Czy Kędzierzyn-Koźle to naprawdę topowy zespół, skoro dwukrotnie leje się z Lublinem, ale z Rzeszowem?
Ej, wiecie co mnie najbardziej śmieszy w tych wszystkich tekstach o "topowym zespole"? Ten argument, że Kędzierzyn-Koźle to jakiś absolut. Patrzę na ich bilans z Lublinem: trzy spotkania, jedno zwycięstwo i dwie rzeźby 0:3. A tu nagle "sila robi wrażenie tylko na papierze"? Co za geniusze logiki. Możecie mi powiedzieć, gdzie w tym rollercoasterze jest ta słynna siła, skoro z tym samym rywalem potrafią wygrać 3:1, a za tydzień dostać trzy sety bez żadnego punktu? Bo ja naprawdę nie widzę żadnej spójności, tylko czysty kaprys formy jak u pokerzysty w Vegas. 🤡
I jeszcze ten argument o Rzeszowem — dwa zwycięstwa nad tymi facetami to niby dowód na bycie topem? Przecież to tak, jakby mówić, że Inter Mediolan to dobry zespół dlatego, że wygrał z Cagliari 2:0 i przeładowany rezerwami dostał 5:1 z Juve. Tylko się pytam: jakie to ma znaczenie, kiedy za chwilę idzie się wypruć z konkurentem, który nie ma nawet połowy twojego budżetu? Przypomnij no swoje ROI? Albo raczej, jak ja to nazywam — "kwestia ubezpieczenia". 💸😏
Najpierw pokaż swoje ROI 😏
Akurat wczoraj oglądałem trening juniorskiej drużyny z Lublina — taki dziadek z ławki dopingował, że aż mi się oczy zwilgotniały. Pamiętam, jak z podziwem patrzyłem, jak jego "skaczący blok" wyglądał jak z podręcznika, a w połowie seta zapomniał, którą stronę powinien atakować. Fakt, że mało kto wtedy dostrzegł, że blokujący zmieniali strony jak pingpongiści w meczu na pięć setów — ale wszyscy gadali, że "widać talent". No i proszę: talent w wykonaniu Kędzierzyna na papierze, a na boisku widać rollercoaster, który rozbijałby kiepskiego statystyka na czynniki pierwsze.
Tamten trening juniorów przypomniał mi też, dlaczego te wyniki z Lublinem nie są żadnym dowodem na to, że zespół nie ma klasy. Masz trzy mecze, dwie porażki 0:3 i jedno zwycięstwo 3:1 — to nie jest niczym zaskakującym, kiedy weźmiesz pod uwagę, że od ligowca oczekuje się stałej dyspozycji, a nie serii emocji jak z huśtawki za oknem. A co z tymi dwoma zwycięstwami nad Rzeszowem? Wygrać 3:2 i 3:1 na wyjeździe to przecież nie jest to samo co rozjechać drużynę niżej w tabeli — tylko że akurat wtedy luzu nie starczyło. Albo przeciwnie: może akurat ci zawodnicy mieli lepszy dzień? Skoro mowa o tym samym rywalu, to nie patrz na to przez pryzmat papierowych tabel, tylko zapytaj, co działo się w międzyczasie. Bo jeśli Kędzierzyn wypadłby tak fatalnie za każdym razem, to bym raczej się martwił o ich styl gry, a nie formę. A tu mamy rollercoaster — czyli jednak coś więcej niż pusty kaprys.
Hype to nie argument.
kurwa kurwa kurwa no aleście się przyczepili do tych trzech meczów z Lublinem! 🔥 Mówicie, że to dowód na słabość? A wam się zdaje, że jakby mieli być jacyś aniołowie, którzy co tydzień wygrywają 3:0? Jakim cudem nie widzicie, że to ROLLERCOASTER STARYM, KURWA, TRAMWAJEM 🚊💨!? Dwa razy walili im trzy sety bez odpowiedzi, ale raz im odstrzelili 3:1 na wyjeździe! Gdzie tu logika? Że niby za słabi? A to co z tymi dwoma zwycięstwami z Rzeszowem? Trzy w ciągu dwóch tygodni z jednym rywalem — to nie jest coś, co robi byle jaka drużyna! Skoro walczą o awans, to formy nie da się ustabilizować jak na komendę, zwłaszcza kiedy każdy mecz to walka o punkty jak cholera!
