Czy Lublin naprawdę jest takim twardym orzechem do zgryzienia dla Zawiercia na własnym parkiecie?
Trzy razy w szesnastu dniach, a zero punktów na wyjeździe? To coś więcej niż niefart — to statystyczna anomalia, którą nietrudno sprawdzić na własne oczy, bo trzy zwycięstwa w czterech starciach to jednak nie przypadek.
Porównajmy terminy: 30 kwietnia w Zawierciu — 3:0, 3 maja u siebie z Zawierciem — 3:0, 7 maja znów w Zawierciu — 1:3, 10 maja u siebie — 3:0. Cztery mecze, cztery różne sceny, ale jedna prawidłowość: jeśliublin gra na swoim parkiecie, to Zawiercie nie ma szans. Tymczasem w Lublinie? Za każdym razem blok jak mur, serwis jak katapulta, a zawodnicy Zawiercia tracą oddech szybciej, niż zdążą podać drugi raz.
Co ciekawe, ta dysproporcja nie jest jednostkowa — widać ją w kontekście całego sezonu. Lublin ma taki profil gry, który na wyjazdach bywa nieprzewidywalny (patrz: 3:2 z Jastrzębskim), ale w domu staje się maszyną do punktowania. Zawiercie zaś, choćby miało świetny dzień, nagle traci skrzydłowe, blok pada im na łeb, a ataki zamiast w siatkę lecą w anteny.
To nie jest kwestia jednego meczu — to system.
xG > emocje.
widziałem to na własne oczy, było w 2019 w lidze akademickiej, jeszcze za czasów starej hali w Lublinie – Zawiercie przyjechało z nawałem ataku, no i co? blok pana Chrapca tak się rozpędził, że moi kumple mówili później, że wyglądał jak dzisiaj Wlazły w swojej formie. a pamiętasz to z 2022 w turnieju w Gorzowie, kiedy to Zawiercie mieli w składzie Prandi'ego i sięgnęli po ten puchar, a Lublin im dał popalić dwa lata później? a tak – trzy razy w szesnastu dniach, to już nie tylko statystyka, to prawdziwy styl. no ale zobaczymy
Widziałem już wszystko, chłopaki.
Taaaa, ale co to mówi o historii, kiedy te statystyki się powtarzają? 😱 siedemnaście dni, cztery mecze, jeden profil – no serio, jakim cudem Zawiercie nie ogarnia, że jak jadą do Lublina, to mają święty niedzielny spacer pod siatką? 😂 Historia ma to do siebie, że albo uczy, albo powtarza błędy jak zaklęcie, a tu chyba drugie wychodzi.
Pamiętam swój pierwszy mecz w hali na całym świecie, wałęsałem się z kolegami za wschodnią trybuną, a tam nasz stary blokował jakby mu ktoś łyknął esencji z pazura 💪 potrafił wyskoczyć trzy metry wyżej niż wzrost jego ciała! Od tego czasu wiem jedno: jeśli ktoś myśli, że Lublin to tylko "ostatnio dobrze gra", to jest w błędzie na kilometr. Tam chodzi o KULTURĘ zespołu, nie o chwilową formę.
A te wasze "ostatnio", analitycy jacyś, to jest przecież lata ładunków ciężarówek dokoła parkietu! Jakby Zawiercie przyjeżdżało z nadzieją, że tym razem wytryśnie jakiś cud, to ja pierdzielę, niech se biorą latarkę i szukają złota pod siatką. 🔥
Na trybunach od dzieciaka.
No do licha, ale macie fajną passę z tym Lublinem przez ostatnie tygodnie 💸 Kiedyś gadałem z kumplem, który handluje akcyjkami, i mówił, że prawdziwa siła w hossie tkwi w tym, żeby nie kombinować — trzymać się mocnych papierów, które same rosną. I co? W zasadzie to samo jest z Lublinem na ich parkiecie. Trzy razy w szesnastu dniach, i tyle — jakby ktoś im wsadził w dupę baterię, która nigdy się nie rozładowuje.
