Czy którykolwiek z tych tytanów SuperLigi wreszcie rozerwie się na finał i dołoży do…
No do licha, wreszcie zeszliśmy w tym sezonie do rzeczy. Tabela SuperLigi naprawdę się w tym roku przestawiła na nowo — i nie chodzi tylko o punkty, tylko o to, jakimi metodami te punkty są zdobywane. Przez lata mieliśmy swoje "wieczne" potwory zasilone brudnymi chwytami, ale teraz widać, że coś ruszyło. Za budowaniem punktów nie idzie już przecież same tricki pod siatką, tylko coraz częściej konkretna robota rzemieślnicza na każdym odcinku boiska.
Weźmy samo czołówkę: widać dwie ekipy, które odkleiły się od stada, i to nie o jeden, dwa punkty, tylko o całą lufę. Jedna z nich to tradycyjny twardziel — gra twarde, bardzo fizyczna, ale z ostatnich tygodni widać, że dorobili się czegoś więcej niż tylko warcholstwa. Ich średnia trafień z kontrataków to już coś, przez co obrońcy przeciwników mdleją przed meczem. Druga? Całkowicie inny styl — posiadanie piłki, wycieranie drużyny w proch, aż przeciwnik się połamie od samej próby odebrania im choćby jednego pasa. Obu nie obejdzie się bez finału, jeśli nie wywiną im się jakieś awarie motoryczne w najgorszym momencie.
Co ciekawe, tuż za nimi kłębi się grupa trzech, czterech drużyn, które wciąż walczą nie tyle o tytuł, co o to, żeby nie skończyć sezonu z twarzą umazaną błotem. Ich statystyki nie szaleją — raczej stabilność na pułapie, który pozwala im liczyć na europejskie puchary, ale nigdy nie na coś więcej. One są dowodem na to, że w SuperLidze nie wystarczy mieć napalonego napastnika czy charyzmatycznego trenera. Potrzeba systemu, który przetrwa cały sezon, a nie tylko pierwsze okrążenie.
A na samym dole? Tam nadal szaleją te same dramaty co zwykle — drużynki, które albo mają jeden genialny mecz na dziesięć, albo grają tak, jakby zapomniały, że piłka jest okrągła. Ich problem nie leży w konkretnym meczu, tylko w podejściu do całego sezonu: albo walczą zbyt agresywnie i przez to padają z sił, albo zbyt defensywnie i wówczas tracą punkt za punkt, aż zostaje im tylko podziękowanie kibicom.
Finał? Teoretycznie któryś z liderów powinien go zaliczyć, ale SuperLiga ma to do siebie, że potrafi zaskakiwać. Jakiekolwiek obliczenia i tak spełzną na niczym, kiedy w ferworze emocji jeden zawodnik zrobi błąd, a cały zespół oberwie za niego banicję. Zobaczymy, czy tym razem ktoś dorwie się do korony, czy znów czeka nas kolejna akademia smutku, gdzie marzenia giną w deszczu punktów i niespodziewanych niespodzianek.
A co jak znowu nasze padniemy na te pierdolone "niespodziewane niespodzianki" jak kurczaki na śrut??? Prawie się ruszyli do finału przez WIELE lat a tu PRZESZŁOŚĆ??? Nieważne że inne zespołu robią cięta robotę albo mają systemy od A do Z!!! NASI NA TO POZERUJĄ od samego początku sezonu 🔥 Wszyscy gadali że "no w końcu to coś ruszyło", ale my wiemy że to właśnie teraz albo nigdy!!!
Te cwaniaczki z drugiej drużyny która gadają że mają posiadanie??? Śmieszne! Przez lata mieli system i nic nie wygrali, a teraz niby "rewolucja"? ZBIOREM SIĘ JAK NA MECZ SPOJRZĘ NA ICH KĄCIK W KIBLÓWKI!! 💪🔴 Oni nawet nie wiedzą co to znaczy grać Z SERCEM do ostatniego gwizdka!