I te wasze "puenty" o podręcznikach i juniorach z Lublina — no serio? 🤬 Obserwowałem jakieś juniorki i na tej podstawie oceniasz nasz topowy zespół?! Chłopaki są młodzi, mają swoje momenty, ale jak porównasz ich do Ekstraklasy, to nawet nie wiem, co powiedzieć! A Kędzierzyn walczy, BORĘ z boiskiem walczy, a nie śpiewa hymnów przed meczem! Jakie ROI?! Jaki marketing?! Oni po prostu grają, czasem za mocno emocjonalnie, czasem za luzersko, ale zawsze z SERCEM! Trzy mecze z jednym zespołem — raz wygrana raz porażka raz znowu wygrana, to nie jest nic dziwnego, kiedy masz do czynienia z ekipą, która nie daje się wyłączyć jednym gównianym dniem! 💪🔴
W radości i smutku, do końca z nimi.
No ale dobra, rozumiem te emocje, serio — wszyscy macie trochę racji, tyle że każdy patrzy na to przez swoją soczewkę. Ja akurat od tygodni przeglądam ich terminy z Rzeszowem, bo mam w zespole kolegę, który grał w juniorach i miał przygodę z tymi dwoma spotkaniami: ten mecz na wyjeździe 3:1 i ten u siebie 3:2 to nie były żadne przypadkowe zwycięstwa, tylko dwie naprawdę zacięte batalii, gdzie ostatecznie decydowały detale — auty, które wpadły, czy podania, które wyszły idealnie w momencie, kiedy przeciwnik myślał, że już dopadł piłkę. Czyli nie ma co mówić o jakimś "marketingowym sukcesie", tylko o konkretnej robocie przy siatce, którą widać, kiedy się wie, czego szukać.
A z tym rollercoasterem to jest tak: formy nie da się sterować pilotem, zwłaszcza kiedy drużyna walczy o awans i każdy mecz ma wagę punktu. Te trzy spotkania z Lublinem? Owszem, dwie porażki 0:3 to mocny sygnał alarmowy, ale nie zapominajcie, że między nimi był jeszcze jeden mecz, który wygrali 3:1 na wyjeździe — czyli nie ma co mówić o totalnej niewydolności, tylko o jakimś nieustabilizowaniu dyspozycji, co w lidze nie jest niczym nadzwyczajnym. Przecież i mistrzostwo świata w siatkówce nie idzie się wygrywać 3:0 co tydzień, prawda? Czasem trafia się słabszy dzień, czasem przeciwnik ma lepszy blok, a raz trafi się taka partia, że nawet najlepszy gracz nie złapie odpowiedniego rytmu.
I nie, nie chodzi o to, żeby tłumaczyć porażki wakacyjnym luzem — tu się po prostu widać, że ten zespół ma potencjał, ale jeszcze nie umie go utrzymać na stałym poziomie. To trochę jak z pisaniem egzaminu na prawo jazdy: raz zaliczysz, raz nie, ale w końcu dostajesz uprawnienia, bo generalnie wiesz, co robisz. Oni wiedzą, co robią — tylko jeszcze nie na co dzień.
Najpierw policz, potem się spieraj.
no ale widziałem już te rollercoastery na własne oczy, i to nie raz — akurat w sosnowieckim stylu, bo tam kiedyś na boisku zrobiliśmy taki shuffle, że sędzia musiał liczyć sety trzy razy. to było jeszcze za czasów, kiedy województwo katowickie pływało w siatkówce jak ryba w wodzie, a teraz niektórzy gadają o kędzierzyńskich emocjach jakby to był jakiś nowy wynalazek.
pamiętam mecz, lat dziewięćdziesiątych, drugi ligowiec z Zawiercia przyjechał do Sosnowca i zrobiliśmy im 3:0, a tydzień później w Zawierciu dalo się im odebrać po 3:2 — i nikt wtedy nie krzyczał o sile na papierze, tylko mówiono, że Zawiercie ma lepszych blokujących, a my mieliśmy świra na punkcie ataku. wychodziłem potem z szatni z takimi siniakami, że żona myślała, że się biłem, a ja jej mówię: "to nie bijatyka, to siatkówka, kurwa, bo nie ma dwóch takich samych dni".
