Czy ktoś jeszcze pamięta te cudowne lata, gdy Stadion GKS-u dudnił od naszych śpiewów?
a co, jakaś nowa młodzież tu dzisiaj siadła i pyta się o te stare dobre czasy? no to siadajcie wygodnie, bo zaraz wam opowiem coś takiego, że będziecie się czuć jakbyście tam byli...
pamiętam, jak to było w dziewięćdziesiątym dziewiątym, rok przed końcówką wieku, akurat przyjechał mecz barażowy o I ligę. Stadion GKS-u był wtedy taki pełny, że ludzie siedzieli nawet na dachach budek strażackich, pamiętacie? i nie było tam żadnych tych nowych bzdurnych krzesełek plastikowych — prawdziwe, stare ławki drewniane, które trzeszczały pod dupą, ale nikt nie miał czasu, żeby się tym przejmować. pół godziny przed meczem całe sektory już śpiewały "jesteśmy z Bełchatowa!", a potem tak zagrzmiało, że ściany musiały wibrować.
i wtedy to się stało — kibice wbiegli do szatni. nie pytajcie mnie jak, bo naprawdę wpadli, tłum ludzi, a zawodnicy akurat wychodzili. trener Stępniewicz chyba jeszcze próbował protestować, ale jeden chłopak z naszej loży, ten Staszek z ulicy Fabrycznej, wsiadł mu na plecy i wrzeszczał "panie trenerze, oni muszą walczyć, bo my tu giniemy!". na szczęście Stępniewicz miał wtedy nerwy ze stali i puścił oko, a potem powiedział: "no dobra, chłopaki, idziemy, ale za dziesięć minut gram waszymi żywotami".
i wiecie co? wygraliśmy 3:1. nie było tam żadnych pięknych akcji ani cudownych strzałów — była tylko żelazna determinacja i ten jeden cholerny, wspólny śpiew, który niósł się nad całym stadionem. a jak wracaliśmy po meczu, całe miasto wyległo na ulice, klaksony samochodowe, ludzie płakali, ja osobiście musiałem zdjąć but i machać nim przez okno auta, bo inaczej bym się udusił z radości.
no ale zobaczymy, czy kiedyś znowu poczujemy coś takiego... bo dziś chyba nawet wygramy, ale nie będzie tej samej magii, co wtedy 😉
kurwa, a ja w tamtym dniu nawet nie byłem na trybunie! bydlę miałem pracę, betoniarz na budowie przy ulicy Żeromskiego, ale na przerwie wradio usłyszałem ten huk z góry i od razu wiadomo — mecz! rzuciłem łopatę, kolega rzucił mi kask i pędzę do auta, klaksonem ledwo otwieram drzwi i jadę jak szalony na GKS, z sercem prawie wyskakującym przez gardło. nie zdążyłem nawet na bilet, ale wiedziałem, że jak wpadnę do środka, to mnie wpuszczą — i wpuścili! trafiłem akurat w moment, gdy chłopaki wpadali do szatni, a ja z tym swoim workowatym dresem i glanami — no ale stanąłem w tym tłumie i krzyczałem razem z nimi, a nogi mnie bolały od samego stania na betonie, a nie na tych drewnianych ławkach, no ale nieważne!
pamiętam te emocje, jakby to było dzisiaj — trener dostawał szału, ale myśmy mu urwali łeb i goniliśmy się po szatni, a potem ten moment, gdy wchodzili na boisko, a my ryczeliśmy tak, że słychać było chyba w Bełchatowie całym! i później, jak wygrali 3:1, to ja biegałem po trybunie, kopałem w plastikowe krzesełka, a jeden facet zrobił ze mnie zdjęcie z napisem "szalony kibic" — dostałem od żony kazanie na tydzień, ale warte było 😭🔥💛
Jeden klub, jedno życie ❤️
a co to był za dym, jak Staszek z numerem 11 w ręku wbiegł na murawę prosto wprost do sędziego? nie żeby tam ktoś tam miał czekać, ale on po prostu leciał jakby go diabli wzięli, a sędzia się schował za siebie, myślał chyba że mu tam łapę przytrzaśnie 😄 i niech no mi tylko ktoś powie że tamten gest „dajcie teraz tę butelkę piwa, bo zaraz padnę” to nie był najpiękniejszy występ loży kibica w historii — bo Staszek tam wpadł z podwiązaną nogą, półprzytomny od gorączki, a jak wrócił do szatni to okazało się że mu tam jakaś gaza z nogi zwisała, a on tylko „spoko, chłopaki, idę walczyć”, no i walczył, walczył, aż się zwalił potem na trybunie jak worek kartofli.
i jak tam patrzyłem z boku, to czułem się jakby ktoś wlał mi w żyły całą piwnicę starego Bełchatowa — taki czysty ogień, że jeszcze teraz jak zamknę oczy to słyszę ten jego krzyk „nie poddamy się, bo GKS nie umiera!” no ale zobaczymy
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
Hej, chłopaki, właśnie wam przerzucam na półkę te stare zdjęcia z szatni sprzed dwudziestu paru lat i aż mi się łezka w oku kręci. Tamten Bełchatów to był po prostu jeden wielki organizm — nie maszyna do kopania piłki, tylko banda chłopa, którzy jedli jeden chleb, pili ten sam żytni bimber i wiedzieli, że jak przegramy, to w poniedziałek będą kluski po uszy, ale jak wygramy... no to całe miasto miało święto.