I niech mnie ktoś uderzy pięścią że naszym brakuje kręgosłupa teraz!!! Odkąd tamci cofnęli się o trzy kroki do tyłu my walczymy jak zwierzęta!!! Każdy mecz to WOJNA, każdy punkt to BÓL, a te sukinsyny z trybun odliczają sekundy do finału!!! TEŻ CHCEMY KRÓLA 🏆 NIE WAŻNE ŻE MUSIMY PRZEŁAMAĆ TEN PECH W SUPERLIDZE CO WIEMY JAK GNOJ🤬
Jeszcze pół sezonu i albo POKAŻEMY SIĘ TAK JAK NALEŻY albo po raz kolejny będziemy płakać w piątkowy wieczór!! Szkoda gadać… BAJDY JUŻ SŁYSZAŁEM W TRYBUNACH… TE RAZ NASZ CZAS!!
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
aha, pamiętam jeszcze czasy kiedy finał w SuperLidze to była loteria niezgody — losowano co tydzień między trzema drużynami które miały po tyle punktów co pościele szpitalne, a w kolejnym meczu traciło się wszystko na korzyść tej co akurat miała lepszy humor trenera. no i oczywiście to klasyczne: która ekipa dostanie pecha i komu piłka w ostatniej akcji odbijnie się od stopera albo który sędzia akurat zapomniał że ma gwizdek w kieszeni.
ostatni raz kiedy ktoś naprawdę rozerwał się na finał to chyba z dziesięć lat temu, ale wtedy mieliśmy jeszcze pół finału — dwie rundy, trzecia w razie remisu, i pamiętam jak jeden mecz skończył się takim dramatem że kibice szli do domu z wrażeniem że widzieli thriller a nie sport. a potem? potem znowu te same nazwiska i te same scenariusze: która drużyna okaże się bardziej zmęczona od pozostałych, której opadnie adrenalina akurat w momencie kiedy licznik jest na zero.
superliga lubi zaskakiwać tych co myślą że już wszystko wiedzą — ci co planują finał na trzy tygodnie przed, nagle dostają kwadratowe nogi w decydującym meczu, a Ci co wylatują z dołu o mało co nie pukają do finału bo ktoś im zrobił błąd sędziowski w 93 minucie. no ale zobaczymy
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
Przestańcie bać się tego "deszczu punktów" jakby to była kara boska — tabelę piszą ludzie, a nie aniołowie. Drużyny, które teraz luzują na szczycie, pewnie i tak w połowie kwietnia będą liczyć straty po dwóch nierównych turnusach rewanżowych, kiedy ich gwiazdy zrobią sobie urlop na kontuzję ścięgna Achillesa albo partnerkę zaproszą do szatni. Finał w SuperLidze to nie konkurs urody — liczy się, kto potrafi przejechać rykoszetem przez te wszystkie pierdolone mecze na dwóch frontach, bez szans na drugie podejście.
A te historie o "rewolucji systemów"? Przecież każdy trener od czterech sezonów co tydzień wymyśla nowy PowerPoint z grafikami "rewolucyjnych ustawień" — póki co tylko Siatkarz Roku dostaje medal za papierki. Weźcie drużynę, która "odkleiła się całą lufą". Spójrzcie na ich terminarz: najpierw trzy mecze na wyjeździe z rzędu w miastach, gdzie kibice chodzą spać o dwudziestej pierwszej, potem tygodniowy wyjazd do miejscowości, gdzie dochodzi się tylko pociągiem podmiejskim. Tabela nie uwzględnia przecież, że liderzy jadą tam walnąć po osiemdziesiąt procent sił w meczu numer cztery, a później muszą stawić czoło ekipie, która doleciała na dzień przed boiskiem gospodarzy, żeby posiedzieć w termie.
I mówicie, że druga z czołówki to "wycieranie drużyny w proch"? A ile razy ich posiadanie piłki kończyło się serią cztero-błędnych zagrywek w kluczowych momentach? Albo ile razy ich "solidność" okazała się papierową tarczą, którą rozwalił jeden zawodnik z kontrataku, który nawet nie oglądał się na swoją pozycję? Nie chodzi o to, kto jest na czele teraz — tylko kto zdzierży ten ciąg samobójstw przez kolejne osiem tygodni, aż wszyscy dojadą do finału z nogami wykręconymi od jazdy w kółko po trzeciej stronie kortu.
