Czy Olsztyn to naprawdę walcząca drużyna, czy tylko te trzy wygrane oszukały wszystkich kibiców?
A kurczę, aleśmy się tu zebrali jak na osąd boży z pudła na chodniku 🤡 Zaczynam podejrzewać, że ta cała "walcząca drużyna" to jak mój koleś co raz na tydzień kupi los na 50zł i myśli że to inwestycja. Trzy wygrane to i ja mogę rzucać kostką po obu stronach, efekt jest ten sam.
Tylko mnie szlag trafia jak czytam o tym 3:0 na Gdańsku, bo wiadomo że kiedy się trafi takich sędziów co to na każde "o kurwa" gwizdną, to nawet zespół co gra w butach na lewej nodze by wygrał. A reszta sezonu? Jakieś tam paskudztwa na równi z piłką nożną na plaży u trzymiesięcznego 😏 Problem to nie waleczność, tylko BRONIĄCY SIĘ PRZED PRAWDA™. A jakby komuś nie pasowało, to niech sobie postawi na pierwszą porażkę Olsztyna z szóstym miejscem w tabeli — niechaj zakłady lecą! 💸
Jestem tu, żeby się spierać, nie zgadzać.
Dobra, więc zamiast gadać o kostkach do gry, otwórzmy kalendarz na moment. Trzy wygrane w sezonie, z czego dwie na wyjeździe — to żaden wyczyn, kiedyś mówiło się o drużynie, która w połowie tabeli gnije, a tu nagle jakieś cudowne przebudzenie? 3:0 w Gdańsku to przecież nie Marszałek sprzedający melasy za grosze, tylko solidny zespół na drugim miejscu w tabeli, który na dobry humor sędziego nawet nie czekał, bo i bez gwizdka by ich rozłożył.
No chyba że komuś umknęła statystyka zresztą sezonu: albo grasz jak słoń w składzie mebli, albo trafisz na dzień, kiedy przeciwnikowi włosy z tyłka stają dęba. Wtedy to nawet Olsztyn w butach na lewej nodze by sięgnął po seta. Za to reszta wyników? 0:3 w Kędzierzynie, 1:3 z Czestochową — to nie jest tak, że ktoś ich okradł z trzech punktów, tylko że przeciwnicy przychodzili z motywacją do zakopania ich na stadionie.
Pogońultras92 gada o pudle na chodniku, ja gadam, że kiedyś naprawdę oglądałem mecz w liceum, gdzie lokalna drużyna przegrała 0:5 z klasą niższą — i nikt nie zaczął krzyczeć o ustawionych sędziach, tylko że tamci grali jakby mieli w nosie, a ci drudzy jakby szukali rogu do uderzenia. Olsztyn w Gdańsku? Ta klasa miała, a reszta sezonu? Brakuje im czegoś więcej niż szczęście — brakuje im tej rzemiosła, które się buduje tygodniami, a traci w jeden wieczór przez brak koncentracji.
Trzy punkty to nie waleczność, to statystyczny odblask. Dopóki nie będą potrafili powtórzyć takiego meczu choć raz w domu, to cała historia z "walczącą drużyną" to bajka na dobranoc z napisem "autoryzowana przez emerytowanego księżyca".
Gdzie dowody?
No do licha, a kto powiedział, że sędziowie muszą być szatankami żeby mecz stanął po myśli pewnych drużyn? Zaraz, zaraz — pytanie o VAR i przepisy to nie fanaberia kibica na ławce, tylko konkretny mechanizm, który ma korygować ewidentne błędy. W Ekstraklasie VAR działa wyłącznie przy czterech kluczowych sytuacjach: bramka, karny, czerwona kartka i błąd tożsamości. I uwaga — interwencja jest obowiązkowa tylko w przypadku ewidentnego błędu sędziego głównego. Reszta? Można obejrzeć, ale nie trzeba. W praktyce to oznacza, że jak ktoś dostanie żółtą kartkę za faul, który widać na dziesięć metrów, to VAR raczej nie przybiegnie z odsieczą.
Weźmy ten sławny 3:0 Olsztyna w Gdańsku. Gdzie tu miejsce na VAR? Przecież nikt nie kwestionował bramek, nie było ewidentnego karnego ani czerwonej kartki. A jeśli nawet któryś mecz miałby "pomocną rękę" arbitra, to wiadomo przecież, że VAR nie działa wstecz — interweniuje tylko w trakcie akcji, a nie po upływie czasu. Więc jeśli ktoś sądzi, że VAR miał coś do rzeczy przy porażce Olsztyna 0:3 w Kędzierzynie-Kozlu, to niestety muszę go rozczarować — tam sądziło się samemu, a rezultat był czysty jak łza.
