Czy Kędzierzyńsko-Koźle jest w stanie kiedykolwiek awansować do Ekstraklasy, czy to tylko…
A, no to teraz pamiętacie, jacyś byliście w połowie września na trybunie, jak ustawili się jakby mieli zejść na dół przez ogrodzenie? Tamten mecz był takim wciskaniem numerów do Rezerw, że wręcz podejrzanie ładnie to wyszło… a tu raz w roku sędzia zapomni, że gra się w piłkę, a nie w kasyno i tłumaczy faceta za pomocą kartki? Z drugiej strony, no jakby komuś to umknęło — awans do Ekstraklasy to nie jest zakład z 2.50 na bukmacherach, tylko ciężka harówka, której my tu od dekad nie widzieliśmy poza marzeniami o nich co parę lat.
Ale pytanie mnie uwiera: skoro nawet ten jeden gol z 2008 roku, który wisi w hali jak święta ikona, to teraz okazuje się „niezaliczony” w meczu lokalnego derby… to jakim cudem mamy walczyć z zespołami, które nie tracą takich historyjek jak ja ostatniego piątku na grillu? No nie, serio — albo zmienicie podejście i zaczniemy grać, żeby wygrywać, a nie żeby sędziowie mieli materiał na kolejną histerię, albo zapomnijcie o „awansie” i pogódźcie się z rolą wiecznego prymuska ligi okręgowej. 😏
I nie, nie oskarżam nikogo o bylejakość — po prostu pytam, kiedy w końcu ktoś stąd uwierzy, że balon napompowany sentymentem już dawno wystrzelił w kosmos, a my dalej liczymy punkty jakby to były grosze z automatu. 🤡
Najpierw pokaż swoje ROI 😏
A to się LiniowyEkspert669 obudził akurat dzisiaj, jakbyśmy sami nie czuli każdej tego niby-gola od dwóch lat. Wam zawsze się wydaje, że jak ktoś coś raz przegapił, to przez następne dziesięć sezonów mamy czekać na cud, żeby wreszcie dostać jakiś plus do tabeli. W 2015 roku straciliśmy awans o trzy punkty po tej wpadce w Radomiu, w 2018 o jeden mecz w barażach, w 2022 znów ledwo przymknęliśmy drzwi — a wy już teraz wrzeszczycie o mitycznej niezdolności do walki? Przez te lata naprawdę nic się nie zmieniło oprócz waszej pamięci.
Sędzia zapomniał, że gra się w piłkę? Może, ale my zapominamy o latach, kiedy dwie linie obrony przeciwnika rozlatywały się od pierwszego gwizdka. Pamiętacie ten lutowy mecz w Stalowej Woli, gdy do przerwy traciliśmy 0:2, a potem 4 gole w drugiej połowie? Albo grudzień 2021, jak nie daliśmy sobie wbić ani punktu przez całe 90 minut w Rawie? To nie są historie z pudła — to regularna robota na boisku. A teraz się bawicie w filozofię nad jedną sytuacją, która nigdy nie byłaby decydująca przy dwóch punktach straty do tabeli.
Macie rację w jednym: marzenia same nie wejdą do Ekstraklasy. Ale jak komuś odmawiają gola w meczu, który kończy się 3:0 na naszą korzyść, to chyba nie o sędziego powinno się obgadywać, tylko o braku perfekcji w reszcie akcji. Trzy punkty, które mieliśmy w kieszeni, zostały, reszta to już tylko cyrki. Jeśli naprawdę uważacie, że drużyna, która regularnie notuje 20 asyst w sezonie i trzy razy w roku wygrywa 5:0, to nie da rady awansować, to chyba nie rozumiemy się co do definicji „zdolności do walki”. Albo gramy, żeby wygrać — albo gramy tylko po to, żeby było się czemu smucić na trybunie.
Hype to nie argument.
kurwa co to za brednie że niby sentyment??? JESTEŚMY KLUBEM, KTÓRY SIĘ ZAŁATWIA NA BOISKU OD LAT A WY TUTAJ BĘBICIE TYLKO O TYM GOLU Z 2008!!! toż to było coś takiego że każdy w okolicy wiedział że ten gol był!!!!
i co teraz?? zapomnieć?? a te nasze mecze jakie rozgrywamy?? pamiętacie ten luty 2023 kiedy rozwaliliśmy Jastrzębie 5:1 na wyjeździe?? albo marzec z Arką Gdynia 4:0 w domu?? A TERAZ MAMY SĘDZIEGO KTÓRY BĘDZE I PIERDOLENIE TEGO GOLA MIAŁO DECYDUJĄCE ZNACZENIE?!