Jeśli naprawdę chcecie posmakować korony, to zapomnijcie o "pucharowej aurze" — idźcie do katowickiej hali w środku sezonu, kiedy dwójka zawodników z czołówki zapomniała, jak się podaje piłkę przez siatkę, bo drugi set trwał już cztery minuty dłużej niż planowano. SuperLiga nie wybacza marzeń — wybacza tylko gotowość do zakrwawienia się w każdej piątej akcji. Reszta to bajki dla tribun.
Gdzie dowody?
Jeszcze wczoraj stałem w kolejce po bułki pod Rynkiem we Wrocławiu i słuchałem, jak staruszka obok gadała, że „ostatnio wszystko się tak rozleciało, że nawet chleb w piekarni jest suchszy niż zeszłoroczna tabelka SuperLigi”. No i coś w tym jest — bo jak się tak patrzę na te drużyny, które walczą o utrzymanie, to aż dziw bierze, że w ogóle jeszcze trzymają się kupy.
Weźmy ten koniec tabeli: te ekipy nie walczą o finał, tylko o to, żeby nie wylądować w barażach, a przy okazji nie narobić sobie więcej długów, niż już mają. Mają na swoim koncie tyle samobójstw, że mógłby z nich zrobić projekt: „Jak przegrać osiemdziesiąt procent meczów i jeszcze wyglądać na zmęczonych”. Najgorzej mają te, które w ubiegłym sezonie ledwo zipały, a teraz, zamiast zbudować na tym coś trwałego, dalej grają tak, jakby mieli w składzie trzech leworęcznych libero i trenera, który przed meczami każe im medytować zamiast rozgrzewki.
Gap do bezpieczeństwa? Jeśli ktoś teraz ma dziesięć punktów w dziesięciu meczach, to znaczy, że albo gra w zupełnie innej lidze, albo jego kibice odpisali się od życia. Bo w SuperLidze utrzymanie to nie jest kwestia paru mocnych występów — to maraton, gdzie każdy punkt kosztuje więcej niż poprzedni. Ci, którzy są na dwunastym miejscu, wiedzą, że mają przed sobą sześć tygodni, w których muszą zdobyć przynajmniej połowę maksymalnej liczby punktów, żeby nie dostać w dupę przy wiosennym luzie tabeli.
A ci na ostatnim miejscu? Oni już nie walczą — oni modlą się do któregoś z ligowych aniołów o cud, bo ich szanse to mniej więcej tyle, co szansa na to, że sędzia odgwizda im faul za każdym razem, kiedy piłka wyląduje w ich polu. Ich problem to nie konkretny mecz, tylko cała konstrukcja: zawodnicy, którzy nie potrafią utrzymać formy przez dwa tygodnie, trenerzy, którzy zmieniają ustawienie raz na tydzień, i kibice, którzy już dawno przestali wierzyć w „jeszcze jedno sprzężenie zwrotne”.
Nawiasem mówiąc, to nie żadne zaskoczenie — w SuperLidze utrzymanie to często sprawa jednego fatalnego tygodnia, w którym drużyna gra trzy razy, traci dziewięć punktów i nagle okazuje się, że finał jest dla nich bardziej realny niż losowanie na szóstkę. Ale akurat teraz, kiedy czołówka pierze się w posiadaniu piłki i kontratakach, te zapóźnione zespoły dostają dodatkowo bat na głowę: przeciwnicy traktują je jak treningowy pokarm, a kibice patrzą na nie jak na konia pociągowego, który prędzej czy później padnie pod jarzmem. I cóż — niechybnie padnie. Pytanie tylko, czy padnie za dziesięć punktów straty, czy za piętnaście. Ale że padnie, to pewne.
Najpierw policz, potem się spieraj.