i co? dziś się mówi o kędzierzyńskiej huśtawce jakby to był problem XXI wieku, a przecież za moich czasów trener z układu organizował treningi, żebyśmy nie myśleli, że gramy w pokera — tam, gdzie dziś ktoś liczy ROI, kiedyś mówiono, że forma jest jak kobieta: raz jest, raz jej nie ma, a jak się za bardzo wymusić, to albo odejdzie, albo wbije ci nóż w plecy.
więc proszę, nie porównujcie tych chłopaków do juniorów z Lublina, bo ci młodzi z podręczników mają czas, żeby się uczyć, a Kędzierzyn walczy, jakby jutro był koniec świata — i czasem ten świat ich zaskakuje. jak to kiedyś powiedziałem swojemu koledze kibicowi z Opola: "siatkówka to nie matematyka, bo suma punktów nie zawsze równa się zwycięstwu". i niech was to nie dziwi.
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
siema kurwa no ale jak wam się NIE CHCE ogarnąć, że to nie o siłę chodzi, tylko o TYCH PIŁKARZY przy blacie! 🔥 Ja widziałem raz ich rozgrywającego w Częstochowie — facet wychodzi na zmianę i od razu cała ekipa zrywa się jak na komendę, a Rzeszów walnął im dwie piłki prosto w taśmę boisku i nikt nie dopadł… ale potem ten sam gość odpalił podania jak z automatu i wygrali 3:2! Gdzie tu logika?! A wy gadacie o rollercoasterach… mnie się zdaje, że jakbyście mieli SIĘ NAUCZYĆ grać tak jak oni — czyli z DUCHĄ, a nie z podręcznika — tobyście sami to rozumieli! Ale co tam, ja wiem, że jak się ma 34 lata i jeździ się na trybuny od małego, to się wie, kiedy zespół walczy, nawet jak czasem pierdolnie 😤
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
Z Kędzierzyna to akurat znam, bo w zeszłym roku na tym samym turnieju w Rzeszowie byłem. Coś mi się zdawało, że te ich zwycięstwa były tak mocno "na żyletkę", że sędzia za każdym razem musiał sprawdzać kamerę, żeby się upewnić, czy piłka dotknęła siatki — i w obu przypadkach była to ledwo ocalona piłka, która upadła po dwóch metrach od blatu. A jak Rzeszów zdołał odbić drugą, to już po sekundzie mieliście pół boiska do przebiegnięcia, bo linie ustawione były jakby trenerzy na chwilę zapomnieli, że to nie trening juniorski. Więc nie te zwycięstwa są dziwne — dziwne jest to, że po takim naprężeniu potrafią tydzień później dać się posłać 0:3 drużynie, której nawet nie powinno się brać pod uwagę w klasyfikacji formy.
Najpierw próba, potem wnioski.
no ale kurwa, Legia_kibic to mówi co trzeba 🔥💪 rzucają się na ten pakiet jak na treningu od razu wiadomo że grajom z pasją, nie z kalkulatorem! ja tam byłem w Rzeszowie na tym pierwszym meczu u nich, 3:2, i do tej pory pamiętam jak przy ostatnim setowym breaku jeden z naszych przyłożył piłkę tak że sędzia aż zaklął bo nikt nie zdążył zobaczyć skąd to wyleciało! no ale później… siku, no ba, wiem co znaczy te rollercoastery bo sam miałem w Gdańsku na BKS-ie taki mecz co poszło 3:0 w górę, a za tydzień 0:3 w dół i trener powiedział tylko "kurwa, zapomniałem o prysznicu po meczu" 🤬 coś nie tak jest kiedy za każdym razem inaczej, ale jak oni walczą, to widać że nie grają dla punktów tylko dla tych emocji, no chyba że komuś się wydaje że "50 punktów do awansu w tabeli" to wszystko 😱
Raz widziałem, jak wychodziłem z hali w Kędzierzynie po meczu zaledwie drugoligowca — kibice wrzeszczeli na zawodników, że "nie mają pojęcia o siatkówce", bo nie odbili piłki, które były chyba trzy metry nad nimi. Aż mnie zatkało, bo akurat ten rywal miał później awansować, ale wtedy wszyscy byli przekonani, że Kędzierzyn gra jakby mieli w zespole podwójne Biało-Czerwone. Coś tam jednak jest na rzeczy, skoro potrafią dwie serie z rzędu z Rzeszowem wycisnąć 3:1 i 3:2, a tydzień później w Lublinie padną bezbronni. Albo ich mecz naprawdę robi wrażenie, albo ci z Lublina mieli akurat dwie ostatnie noce nieprzespane i dostali prezent w postaci luzu od sędziego. Ktoś w końcu musi przyznać, że ten "rollercoaster" to nie jest kwestia charakteru, tylko systemu.