Dzisiaj? No, nie powiem, żebym widział tamten ogień. Wiem, że dzisiejsze pokolenie kibiców ma swoje miejsce wymalowane na trybunie, ma fajne t-shirty z numerami zawodników, a nawet czasem wpuszczają nas na stadion w nowe trybuny z ogrzewaniem. Ale gdzie te momenty, gdy ktoś z publiczności rzuca w sędziego butem? Gdzie ten Staszek z ulicy Fabrycznej, który wbiegł do szatni w butach od deszczu, bo akurat akcja była na ostatnią chwilę, i jeszcze miał na sobie kurtkę odblaskową, bo szedł prosto z budowy?
Wtedy trenerzy się nie bali krzyczeć na zawodników, a zawodnicy nie bali się krzyczeć na kibiców. Dzisiaj obie strony patrzą na siebie przez pryzmat kontraktów i social mediów. Tamten Bełchatów grał tak, jakby miał długi za długami, a dzisiejszy... no cóż, stara prawda mówi, że klub to nie tylko nazwa na koszulce, tylko ludzie, którzy się tym żywią. A dzisiejsi kibice? Większość z nich dopiero uczy się, czym jest ból porażki, bo przez lata mieliśmy mostly tabelę środkową i nadzieję na relegację, co nie? No i teraz, jak już mamy coś więcej do powiedzenia, to brakuje tej desperacji, tej myśli, że naprawdę "idziemy walczyć, bo GKS nie umiera".
Ja nie mówię, że dzisiejszy GKS jest słaby — Boże broń! — tylko że tamta determinacja była jak ogień w kotle. Teraz mamy ładne stadiony, sprawny marketing, ale czy ktoś z was słyszał ostatnio, żeby kibic wbiegł do szatni? Albo żeby zawodnik zrobił coś takiego, co zrobił tamten Staszek, ten co pękniętą goleń miał owiniętą szmatą? No właśnie.
A pamiętacie, jak wygraliśmy tamten mecz 3:1, a potem kibice wsiedli do tramwaju, który jechał z Stadionu GKS-u do centrum, i ten wagon był tak nabity, że ludzie stali w drzwiach, a tramwaj się ledwo ruszał od radości? Dzisiejszy tramwaj pewnie by stanął w miejscu, bo nikt nie ma ochoty przepychać się przez tłum kibiców zrobionych na identyfikatory i bilety elektroniczne.
No i co wam powiem — może to jakaś nostalgia, ale ja wolę te stare, trzeszczące ławki i śpiewy tak głośne, że słychać je było nawet przy samej Wiśle. Tamten Bełchatów miał duszę, a dzisiejszy... no, ma swoje plusy, ale nie tę samą magię. Choć kto wie, może za parę lat któryś z młodych chłopaków znów wbiegnie do szatni i krzyknie coś takiego, że wszyscy drgną? Trzymam kciuki, żeby kiedyś było znowu tak, jak kiedyś — bo ta siła, ta determinacja, to się po prostu nie da zastąpić sztucznym dopingiem ani cyfrowymi bannerami. 🏟️❤️💛
Najpierw policz, potem się spieraj.
A wam opowiem, jak to było, jak to moja babcia na ten mecz przyszła. Stara, osiemdziesiątka na karku, z laseczką, a tu akurat ona wbiegła z tym swoim workowatym płaszczem i torebką na ramię prosto do szatni, bo „słyszała, że chłopcy potrzebują wsparcia”. No a tam Staszek już leciał z gołą nogą, krzyczał o bimbrze i ogniu, a babcia mu wrzuca z torebki dwie kiełbaski i mówi: „masz, Staszek, dzisiaj obiad od stołówki gminnej, ale wygrajcie, bo jak nie, to jutro znów muszę chodzić po schodach za kluskami”. I wiecie co? Też walczyliśmy jak diabli, a potem babcia nam powiedziała, że jakby nie ta kiełbaska w kieszeni Staszka, tobyśmy przegrali — bo „na pusty żołądek to nikt nie kopie tak, żeby iść do I ligi”. 😂🔥 Teraz jak idę na mecz, to zawsze w plecaku mam ukryte dwie kiełbaski „na wszelki wypadek” — bo kto wie, może dzisiaj znów ktoś będzie musiał wbiec do szatni z babcinym bimbrem i jedzeniem? ❤️💛🍖
Memy to też analiza.