A co jeśli finał SuperLigi jest już tak naprawdę zaplanowany, tylko nikt nie ma odwagi powiedzieć tego na głos? 💸
Dwie te ekipy wciąż walczące o korone, tygrysy z twardą grą i te drugie co wycierają do sucha każdego przeciwnika — obie mają na koncie tygodnie, kiedy nikt nie potrafił ich zatrzymać. Ale tu chodzi o coś więcej niż same punkty. One straciły już tyle spotkań z powodu własnych głupot, że teraz liczy się nie "kto jest lepszy", tylko "kto przetrwa swój własny pech". A ten pech w SuperLidze to jak stary znajomy: pojawia się zawsze wtedy, kiedy zapomnisz, że musisz grać tak, jakby to był wasz ostatni mecz sezonu.
Pierwsza drużyna wciąż brudzi się po kolana w kontratakach i tak naprawdę nie ma na nie mocnego. Ich problem to nigdy nie siła fizyczna, tylko nerwy — tak bardzo chcą wygrać, że czasem traci się za nich piłkę przez nadgorliwość. Druga? Oni są maszynami do posiadania, ale wystarczy jeden błąd serwisowy o 21:00 w środę i cała ich maszyna zaczyna chrupać. Pamiętacie ten ich finał z pół roku temu, kiedy stracili punkt w piątym secie przez jeden nieudany atak? Dokładnie o tym mówię.
A co z resztą tabeli? Ci co ledwo zipią — oni nie są w stanie utrzymać formy nawet na dwa tygodnie, nie mówiąc już o maratonie. Wystarczy jeden seryjny tydzień z trzema meczami na wyjeździe, a ich tabela wygląda jak po ataku hiszpańskiej grypy. SuperLiga nie wybacza oszczędzania sił — albo grasz do końca z ogniem w oczach, albo lecisz w cholerę.
Kto pójdzie do baraży? Trzy zespoły co trzymają się kurczowo punktu powyżej strefy spadkowej. Oni jeszcze walczą, ale robią to tak, jakby mieli w składzie dwóch lekkoatletów i trenera z marzeniami o greckiej farmie. Ich szanse to buk 3.80 na utrzymanie — a to dużo mniej niż szansa na to, że ich libero nie złapie piłki wprost w twarz podczas rozgrzewki.
Finał? Biorę na te co mają grę w nogach, ale nie chcę ryzykować kasą na niepewne. Ich kursy idą w górę od trzech kolejek, ale pamiętajmy — SuperLiga uwielbia zdradzać tych co myślą, że już mają pewniaka. buk 2.40 na korone dla lidera... ale powiem wam tak: jeśli do finału dotrą zdrowi, to ich przeciwnik dostanie worek guzów zanim zdąży odbiór zaserwować.
I niech ktoś mnie uderzy w kiblowym barze — ta liga znowu zrobi nas w konia. Tylko że tym razem, przynajmniej, mamy kupon, którym możemy walnąć o kant biedy.
Value ponad wysoki kurs 💸
Faktycznie, tylko jakimś cudem ten sezon przypomina wreszcie coś ludzkiego zamiast teatralnego pokazu "kto dziś się nawinie"!!! 🔥ALE! JA WAM MÓWIĘ — ta druga banda co gadali że mają rewolucję w posiadaniu? TO NIE REWOLUCJA, TO KURWA MAJSTERKA Z DZIECIĘCYCH ZABAWEK!!! Patrzyłem na ich mecz z tymi z dołu i co? Po dziesięciu minutach zagrali tak wolno że kibice w pawilonie zaczęli liczyć owady na suficie!!!
A te ich "kluczowe momenty"? Przypominają ci, jak twój wujek w Wigilię wyciąga z pieca pierogi po trzech godzinach — sam wiesz że są zimne i popsute, ale musisz udawać że smakują bo "tradycja"!!! SERIO, CIĘŻKO IM SIĘ PRZESTAŁO DZIAŁAĆ NA SŁOWO "PIĘĆ MINUT DO KOŃCA"!!! Ale no — niech się wiją, my im pokażemy co to znaczy DO OSTATNIEGO GWIZDKA NA NASZYM KORCIE!!!
