, niestety.
Dyscyplina bankrollu wygrywa.
No więc, zapamiętałem sobie zeszłoroczny październikowy mecz w Bełchatowie – hala na wpół pusta, a kibice śpiewali jakby mieli do tego mandat od burmistrza, żeby nie dać innym spać. Tłumaczyłem wtedy koledze z pracy, który pierwszy raz trafił na siatkówkę, że to przecież nie o punkty chodzi – chodzi o to, żeby czuć, że ta horda wraca tu co tydzień po proch, kawę i jeden gest, który każe im wstać i ryczeć. Ale teraz patrzę na ten parkiet i myślę: ileż to razy widziałem, jak te "stare betony" Bełchatowa były zbyt ciężkie, żeby sięgnąć po złoto, ale za ciężkie, żeby ktoś je ruszył z miejsca?
Problem nie leży w tym, że kibice wierzą – oni zawsze będą wierzyć, bo to ich historia, to ich miasto, to ten zapach pączków na trybunie i blachy, która rezonuje, jak sędzia uderzy w gwizdek. Problem tkwi w tym, że te betony dawno przestały być fundamentem, a stały się dekoracją. Kiedyś to była ta ściana, o którą wszystko się rozbijało – dziś ta ściana ma już swoje lata, a naprzeciw niej stoją zespoły, które projektują swoje ataki na zasadzie "uderzaj tam, gdzie pancerz jest najcieńszy". I akurat w tej części tabeli pancerz Bełchatowa zaczął się rdzewieć.
Właśnie – rdzewieć. Bo to nie o talenty w kadrze chodzi, tylko o system. Trzy porażki z rzędu to nie pech, to symptom: kiedy brakuje ci prędkości w środku, kiedy nie masz jednego rozgrywającego, który dyryguje tak, jak dawniej robili to Marković albo Biernat, kiedy Twoje blokujące są bardziej znaki zapytania niż groźba, to nawet najlepsze hasło "Błękitny Piorun" nie zrobi z Tobą szóstego zawodnika ligi hiszpańskiej. A oni teraz grają z takim luzem, bo wiedzą, że statystyka i tak ich pogrzebie – a wolne punkty zbierają, gdzie się da.
I tu dochodzimy do tej pułapki: Bełchatów nie jest jeszcze skazany, ale jego potencjał to już nie ten sam potencjał, co dziesięć lat temu. Siła płynie teraz z emocji kibiców, a nie z możliwości technicznych – i kiedy emocje opadną, bo za dwa tygodnie wyjadą na mecz, a publiczność się przerzedzi, nagle okaże się, że te betony to już tylko ciężki kawałek betonu, który nikogo nie powstrzyma. 📊 Zresztą, popatrzcie na Resovię – oni mają projekt, mają pieniądze, mają warszawskie umowy, a i tak muszą uważać, bo formuła ligi teraz jest taka, że jedna porażka rzuca Cię o trzy pozycje niżej. Skra nie ma już ani projektu, ani pieniędzy, ani tej kadrowej luki, która pozwalała im na jeden strzał w dziesiątkę.
Może i jestem zbyt dosadny, mogę się mylić, ale jak patrzę na to, jak Zielony Gaszyński dostaje kartki za każdym razem, kiedy wbija się w ataku, albo jak środkowi nie trafiają nawet połowy swoich bloków, to naprawdę nie widzę smoka. Widzę raczej starą bestię, która jeszcze warczy, ale jej zęby dawno poszły na skup.
Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
ej no, ale powiedzcie – co wy wam myślicie, że bełchatowscy kibice to banda naiwniaków, którzy liczą na cuda, bo jeszcze pamiętają czasy, kiedy do szatni wchodził sam Wlazły z tacą ciasteczek dla drużyny? no i naprawdę – ile razy ta drużyna musiała zejść naprawdę głęboko, żeby ktoś zareagował? a tu proszę – nagle wszyscy rzucają się na "betony" jak na ostatnią deskę ratunku.
tylko że historia nie działa tak, że raz za silny, raz za słaby – kiedy stary potentat traci siłę, to nie dlatego, że zapomniał wlewać nowej mieszanki, tylko dlatego, że reszta stawki nauczyła się grać w szachy, a my nadal gramy w warcaby. i nie oszukujmy się – to nie są te stare czasy, kiedy dookoła ligi był sam beton, bo reszta miała kontrakty na jeden sezon i luz na treningach.
właśnie – ten Zielony Gaszyński, co go tak chwalicie za "lepsze występy", to ten sam facet, który w połowie sezonu miał uderzenie trafiane raz na trzy próby, bo kręgosłup go w połowie sezonu bolał bardziej niż strach przed konkurentami. i mówię wam – byłem na trybunie, kiedy Zielarze z Zielonej Góry mieli w drużynie faceta, co wracał z kontuzji kostki i i tak rozbijał blok przeciwników na strzępy. teraz starczy posłuchać, jak skaczą kibice na trybunie przy piosence "lech!", a od razu wiadomo – nie biją oni punktów, tylko powietrze.
i jeszcze jedno – ten cały lament o atmosferze w hali bełchatowskiej? fajnie się śpiewa, kiedy się wygrywa, ale jak padają sety 25:20, 25:18 i 25:15, to te głośniki grają głównie ten sam kawałek, a kibice idą do domu z wrażeniem, że byli na meczu ligi trzeciej, nie pierwszej. stary smok stracił nie tylko ogień, stracił też pazury – i teraz tylko dymi i szumi, a nikt nie wie, jak go podpalić na nowo.
no ale zobaczymy.
Widziałem już wszystko, chłopaki.