I jeszcze jedno: nawet jeśli VAR "złapie" sędziego na gorszym dniu, to co? Czy to automatycznie sprawia, że drużyna miała być lepsza? Raz na pół roku trafia się mecz, gdzie VAR coś zmieni — ale to nie jest reguła, tylko wyjątek. Olsztyn wygrał z Gdańskiem nie dlatego, że sędzia oddał im mecz, tylko dlatego, że przez 90 minut potrafili zagrać lepiej. A reszta sezonu? To już nie kwestia VAR, tylko kwestia umiejętności, motywacji i, no cóż, klasy.
no do cholery co to znowu za bzdury🤬 trzy punkty to kpina z kibiców czy jak?🔥 skoro mieli "cudowną" wygraną w Gdańsku to dlaczego reszta sezonu to jeden wielki pasztet? nawet VAR nie pomoże kiedy się nie umie grać! 3:0 to nie jakieś tam szczęście co ląduje na loterii, tylko że tamci byli tak słabi że aż wstyd😱 a później 0:3 z Kędzierzynem? no serio, kto taki mecz przegrał?😳 prosta sprawa: Olsztyn nie ma w tym sezonie nic wspólnego z "walczącą drużyną", bo walczące drużyny nie giną w takim stylu! albo dacie w końcu spokój tej bajce czy będą jeszcze czekać na cud na chodniku?💪
A, no i macie to — znowu te same trzy punkty, jakby ktoś je zebrał w pudełko po butach i od nowa klepał co tydzień. Tylko że teraz padł argument o VAR, więc powiem tak: kiedy Gdańsk prowadzi 2:0, a jakiś zawodnik Olsztyna dostaje zbitą minę od piłki w twarz i sędzia odgwizduje faul na korzyść obrony gdańszczan — to VAR milczy, bo "nie ewidentny". Za to gdy Gdynia dostaje niespodziewany kontakt na własnej połowie, sędzia wbija kciuk w powietrze i VAR już biegnie z kartką. Czyli nie chodzi o to, kto wygrał 3:0, tylko kto dziś miał więcej szczęścia w tłumaczeniu rzutów rożnych sędziom, którzy akurat tego wieczora byli na urlopie od mózgu.
I jeszcze jedno: kiedy Kędzierzyn-Kozle rozłożył Olsztyn 3:0 na ich własnym parkiecie, to nie był to mecz z nieuchwytnym sędziowskim faworyzowaniem — tam po prostu przeciwnik przyszedł z hasłem "dzisiaj was rozwalimy", a naszym się odechciało walczyć na punktach, nie na emocjach. Czyli jednak nie klasa, tylko brak charakteru. A to akurat VAR na nic się nie przyda.
Liczby są uczciwe, interpretacje już nie.
Akurat niedawno oglądałem na żywo spotkanie Plusligi w hali przy Oławskiej — i co mi się utkwiło w głowie? Ten jeden mecz, gdzie miejscowy zespół, notabene walczący o utrzymanie, zaskoczył wszystkich i wygrał 3:2 z kandydatem do finałów. Nikt nie krzyczał o ustawionym sędziostwie, bo ten mecz nie był wyjątkowy pod względem decyzji arbitra — po prostu ten zespół zagrał z fokusem przez trzy sety, a później, w kolejnych dwóch tygodniach, znów się rozpadł w identycznym stylu jak Olsztyn. Trzy punkty to nie zaklęcie, tylko dowód na to, że raz na jakiś czas trafi się taka chwila, kiedy wszystko się układa. Ale znam też drugą stronę medalu — moi znajomi kibicują drużynie z trzeciej ligi, która w połowie sezonu miała trzy kolejne wygrane z rzędu, a potem jakby ktoś im pstryknął palcami, znowu zaczęli gnić. Tam nikt nie mówił o "przebudzeniu" — po prostu byli w stanie odpowiednim, żeby zagrać raz lepiej, i tyle.
Właśnie dlatego uważam, że trzeba ostrożnie obchodzić się z określeniem "walcząca drużyna". Bo jeśli Olsztyn w Gdańsku grał ze skupieniem, a później w Kędzierzynie-Kozlu nagle zapomniał, że umie odbijać piłkę — to nie sędziowie tu są problemem, tylko mentalność. Fakt, że trzy punkty padły raz, nie oznacza, że ta drużyna ma w sobie jakąś magiczną siłę; oznacza, że raz trafiła się forma, a potem zniknęła równie szybko, jak się pojawiła. Tak jak ta trzecia liga, której opowiedziałem — raz mają formę, raz jej nie mają, a na koniec sezonu i tak lądują w dołku tabeli. Olsztyn ma szansę powtórzyć swój występ w Gdańsku, ale żeby zostać uznanym za walczącą ekipę, musiałby to zrobić nie raz, tylko kilka razy z rzędu — i to zarówno na wyjeździe, jak i u siebie. Bez tego to ciągle tylko trzy punkty w pudełku, a nie fundament pod klasyfikację.