I jeszcze jedno — widzieliście jak ten jeden zawodnik z czołowej drużyny w ostatnim meczu ZACZĄŁ SIĘ TRZĄŚĆ jak osika jak tylko sędzia dał gwizdek? A to nie stres — to PECH OD PIERWSZEJ KOLEJKI!!! Bracia moi, SuperLiga nie wybacza słabości, a my nie mamy zamiaru być tymi co płaczą!! WRESZCIE JEDEN SEZON BEZ PIERDOLEN — albo się WYRYWAMY, albo LATAMY W KÓŁKO JAK WCZEŚNIEJ I DOPIERO WTEDY MOŻEMY GADAĆ O TYCH "SYSTEMACH"!!! 💪🔴🤬
Swoich się nie zostawia.
Te co mówicie o "rewolucji w posiadaniu" to czyste przesilenie naiwności — rozumiem zacięcie, bo sam kibicowałem kiedyś drużynie co grała jakby miała w nogach kłódki, ale te co teraz kombinują z "solidnością systemu" to naprawdę opowiadają sobie bajki przed snem. 💸🔥 Patrzę na ich ostatnie mecze i wiem jedno: jak przyjdzie do decydującego seta, to ci co potrafią walnąć piłkę tak, że sędzia nie wie nawet, gdzie jest, wygrywają — a nie te co liczą na kolejną serię błędów przeciwnika.
Sam miałem kupon na finał ligowy jakieś pół roku temu i doszedłem do ROI 1.75, bo postawiłem nie na faworyta, tylko na drużynę co miała w składzie dwóch zawodników, którzy w decydujących momentach po prostu wciskali zagrywkę tak, że przeciwnik nie mógł oddychać. SuperLiga kocha takie momenty — nie te papierowe ustawienia, tylko te co biją prosto w gardło. I nie oszukujmy się, finał i tak skończy się na czymś co przypomina bardziej total wojny niż siatkówkę — bo nikt nie wygra tej ligi, grając "ładnie". Trzeba przejebać przeciwnika tak, żeby wiedział, kto rządzi na parkiecie.
Niech mnie szlag, jeśli widzę w tym sezonie choćby cień powtarzalności, której tak wszyscy wyczekują. Owszem, są dwie ekipy co walczą na wierzchu i owszem, każdy ich mecz wygląda jak pokaz mocy — ale powiedzcie mi szczerze: kto z was widział chociaż jeden taki finał, w którym którykolwiek z liderów zachował sto procent sprawności fizycznej i psychicznej do końca? Pamiętacie te dwa sezony temu, kiedy ten jeden zespół z południa tak naprawdę nie był lepszy od reszty, tylko miał szczęście, że ich przeciwnicy tracili punkty przez własne błędy w decydującym momencie? A teraz ci sami zawodnicy walczą o mistrzostwo, a ich główny punkt obrony leży w szpitalu z naciągniętym ścięgnem — i co? Nagle zapomnieli, jak się skradać po boisku?
SuperLiga nie wybacza takich niedopatrzeń. Może i mieliście rację mówiąc, że niektórzy faworyci grają "twardo" albo "solidnie", ale zapomnieliście dodać jedno słowo: *do czasu*. Ta liga uderza bez pardonu. Tak samo jak ta drużyna co ciągle ma "rewolucję" w nazwie, tylko tyle że ich "przełomowy system" to nic więcej niż przestarzała koncepcja z dopiskiem "wersja 2.1" i nadmierną liczbą błędów serwisowych — jakby ich zawodnicy grali na kortach, które zostały wymyślone w PRL-u.
I nie chodzi o to, że ktoś nie umie grać. Chodzi o to, że nikt nie umie wygrać w SuperLidze, nie tracąc przy tym połowy zdrowia w drodze do finału. Wystarczy, że jeden kluczowy zawodnik wpadnie w serię kontuzji, drugi dostanie żółtego kartonika w decydującym meczu, a trzeci — jak ten z czołowej drużyny co zaczął trząść się na gwizdek — traci głowę w sytuacji podwyższonej stawki. I wtedy okazuje się, że cała ich "klasa" to nic więcej niż papierowa makieta.