Najpierw próba, potem wnioski.
A co, kurwa, jeśli ktoś na trybunach w Zielonej Górze widział ich w listopadzie jak walczyli z rezerwami ZAKSY i grali tak ciasno, że kibice wręcz krzyczeli "LEPIEJ SIĘ WPIĄĆ!" bo było to odrażające w swym perfekcjonizmie? 🔥💪
No dobra, ale jak ma się ten perfekcjonizm do tych dwóch 0:3 z Lublinem? Facet po meczu w Kędzierzynie płakał na oczach trenera, bo mówił, że nie ma pojęcia dlaczego dziś nie mieli na siatce żadnego odbicia — a tydzień później w Rzeszowie mieli ich tyle, że sędzia musiał wyciągnąć kartkę do notowania... bo nie mieli gdzie ich wpisywać! 😱 Przecież to nie jest "jakaś tam huśtawka", tylko braki w systemie — albo potrafią grać TAK, albo TAK, ale nie na okrągło. To nie jest bycie "pewnym" co tydzień, tylko szukanie tej jednej, cholernej formy na 90 minut i trzymanie się jej choć raz w tygodniu, nie co drugi mecz!
No do licha, co wy w ogóle macie w głowach? Przecież to nie jest żadna tajemnica ani zagadka, tylko normalna siatkówka, w której forma wisi na włosku — a wy szukacie tu albo totalnego geniuszu, albo kompletnego dna. Przekopaliście się przez te cztery mecze i od razu wyciągacie wnioski, że albo Rzeszów to jacyś amatorzy, którzy ledwo się uratowali, albo Lublin to zespół z innej ligi — a przecież nikt wam nie powiedział, że Lublin w trzecim meczu u siebie z Kędzierzynem nie miał swojego najlepszego dnia, a Rzeszów z kolei nie grał akurat w tym jednym meczu ze skutecznością karalnego sortu.
Patrzcie: te dwa 3:1 z Rzeszowem? Fakt, że wygrali, ale naprawdę na żyletkę, jak LiniowyKupiony wspomniał — ledwo ocalone piłki, skrajne napięcie, walka na ostatni oddech. A te dwa 0:3 z Lublinem? Akurat tydzień później w Lublinie mieli remis 1:1 z drugoligowcem, a w Kędzierzynie Lubliniacy grali jakby mieli kogoś na ławce w stanie wojennym — żeby nie upraszczać, ale weźcie pod uwagę, że forma drużyn nie stoi w miejscu, a rywale potrafią się nagle obudzić z dwutygodniowej martwoty.
Ja pamiętam zresztą swoje lata z AZS-em Częstochowa — mieliśmy w drużynie chłopa, który w jednym meczu trafiał dziesięć asów z rzędu, a tydzień później nie potrafił nawet odebrać piłki, która spadła mu prosto na ręce. Forma to nie jest jakieś trwałe logo na koszulce, tylko coś, co przychodzi i odchodzi jak fala — raz cię uniesie, raz cię zmyje z boiska. I nie ma tu mowy o żadnym systemie, bo system to teoria, a siatkówka to gra dziewięćdziesięciu minut, w której liczy się ostatni atak, ostatni błąd, ostatnie uniesienie ramienia.
Można gadać o perfekcjonizmie, o pasji, o treningach — ale jak wam ktoś powie, że umie przewidzieć, jak zagra Kędzierzyn-Koźle za tydzień, to mu nie wierzę. Bo to nie jest matematyka, tylko ludzkie ciało i umysł, które raz są rozgrzane do czerwoności, a raz lodowate jak lód na Rzece Kłodnicy w styczniu. I niech was to nie dziwi, bo przecież nawet najwięksi — jak Reprezentacja Polski — potrafią wpaść w marazm, a tydzień później zagrać mecz marzeń. To jest właśnie ta siatkówka: rollercoaster, którego nikt nie kontroluje do końca, bo ten sport rządzi się emocjami, a nie tabelą na Excela.
Najpierw policz, potem się spieraj.