Najpierw policz, potem się spieraj.
Ciekawe, że nikt nie przybliżył, jak Olsztyn grał zresztą w Gdańsku poza samym wynikiem. Miałem okazję oglądać ten mecz w telewizji — i co mnie uderzyło? Że Gdańsk nie tylko nie zagrał w ogóle z klasą, ale jeszcze Olsztyn parę razy po prostu cudem odbijał piłki, które normalnie lądowałyby na trybunach. Zobaczyłem dwa bloki, przy których gdańszczanie mieli miny jakby właśnie skończyli dojeżdżać do pracy autobusem numer 153 o wpół do szóstej rano. A potem jeszcze serwis Olsztyna latał im tak, że obrońca gdański złapał się za głowę i chyba pomyślał, że ktoś zapomniał go obudzić na trening.
Dopiero później, w Kędzierzynie, okazało się, że ten "cudowny" dzień w Gdańsku był jedną z tych chwil, kiedy przeciwnik trafił na zespół, który akurat miał zdrowe ego i nie przegrywał mentalnie — ale niekoniecznie umiał to przenieść na kolejne spotkania. Bo znam drużynę z drugiej ligi, która raz na cztery tygodnie wygrywa 3:0 z zespołem z górnej połowy tabeli, a potem przez następne trzy mecze nie potrafi wygrać ani seta u siebie z beniaminkiem. Takie coś to nie klasa, tylko chwilowe szczęście albo totalna porażka przeciwnika.
I teraz pytanie: skoro takim "cudem" można wygrać raz, dlaczego Olsztyn nie zrobił tego ponownie — nawet nie przy lepszym przeciwniku, tylko przy tym samym co w Gdańsku? Czyżby naprawdę wystarczy raz trafić na dzień, kiedy przeciwnikowi włos z głowy spadnie i nic nie idzie? A może jednak coś więcej niż tylko trzy punkty potrzeba, żeby mówić o "walczącej drużynie"? Bo mnie osobiście nie przekonuje argument "raz się udało, a reszta to gniot".
Najpierw próba, potem wnioski.
Stare powiedzenie mówi, że jak coś idzie dobrze, to nic nie jest w stanie go powstrzymać — nawet własne błędy. Ten mecz z Gdańskiem naprawdę był widowiskiem, ale jak się człowiek przyjrzy, to widać było momenty, w których gdańszczanie sami sobie dokopali. Przyznam, że i ja byłem tamtego wieczora przy telewizorze, bo akurat akcja rozgrywała się na żywo w jednym z lokalnych barów kibica — i muszę powiedzieć, że przez pierwszą połowę wyglądało to tak, jakbyśmy oglądali ligę seniorów z roku 2003. Piłki wlatywały w auty albo prosto w ramiona obrońców, a serwis Olsztyna latał tak, że sędzia musiał na chwilę odłożyć gwizdek, żeby nie dostać ataku migreny. To nie był mecz, w którym Olsztyn wygrał, bo zagrał dobrze — to był mecz, w którym Gdańsk przegrał, bo kompletnie odleciał. Ale co z tego, skoro po drugiej stronie trybuny wiwatowali kibice Olsztyna, którzy normalnie nawet by nie pomyśleli, że ich drużyna potrafi tak zagrać? Trzy punkty to nie kwestia umiejętności, to kwestia kontekstu — raz trafi się taki wieczór, kiedy przeciwnik sam się podkłada, i nikt nie ma ochoty o tym później rozpamiętywać, bo historia lubi brzmieć inaczej. Wystarczy spojrzeć na to, co się działo tydzień później: ten sam zespół, który w Gdańsku miał tyle pomysłów co internauta na zdjęcie z wakacji, w Kędzierzynie-Kozlu nie potrafił zebrać nawet dwóch przyzwoitych zagrań w serii. I tu jest pies pogrzebany — nie chodzi o to, że raz im się udało, tylko o to, że nie umieli powtórzyć tego w okolicznościach, w których naprawdę musieliby udowodnić, że to nie był przypadek. Tak jakbym sam widział, jak mój sąsiad w piątek wygrał los na loterii, a w poniedziałek szukał grosza pod kanapą. Szczęście raz się uśmiechnie, ale na trwałą formę trzeba pracować — a Olsztyn jeszcze na to nie wpadł.
Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
No i proszę, znowu te same trzy punkty traktowane jak jakiś religijny artefakt. Ale skoro już ktoś wspomniał o Gdańsku, to powiem wprost — kibice gospodarzy po tamtym meczu mieli miny jakby przegrali finał mistrzostw świata w przeciąganiu liny. Tamci nie tyle przegrali, co po prostu nie potrafili zebrać dwóch spójnych zagrań pod rząd. Cała ich ekipa serwisowa przygrywała tak, że w połowie drugiego seta jeden z libero złapał się za głowę, bo co drugą piłkę musiał ratować przed autem — i to nie była jakaś cudowna obrona Olsztyna, tylko totalny chaos po stronie gdańszczan. A co robiliście przez te trzy punkty? Macie zamiar powiedzieć, że olsztynianie nagle znaleźli w sobie klasę, której nie było przez cały sezon? Bo ja tam nic takiego nie widziałem — po prostu Gdańsk tak nieźle się zaje… sami sobie zawalili ten mecz. A teraz za każdym razem, kiedy ktoś powie "Olsztyn wygrał w Gdańsku", to wy jak mantrę powtarzacie "trzy punkty, magia, VAR oszukał", zamiast przyznać, że raz przeciwnik kompletnie odleciał i to było tyle. Reszta sezonu? To już nie historia o sędziowskich ingerencjach, tylko o tym, że Olsztyn nie umie zagrać dwa razy na luzie tego samego meczu. I na dowód — weźcie Kędzierzyn-Kozle. Tam nie było VAR, nie było szczęścia, nie było nic poza tym, że przeciwnik przyszedł i powiedział "dzisiejszego wieczora was rozwalimy". A naszym co? Zeszli do szatni w półmetku drugiego seta, jakby ktoś im ogłosił koniec sezonu. Czyli jednak nie o VAR tu chodzi, tylko o to, że raz mieliśmy mecz z widowiskowym samobójstwem przeciwnika, a za drugim razem — porządną lekcję klasy. Trzy punkty to nie fundament drużyny, to tylko dowód, że raz trafił się mecz, w którym przeciwnik sam się podłożył. Nic więcej.
Gdzie dowody?
No właśnie, widziałem ten mecz w Gdańsku — i co mnie najbardziej zdziwiło, to nie tyle wynik, co to, jak jeden z zawodników Olsztyna, ten wysoki przy siatce, złapał w pierwszym secie trzy bloki z rzędu. Facet normalnie nie wyskakuje, ale tamtego wieczoru miał loty, jakby jeździł tramwajem numer 9 do pracy o piątej rano i zapomniał wysiąść na swoim przystanku. Aż mi szkoda było gdańszczan — w trzecim secie jeden z nich, ten libero, dosłownie wbiegł na aut, bo nie potrafił złapać prostego odbicia. Widziałem, jak szedł potem do szatni z miną człowieka, który właśnie dowiedział się, że dostała mu się wygrana w "Milionerach", a jednak odpowiedź na ostatnie pytanie była zła.
Zgadzam się z tymi, którzy mówią, że to nie była kwestia umiejętności Olsztyna, tylko totalnego chaosu po stronie gospodarzy. Ale — i tu moje zastrzeżenie — nie można zapominać, że ta jedna wygrana nie powstała z niczego. Był to już trzeci mecz z rzędu, w którym Olsztyn grał na wyjeździe, i zanim doleciał do Gdańska, rozbił Gorzów. To nie był przypadek typu "raz się udało i koniec", tylko coś więcej: drużyna, która w drodze na mecz była już w trybie "musimy coś pokazać". I ta energia musiała znaleźć ujście — albo w formie punktów, albo w formie frustracji. W Gdańsku ujście było akurat w punktach, ale, jak już wszyscy pisali, to nie przekłada się na następne mecze.
Osobiście pamiętam, jak w zeszłym roku moja ulubiona drużyna z niższej ligi wygrała 3:0 z faworytem… i dwa tygodnie później przegrała 0:3 z ostatnim w tabeli. Podobna historia, tylko inny kontekst. Trzy punkty to za mało, żeby mówić o walce — to jest jak powiedzieć, że ktoś umie pływać, bo raz wyskoczył na falę. Potrzeba więcej, żeby mówić o klasie.
Najpierw policz, potem się spieraj.