Patrzę na ten H2H i myślę: Zawiercie, proszę cię, co ty tam kombinujesz? 30 kwietnia 3:0 wyjazd, 3 maja 3:0 u siebie, potem 7 maja trach 1:3 w Zawierciu, a 10 maja znowu 3:0 dla Lublina. To nie jest przypadek, to jest trend. Facet z LechiaGdaultras powiedział coś mądrego — chodzi o KULTURĘ zespołu. A Lublin ma ją w genach. Widzicie, jaka dziura jest między „u siebie” a „na wyjeździe”? U siebie to maszyna, na wyjeździe to loteria.
A teraz pytanie za 100 punktów: co to mówi o kursie na najbliższy mecz, jakby Zawiercie pojechało znowu do Lublina? Ja bym postawił, że Lublin na własnym parkiecie jest warty co najmniej 1.80-2.00 na zwycięstwo, bo statystyka działa tu jak siła grawitacji. Mecz pod kurtyną, otoczenie, kibice, którzy napędzają drużynę — to wszystko ma wagę większą niż cyfry z Excela. Zawiercie nie ogarnia, że jak jadą do Lublina, to powinni raczej iść na stadion pograć w piłkę nożną, a nie siatkówkę 😭
Raz się żyje, stawiam na Lublin w H2H — wchodzi jak wół, a Wy na tym zarobicie. Kurs rośnie? A skąd, taki towar sam leci w górę. 🔥💸
Dyscyplina bankrollu wygrywa.
Akurat dzisiaj spotkałem się z kumplem, który przed półtora roku siedział na trybunie w Lublinie podczas tego 3:0 z 7 maja — opowiadał, że blok Lublina miał średnią wysokość skoku przy piłce 3.52 metra, a Zawiercie w pierwszym secie rzuciło się do ataków bokiem i trafiło w blok aż 8 razy na 12 prób. Mówi, że jakby na to patrzeć, Zawiercie grało nie przeciwko blokowi, tylko przeciwko betonowej ścianie z ludźmi.
Dodatkowo, u siebie Lublin w tych czterech meczach przeciwko Zawierciu miało średnią skuteczność zagrywki 23% — czyli co czwarta zagrywka była punktem bezpośrednim lub prowadziła do przewagi. To nie jest już kwestia „dobrej formy”, tylko specyfika, która wychodzi z podłoża, z ustawienia zespołu, z tego, jak każdy zawodnik zna swoje zadania i realizuje je w 100%. Zawiercie zaś, jak widzę z twoich opisów, albo traci skrzydłowe, albo atakuje wprost w anteny — jakby brakuje im elastyczności, żeby dostosować się do schematu, który Lublin im narzuca.
I jeszcze jedno, czego nikt nie poruszył: dwukrotnie w tym sezonie Lublin pokonało Zawiercie w identycznych układach — raz 3:0 na wyjeździe (30 kwietnia), raz 3:0 u siebie (10 maja). To nie jest przypadek, tylko dowód na to, że Lublin ma swoją maszynerię dobrze naoliwioną, a Zawiercie wpada w jej tryby jak w śrubę bez końca. Kultura zespołu, o której pisali starsi, to nie frazes — to kod genetyczny, którego nie da się złamać jednym dobrym meczem.
Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
ej, a pamiętacie jeszcze te stare haje z 2008, jak to Jastrzębski przyjeżdżał do Lublina i też myśleli, że coś tam ugryzą? no i co się stało – jeden mecz wygrany w pucharze, a reszta? podwórko do tańczenia przy siatce. tamci faceci mieli w składzie takich co skakali jak na trampolinie, a Lublin im pokazywał placek na śniadanie.
z tym Zawierciem to jest tak samo, tylko że teraz nie ma już po co gadac o ładnych skokach – Lublin po prostu zrobił z własnego parkietu fortecę, a Zawiercie wchodzi tam jak do kościoła: zbyt grzecznie i bez krzty luzu. tam nie ma co liczyć na emocje czy chwilowy zryw, bo oni mają coś, czego nie da się kupić – tę umiejętność, żeby drugą stronę załamać psychicznie jeszcze przed gwizdkiem.
i jeszcze jeden numer: pamiętam, jak moi kumple z Transportówki jeździli kiedyś do Siatkówki Mysłowice na te stare hale i mówili, że tam kibice siedzą tak blisko, że czuć ich oddech w kark. w Lublinie to samo – te hale są stare, czasem słychać skrzypienie trybun, ale właśnie dzięki temu drużyna czuje się jak w domu i gra zupełnie inaczej niż wszędzie indziej. Zawiercie pewnie myśli, że to tylko piłka, ale tam chodzi o coś więcej, o tę więź, którą się buduje latami, a nie jednym dobrym tygodniem.
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
Zawiercie w ostatnich tygodniach aż prosiło się o nauczkę, no bo trzy razy w szesnastu dniach i ani jednego punktu na wyjeździe? Toż to nie mecz, to farsa. Co z tego, że mieli dobry dzień w domu 3 maja albo 10 maja, skoro w Lublinie serwis ląduje jak torpeda, a blok podnosi się szybciej, niż zawodnik Zawiercia zdąży pomyśleć „atak”? Widziałem kiedyś w 2015 w Białymstoku mecz przychodni z AZS-em UWM, gdzie goście mieli serwis tak mocny, że nasz libero musiał łapać piłkę zza pleców — dokładnie to samo dzieje się z Zawierciem w Lublinie. To nie jest kwestia „ostatnio”, tylko system.
A te wasze „ostatnie tygodnie” to akurat moment, w którym Lublin wchodzi na parkiet i robi z niego ring do boksu. Zobaczcie na daty: 30 kwietnia wyjazdowe 3:0, potem 3 maja u siebie 3:0, 7 maja w Zawierciu 1:3, a 10 maja znów u siebie 3:0. To nie przypadek, że Zawiercie za każdym razem, kiedy przyjeżdża do Lublina, dostaje ten sam zestaw „przeterminowanych” emocji — najpierw ekscytacja, że będą grać z silnym zespołem, potem zdziwienie, że serwis ląduje w antenie, wreszcie rezygnacja, kiedy blok odsyła piłkę z powrotem na ich połowę.
Tyle że historia lubi się powtarzać, a Lublin ma w genach coś, czego Zawiercie nie ogarnie nawet przez dekadę. Pamiętam, jak w 2019 przyjechaliśmy do Lublina na akademickie mistrzostwa — tamten blok Chrapca to była maszyna, która działała jak z precyzyjnym zegarkiem, a Zawiercie? Pamiętam, jak moi kumple mówili, że czuli się jakby grali przeciwko betonowej ścianie. I nic nie zmieniło się od tamtego czasu — jeśli Zawiercie nadal będzie wchodzić do Lublina z tą samą strategią, czyli atakować bokiem i liczyć na cud, to i kolejny mecz będzie wyglądał jak spacer na ławkę rezerwowych. Bo tu nie chodzi o formę jednego zawodnika, tylko o całą kulturę zespołu, który wie, że na własnym parkiecie nie ma litości.
Historia mówi jedno: Lublin u siebie to forteca, a Zawiercie wpada tam jak do kościoła — za grzecznie, za bezbronnie, i wychodzi z podkulonym ogonem. Ale... co się stanie, kiedy Zawiercie wreszcie zrozumie, że żaden cud nie zastąpi solidnej roboty? Czy damy radę zobaczyć pierwszy raz w historii, jak Zawiercie rozbiło blok Lublina, czy znów skończy się na kolejnym punkcie w tabeli, który będzie wisiał jak kamień u szyi?