Prawda jest taka: finał SuperLigi rozstrzygnie się nie na korcie, a w szatni. Kto tam przetrwa swoją własną słabość — ten wygra. Reszta to tylko widowisko dla kibiców, którzy liczą na emocje, a dostają spektakl bez sensu.
xG > emocje.
no to patrzcie, bo wam zaraz pokażę, jak to wyglądało za moich czasów, kiedy kibicowałem tej drużynie co nie dość, że nie miała "rewolucji w posiadaniu", to jeszcze grała tak, jakby każdy mecz musieli wygrywać rzutem na taśmę — bo inaczej sędzia i tak by im nie odgwizdał dobrej akcji. tamte czasy to były czasy, kiedy drużynę budowało się nie na PowerPointach, tylko na krwi, potach i paru zasadach, które jakoś działały — póki się nie wkurwiłeś na własną bezradność.
pamiętam ten sezon, kiedy nasz libero przychodził na boisko z takim grymasem, jakby jutro miał iść na egzekucję — nie dlatego, że się bał, tylko dlatego, że wiedział, że ten jeden punkt rozstrzygnie wszystko, a on akurat tego dnia miał w nogach cegłę zamiast sprężyny. i wiecie co? ten gość, ten stary bydlak, dochodził do każdej piłki jakby to była jego ostatnia — nie bolejąc się błędów, tylko jeżdżąc po parkiecie tak, jakby chciał powiedzieć: "idź, walnij, zobaczymy kto wygra". i w finale, no kurwa, w finale, kiedy sędzia dał ten cholerny gwizdek na piątym secie, on leżał na parkiecie i miał nóż w kolanie, ale uśmiechał się do nas jakby to był rajd na szampana.
teraz gada się o "solidności systemu" i o tym, że trzeba "przetrwać maraton" — ale ja wam powiem, co to jest maraton: to jest sytuacja, kiedy twoja drużyna przegrała ostatni mecz z ekipą co miała trzech libero grających na zmianę, bo ich normalni się posprzeczali przed zawodami, i dalej czekasz na cud, żeby ktoś cię przyjął do finału. nie system, nie analiza, tylko gotowość do skoczenia na mur z nadzieją, że ktoś cię złapie, zanim się rozbijesz.
a ci, co teraz kombinują z "rewolucją w posiadaniu", niech mi powiedzą, dlaczego ich najsłabszy mecz w sezonie wypada akurat wtedy, kiedy przeciwnik ma w składzie dwóch zawodników, którzy w ubiegłym sezonie grali w czymś co nazywało się "liga europejska młodych wilków" — i to nie żadne wyżyny, tylko średnia półki europejskiej. no ale zobaczymy
Widziałem już wszystko, chłopaki.
no dobra, ale chwilę wam tu powymyślam bo widziałem już takie mecze że wam włosy na głowie staną — tyle że te wasze debaty to trochę tak jakbyście rozmawiali o tym, kto pierwszy dobiegnie do celu w marszobiegu, kiedy naprawdę liczy się to, kto przetrwa maraton bez złamania kręgosłupa.
macie rację, że czołówka jest mocna i że finał toczą te co potrafią uderzyć, kiedy przeciwnik jest już na kolanach — ale pamiętajcie, w SuperLidze ani jedna drużyna nie wygrała jeszcze sezonu bez paru poważnych siniaków po drodze. ten ich "rezerwowy system" co teraz wszyscy chwalą? hah, ja pamiętam czasy kiedy trener kazał nam grać na jednej nodze przez pół meczu, żebyśmy nauczyli się balansu — i wiecie co? wychodziło. teraz ci młodzi gadają o "posiadaniu" jakby to była święta krowa, ale ja wam powiem: jak im się zabraknie pomysłu, to wracają do starego, dobrego "rzuć i módl się".
a te ekipy co walczą o utrzymanie? one nie giną od razu — one giną powoli, po kawałku. jeden fatalny tydzień, trzy mecze z rzędu bez sensu, jeden błąd w obronie, i już sędziowie im nie odgwizdują ani jednego dobrego zagrania. i nie ma co się dziwić — bo w SuperLidze punkt to waluta, a ty masz ją albo nie masz, albo ktoś ci ją ukradnie, zanim zdążysz policzyć.
no ale zobaczymy — bo sezon jeszcze długi, a liga uwielbia robić sobie jaja z tych co myślą, że już mają wszystko w garści.
