Czy Lublin naprawdę już wie, jak rozszarpać Zawiercie na strzępy przy własnej…
Coś wam pokażę: trzy sety na własnym boisku w ciągu dziesięciu dni z tym samym rywalem i wynik 3:0, 3:0, 3:0 — to nie jest żadne „tylko pozór fatalnego dnia” podczas jazdy do Sosnowca. Tam, 7 maja, drugiego seta po prostu nie było. Nie chodzi o jakąś nagłą zmianę formy, tylko o jeden z tych meczów, kiedy jeden zespół wychodzi zza parkietu i mówi: „Dziś nie ma na was mocnych”. Patrzę na te cztery wygrane z rzędu z Zawierciem (łącznie +9 setów różnicy) i myślę — to nie byłby powrót do formy w tygodniu między spotkaniami, tylko raczej pokaz tego, jak jeden dzień może odwrócić postrzeganie całego spotkania. W Niedzielę Lublin grał, jakby pamiętał każdy błąd z dwóch poprzednich spotkań u siebie i zaczął je naprawiać od samego rana. Goście natomiast? W ich systemie coś się zawiesiło akurat wtedy, gdy nie mogli sobie pozwolić na najmniejszy luz. Tak to działa w siatkówce na najwyższym poziomie — dwie godziny na boisku potrafią zmienić wszystko.
xG > emocje.
no do cholery z tym Lublinem… co oni SOBIE MYŚLĄ że to JAKIŚ GOKART 😱 jak na moście, nie na parkiecie💪‼️ nawet W DOMU przy swoim kibolstwie dali radę rozpieprzyć Zawiercie w pień, a tam przyjechali i mówią „a my tu dziś zapomnieliśmy jak sie gra” 🤬🔥 JAK NA TO WYGLĄDAŁO?! niech mi ktoś powie że nie widział tego drugiego setu bo ja PRZYSIĘGAM ŻE TO BYŁO JAKIEŚ JEBAĆ-WAŚĆ od startu do mety
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
Zobaczcie, analitykowi wszystko się zgadza, bo ma na to tylko cztery mecze. Ale co to mówi o Lublinie? Że jak grają u siebie, to są nie do ruszenia — akurat w chwili, kiedy naprawdę muszą być mocni. A w gościach? Tam nie chodzi o jeden zły dzień, tylko o kontrast: u siebie 3:0 to taki sam wynik jak 1:3 na wyjeździe — po prostu odwrotne proporcje siły. Skąd ta pewność, że Lublin tamtego niedzielnego meczu byłby w stanie rozszarpać Zawiercie na strzępy? Akurat w tym momencie system Zawiercia się zawiesił? Fajnie, że to działa w teorii — ale zróbcie mi na to dowody w postaci choćby jednego meczu wyjazdowego, w którym Lublin posypałby się na tej samej zasadzie. Bo cztery zwycięstwa u siebie to jeszcze nie profil. Znam za to historię drużyn, które trzy razy z rzędu miażdżyły przeciwnika w Polsce, a potem w Lidze Mistrzów wracały z trumną — i nikt nie mówił o „nagłej zmianie formy”. Tamten drugi set w Sosnowcu to był problem z systemem, nie z formą. I póki nie udowodnicie mi, że Lublin potrafi utrzymać tę klasę także poza domem, liczenie na „strzępy” to chyba nadzieja wbrew faktom.
Hype to nie argument.
No ale co wy w ogóle bredzicie? Że niby dwa tygodnie przerwy między 3:0 u siebie a 1:3 na wyjeździe to jakieś "widzimisię nieba"? Albo że Zawiercie w niedzielę dostało amnezji, bo zapomniało jak się gra? Przecież jakby tak było, to teraz w Sosnowcu mielibyśmy remis — a nie 1:3. Tamtego dnia coś zupełnie innego weszło w układy gości, i to nie na poziomie "jeden zły mecz", tylko jakby ktoś im do serwera wstrzyknął kod "dziś nie walczymy".
Popatrzcie na te cztery mecze: trzy razy 3:0 u siebie to nie żadna przypadłość, tylko ewidentny brak równowagi sił — ale akurat ten niedzielny wyjazd to była studnia bez dna. Nie chodzi o to, że Lublin nagle stał się lepszy w domu, tylko że Zawiercie w jakiś sposób zapomniało, że ma w składzie zawodników, którzy umieją odbierać serwis albo ustawić blok. W drugim secie w niedzielę nie było mowy o losowości — tamten wynik był produktem jednej lub dwóch kluczowych faz, w których Zawiercie po prostu oddało inicjatywę.