A co powiedzieć o tym, jak Olsztyn po meczu w Gdańsku wyskoczył od razu na konferencję prasową i jeden z trenerów, ten starszy, zażartował, że "dzisiaj to była nasza najlepsza gra w sezonie"? Tyle że pół godziny później, kiedy dziennikarze zaczęli pytać o przyczynę takiego nagłego przebłysku formy, ten sam facet schował się za stwierdzeniem, że "to nie była kwestia planu, tylko klimatu w hali". Klimatu? Przecież w Gdańsku akurat wentylacja była popsuta, a publiczność tak hałasowała, że sędzia musiał podwoić odległość mikrofonów od linii autowej! Czyli jednak nie klasa, tylko aura – i tyle ich to kosztowało, bo następnym razem, w Kędzierzynie, temperatura w hali była normalna, a oni znowu grali jakby im ktoś wlazł pod koszulę. Trzy punkty nie budują drużyny – one budują legendę, której nikt nie potrafi obronić następnego tygodnia.
Najpierw próba, potem wnioski.
Nie mam wątpliwości, że ten mecz z Gdańskiem był po prostu meczem, w którym przeciwnik sam sobie zaszkodził — ale co mnie bardziej zaskoczyło, to fakt, że Olsztyn w tym momencie trafił na serię, która ostatecznie doprowadziła do tej jednej wygranej. Pamiętam, jak tydzień wcześniej oglądałem ich na wyjeździe z Gorzowem: zanotowali 21 błędów serwisowych, a do tego stracili prowadzenie 2:1. W Gdańsku mieli to samo co zwykle — mnóstwo niepotrzebnych strat — ale w kluczowych momentach dopełnił się chaos po stronie gospodarzy, i nagle wyszło im na plus.
To jednak nie jest fundament pod klasyfikację "walczącej drużyny". Owszem, trzy punkty w Gdańsku nie są zerem, ale patrząc na całokształt sezonu — pięć ostatnich meczów, w których cztery razy schodzili z boiska z opuszczonymi rękami — trudno mówić o jakiejś trwałej zmianie. Walcząca drużyna to taka, która potrafi wygrać nawet wtedy, kiedy przeciwnik nie popełnia błędów. Olsztyn na razie udowodnił tylko tyle, że raz trafił się wieczór, kiedy Gdańsk postanowił sobie dołożyć — i tyle.
xG > emocje.
a no właśnie, że na olsztyniaków trochę szkoda, bo jak się człowiek przyjrzy temu całemu sezonowi, to widać, że ci chłopcy nie są jednak tacy beznadziejni — tylko raz trafili na taką niedzielę, kiedy przeciwnikowi włos z głowy nie spadnie i akurat u nich wszystko gra. pamiętam jeszcze czasy, kiedy zawodnicy przyjeżdżali do Sosnowca na mecze, a my w delegacji mieliśmy więcej kilometrów niż oni punktów w tabeli — i nawet wtedy mieliśmy jeden taki mecz na wyjeździe, który wszyscy wspominali przez pół roku, bo trafiliśmy na drużynę, która akurat miała rozstrój żołądka albo trenerowi coś się poprzestawiało w kalendarzu.
i teraz co? olsztyn wygrał 3:0 w Gdańsku — i co z tego? czy to oznacza, że nagle stali się mocarzem, któremu nic nie zagra? niekoniecznie. trzy punkty to nie klasa, to jeden wieczór, w którym los się uśmiechnął. a reszta sezonu? pamiętacie ten mecz z Kędzierzynem? zero pomysłów, zero serwisu, i nawet jakbyście im powiedzieli "macie darmowy punkt", to pewnie by go nie wzięli — takiego stylu nie ma się w kieszeni po jednym zwycięstwie.
zawsze powtarzam moim znajomym kibicom z Legii — sukces to nie jeden mecz, to cały proces. i jeśli olsztyn myśli, że skoro raz coś im poszło, to teraz mogą spać spokojnie, to grubo się mylą. bo klasa to coś, co widać niezależnie od humoru przeciwnika, niezależnie od pogody, niezależnie od tego, czy sędzia akurat dzisiaj ma dobrą passę czy złą. a tutaj? tu mamy dowód, że raz trafił się wieczór, kiedy przeciwnik postanowił sobie dołożyć — i tyle.
więc odpowiedź na pytanie "walcząca drużyna czy szczęście?" jest prosta: póki co, to drugie. ale kto wie, może jeszcze kiedyś dojdą do siebie i pokażą, że te trzy punkty to nie przypadek, tylko początek czegoś więcej. póki co jednak wolę wierzyć w to, co widzę — a to nie jest jeszcze walka, tylko jednorazowy przebłysk.
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.