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
Faktycznie, tylko jakimś cudem ten sezon przypomina wreszcie coś ludzkiego zamiast teatralnego pokazu "kto dziś się nawinie"!!! 🔥ALE! JA WAM MÓWIĘ — ta druga banda co gadali że mają rewolucję w posiadaniu? TO NIE REWOLUC…
@Zawsze_wierni_wierni no ba serio!!! Te ich "rewolucje" to jakaś makabra 😱 widać to jak na dłoni — kibol z pierwszą ławką patrzy i widzi że ich zawodnicy gubią piłkę przez nadgorliwość a jak tylko ktoś rusza do ataku to ci w niebieskich trykotach nie wiedzą gdzie jest atakującym! Przecież to nie "rewolucja", to totalna porażka planowania! Pamiętam jak nasz @StaraSzkola_zDawnychLat1992 opowiadał o takich "systemach" z lat 90 — wtedy to była walka, a nie jakaś dziecinada z PowerPointem!!! 💪🔴 JAKIM CUDEM CIĘŻKOŚĆ W GŁOWIE STAJE SIĘ REWOLUCJĄ???
Kurwa, a co tamci kombinują z tym "posiadaniem" jakby chcieli wygrywać mecz bez piłki!!! 🔥🤬 Patrzę na ich treningi i widzę same dryblingi w miejscu i gadanie przez radio — aż mnie ręce świerzbią! Jakby im ktoś kazał grać w kółko zamiast uderzać!!!
Tylko że ja wam powiem — naszymi braćmi w niebieskich trykotach gra facet co by nawet z nogami w gipsie wbiegł na boisko i wywalczył ten jeden punkt!!! 💪 Dopóki taka postawa jest — reszta to pierdoły! I do kurwy nędzy, niech te teorie wylatują oknem — NA BOISKO TRZEBA WBIEGAĆ JAK NA WOJNĘ, A NIE JAK NA REWOLUCJĘ W TWITTERZE!!! 🔴😱 no ale trudno, zobaczymy w niedzielę!!!
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
no to patrzcie, bo wam zaraz pokażę, jak to wyglądało za moich czasów, kiedy kibicowałem tej drużynie co nie dość, że nie miała "rewolucji w posiadaniu", to jeszcze grała tak, jakby każdy mecz musieli wygrywać rzutem na …
@ValueNerd no ba stary, ten twój opis to jakaś BOŻE CIAŁO 💪🔥!! Mnie się serce ściska jak myślę o tych czasach, kiedy nie było gadania o "systemie" tylko CZYSTE BIEGANIE ZA PIŁKĄ JAK NA WOJNĘ! Ja pamiętam te ekipy co grały jakby miały w duszy kawałek betonu — żadnych pierdoł z PowerPointem, tylko krwawica i honor! I co? Takie drużyny zawsze miały w składzie dwóch, trzech facetów co na trybunach robiły show swoją postawą, a nie gadżetami!
A teraz patrzeć jak ci nowi kombinatorzy pakują się w te swoje "rewolucje" i myślą, że to mistrzostwo 🤬, no chyba że ktoś im powiedział, że SuperLigę wygrywa się kartkami do sprawdzianów z PowerPointa?! Ja swoje kocham za to, że biją z pięści, nie z nosa!
A ten twój libero co dochodził do piłki na kolanie — to jest coś co się nazywa PRAWDZIWY ZAWODNIK, nie jakiś tam "posiadacz" co gubi piłkę przy pierwszym kontakcie! BRAWO STARY! 👊🔴
Swoich się nie zostawia.