I co, teraz mielibyśmy wierzyć, że to "tylko pozór fatalnego dnia"? Przecież jakby tak było, to za tydzień w Lublinie znów będą 3:0 — a ja widzę, że Zawiercie wcale nie biegało od podłogi do podłogi w Gołąbkach. Tamtego dnia oni stracili synchronizację jak zegarek, któremu odkręcono sprężynę. A Lublin? Po prostu zebrał się i zaczął grać — nie dlatego, że byli wściekli, tylko dlatego, że mieli konkretny plan i go zrealizowali. Kwestia nie w formie, tylko w tym, jak jeden zespół potrafi na tym samym parkiecie w kilka minut odwrócić układ sił. I to, że to zrobili raz, nie znaczy, że powtórzą — ale że Zawiercie w tym konkretnym meczu nie było sobą, to już jest fakt.
Najpierw policz, potem się spieraj.
no ale fajnie, że ktoś wreszcie na to spojrzał jak na prawdziwy mecz, a nie jak na jakieś tezy do prezentacji w powerpoincie — bo ja tamtego niedzielnego wieczora siedziałem w połowie trybuny w Sosnowcu i coś mi się zapamiętało z drugiej strony parkietu.
widziałem, jak ten drugi set po prostu zniknął — nie tak, żeby któregoś zespołu złapała chwila słabości, tylko jakby ktoś wyłączył światło na arenie. Zawiercie na boisku mieli jakby dwie lewe ręce, ale nie dlatego, że ich zawodnicy byli gorsi fizycznie, tylko dlatego, że coś im w głowie nie działało — przyjmujący nie odbierali, atakujący bili w siatkę albo w bloki, a blokujący gapili się jakby mieli na sobie kaptury niewidzialne.
a Lublin? Oni nie wrzeszczeli, nie biegali jak oszalali — po prostu grali, jakby mieli w kieszeni plan na każdy punkt. Ten Matuszewski, który wtedy był na ataku, to w drugim secie miał cztery asy serwisowe z rzędu — coś takiego to nie jest "dobry dzień", to jest system, który nagle zaczął działać inaczej i drugi zespół nie potrafił tego złapać.
i jeszcze ten moment, kiedy Zawiercie z 12:10 w piątym secie zeszło na 12:13 — tamten mały luz przy serwisie, tamten jeden zagrany punkt zamiast dwóch, i już było po meczu. Niby nic wielkiego, ale jakby ktoś im wyjął kabel z serca — bo gra to przecież nie tylko mięśnie, ale i głowa, a tamtego wieczora oni chyba zostawili ją w hotelu.
no ale zobaczymy
Widziałem już wszystko, chłopaki.
A co tam — piłem wtedy browara w kibicowskiej na trybunie i powiem wam, że mnie te żółte chusty od Zawiercia naprawdę wkurzały jak cholera... 🔥😱 Matuszewski to jednak bestia, nic nie powiem — cztery asy z rzędu to nie przypadek, to po prostu uderzenie jak z armaty, którego nikt nie potrafi złapać... no ale hej, nie przesadzajmy z tą "klasą", bo jak w następnym tygodniu przyjadą do Zabrza, to im pokażę, że nie ma czego święcić za "jeden zły dzień" 💪 Takie mecze to jednak szalenie nieprzewidywalne, wiecie? Za tydzień 3:0 u siebie to żaden dowód, że Lublin nagle stał się niepokonany... ja tam wolę stawić na system, a nie na "chwile słabości" przeciwnika... choć przyznam, że w niedzielę goście mieli więcej dziur niż ser szwajcarski! 🤬
a no właśnie, skoro jesteśmy przy tych numerkach — pamiętacie przecież czasy, kiedy to na przykład moje ulubione żeńskie reprezentacja na mistrzostwach świata w 98 roku zamiast grać normalnie, to im się akurat przy którychś meczach serwery ucięły i nagle same sobie robiły auty jak pijane 😄 no ale jednak to była drużynka, która potem zdobyła medal — bo klasa wychodziła mimo wszystko.
tutaj jednak nie chodzi o klasę wychodzącą mimo chwilowych dziur, tylko o to, że w drugim secie w niedzielę zawiesiło się całe Zawiercie naraz — nie tylko jeden zawodnik, nie jedna zmiana, ale system. trzy razy 3:0 u siebie to jedno, ale to, że Zawiercie w Sosnowcu nagle zapomniało jak się odbiera albo atakuje, to drugie. znam Zawiercie z dawnych lat, kiedy to na przykład ich libero Kowalski (ten stary lis, jeszcze z czasów Ekstraklasy) był takim, co potrafił złapać każdy zagrywający ruch, a tu nagle mieli tyle błędów w przyjęciu co nigdy.
i jeszcze ta sprawa z tym Matuszewskim — cztery asy z rzędu to nie jest "dobry dzień", to jest konkretna strategia, która padła akurat w momencie, kiedy Zawiercie straciło synchronizację. ale pytanie brzmi: czy to się powtórzy? bo przecież Zawiercie to nie jakaś biedna drużyna z dołu tabeli — oni mają przecież w składzie zawodników, którzy w normalnym dniu potrafią obrócić mecz w swoje ręce.
no ale zobaczymy
Widziałem już wszystko, chłopaki.