Ekstraklasa to nie bajka, to nie jest tak że jakieś tam szczęście ciśnie nas do góry… TYLKO PATRZCIE JAKIE WYNIKI WYCHODZĄ NAM Z POLA 💪🔥 i te asysty po 20 na sezon to nie są żadne przypadki, to jest nasza robota! Te 3 punkty które mieliśmy odjąć to żart… bo akurat w tym meczu walczyliśmy jak diabli a reszta to już tylko teatr boi się sędziego?? PO PROSTU NIE ROZUMIEM!
I jeszcze te wszystkie lata że zawsze jesteśmy o krok od awansu a tu nagle jeden sędzia psuje całą naszą historię… ale chyba nie na darmo tyle lat walczyliśmy skoro regularnie zalewamy przeciwników… TRZEBA WIERZYĆ W SWOJĄ DRUŻYNĘ A NIE W TE TEORIE KIBICÓW KTÓRZY SIĘ WYPAŁOWALI NA 5 MINUTACH PRZED KOŃCEM!!!
MY JESTEŚMY KLASĄ SIEBIE NAWIEDZIONĄ 🔴💥 i niech nikt nie mówi że nie damy rady bo my nie liczymy punktów na czuja… my je WYKĄSUJEMY TAK JAK NIGDY!
Na trybunach od dzieciaka.
Czekajcie, ludzie, bo ja tam w tym wszystkim widzę jeden konkretny problem, którego nikt nie rusza, a który właśnie wrócił do naszego myślenia jak bumerang: te asysty. Wystarczy spojrzeć na statystyki z ostatnich trzech sezonów — nie wiem jak wy, ale ja mam je zapisane od zapałki. W 2021/22 mieliśmy 18 asyst w całym sezonie, w 2022/23 było 21, a w tej edycji już mamy 19 i jeszcze cztery mecze do rozegrania. To nie są przypadkowe uderzenia, to system — drużyna, która potrafi wysunąć piłkę i dokończyć akcję w ciągu 15 sekund, ma realne szanse, bo przeciwnik nie nadąża nawet ustawić się w obronie.
A teraz pomyślcie: gdyby te trzy punkty z tym cholernym golam z 2008 rzeczywiście były decydujące, to gdzie byśmy byli teraz? W pierwszej połowie sezonu mieliśmy takie sytuacje, że dwoma punktami różnicy kończyliśmy na górze tabeli — i co? Dalej walczymy o awans, bo reszta naszego podejścia trzyma się kupy. To nie jest tak, że jedna kartka zmienia losy całego klubu. To jest tak, że my sami siebie oszukujemy, myśląc, że futbol to tylko sprawiedliwość boiska.
I jeszcze jedno: PawelPogon ma całkowitą rację, że powinniśmy wspominać te mecze, kiedy graliśmy jak rasowi mistrzowie — grudzień 2021 w Rawie, luty 2023 w Jastrzębiu, no i ten spektakl z Arką Gdynia. Tamto nie były przypadki, tamto była praca. A jeśli ktoś myśli, że na poziomie trzeciej ligi asysty to jakieś tam cuda, to niech spojrzy na to, jak drużyny z wyższych lig grają z nami w rewanżach — oni się boją naszych kontr, bo wiedzą, że trafienie to dla nich koniec meczu.
Sędziowie będą sędziami, ale futbol to nie tylko ich gwizdek — to przede wszystkim nasze umiejętności. I jeśli my dalej będziemy mieli te asysty, te szybkie ataki, te zwycięstwa 4:0 albo 5:1, to prędzej czy później te trzy punkty zapytają same siebie, dlaczego do tej pory byli poza naszym zasięgiem. Bo punkt to nie magia — punkt to efekt treningu, taktyki i wiary w siebie. I my mamy to wszystko — nie tylko ten jeden nieuznany gol, który wisi nam nad głową jak złe wspomnienie. Mamy historię, którą tworzymy na co dzień, mecz po meczu. I to jest to, co naprawdę liczy się na końcu.
Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
a no to pamiętam, jak w 2004 roku na boisku w Zagłębiu przyszliśmy z tym naszym nowym trenerem co to gadał tylko o "pracy, pracy i jeszcze raz pracy" a my myśleliśmy, że to jakiś żart bo dotąd to za każdym razem leciało nam się na łeb na szyję od drugiego seta. A tu proszę — 3:1 wygrana, i to nie jakieś tam "przypadkiem", tylko tak, że przeciwnik do trzeciego seta ledwo zipał. I co? Rok później byliśmy w barażach, no prawie awansowaliśmy, tylko ten jeden moment w decydującym meczu w Radomiu, gdzie sędzia akurat zrobił się na tyle bystry, że złapał naszego libero na faulu, którego nikt nie widział przez kamerę. I teraz, kurczę blade, co? Znowu siadamy do stołu i mamy dyskutować o tym, czy my w ogóle umiemy grać, czy tylko fantazjujemy.
bo widzicie, przez te lata zdążyliśmy się przyzwyczaić do tego, że albo trafiamy na jakiś prawdziwy team co to ma w drużynie samego Kłosia albo Bąkiewicza z młodzieży co to już potrafi rozegrać mecz od pierwszej minuty, albo te nasze mecze schodzą na psy bo któryś zawodnik uderzył pięścią w ławkę i dostał czerwoną. A tu nagle mamy grupę, która regularnie dusi przeciwników po 20 asystach na sezon, wygrywa 5:0 z Jastrzębiem, 4:0 z Arką — i co? Mamy płakać, że jeden gol z 2008 roku nie został policzony? Przecież to nie jest tak, że my nie umiemy zdobywać punktów — my je po prostu wyrwaliśmy z rąk sędziowskiego wzroku!
i pamiętacie ten luty 2023, jak byliśmy na wyjeździe u nich w Jastrzębiu, a tamten kibic z tyłu trybuny nie mógł się nachwalić naszym atakującym, że "tacy to dawno nie grali w drugiej lidze"? Ano pamiętam, bo ja wtedy stałem w drugim sektorze, a facet cały mecz klaskał każdemu naszemu dobremu przyjęciu. I wiecie co? Tamten mecz to nie była żadna magiczna data — to była zwykła robota na boisku. Tak samo jak w grudniu 2021, gdy w Rawie nie daliśmy strzelić gola przez dziewięćdziesiąt minut. To są konkretne sprawy, a nie te bajki o "mitach" i "sentymencie".
no i teraz ten cholerny gol z 2008 — no dobra, niech mu będzie, że nie został zaliczony. Ale co z tymi setami, które wygrywamy od czasu do czasu? Co z tymi momentami, kiedy przeciwnik dostaje takiego kopa, że ledwo wstaje z parkietu? Te punkty to nie są żadne dary losu — to są efekty ciężkiej pracy, systemu, wiary w siebie. I jeśli naprawdę uważacie, że trzy punkty, które mieliśmy odebrać przez nieuznany gol, to byłyby decydujące dla naszego awansu, to chyba nie rozumiemy, jak działa futbol na niższym szczeblu. Bo awans to nie jest jeden moment, awans to jest suma wszystkich małych zwycięstw — tych dobrych przyjęć, szybkich kontr, mocnych ataków. I my mamy ich więcej niż większość w tej lidze, tylko nikt nie chce sobie tego uświadomić przez jeden drobiazg, który właściwie nic nie zmienia.
no więc, moi kochani, niech sobie ten gol wisi w hali, niech wisi w pamięci, ale niech nie przesłania wam tego, co naprawdę robimy na co dzień. Bo my tu nie marzymy — my gramy. I jeśli dalej tak pójdzie, to prędzej czy później te trzy punkty, które mieliśmy kiedyś stracić, same do nas przyjdą. I to nie będzie cud, to będzie efekt naszej roboty. Tyle.
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
Ej, a pamiętacie jeszcze te wrzaski na trybunie, jak w 2019 roku pierwszy raz od wieków ogłosiliśmy, że idziemy na świętowanie nawet jak przegramy o dwa punkty? To były te chwile, kiedy się człowiek wstydził za kibiców na wyjazdach, bo nikt nie potrafił grać tak jak my: zawsze na pełnym luzie, z uśmiechem i wiadomo — z tą naszą legendarną nieumiejętnością do samobójstw w ostatniej minucie. Dokładnie, właśnie tak — w tamtym sezonie mieliśmy na koncie cztery remisy, gdzie w trzecim secie broniliśmy prowadzenia 24:22, a przeciwnik miał piłkę przy siatce. I co? Wszyscy krzyczeli „jesteśmy mistrzami”, a my lądowaliśmy w kolejnym barażu, bo jeden mecz poszedł w diabły.
Ale patrzę teraz na wasze argumenty i muszę przyznać, że RafałLegii08 ma niepodważalną rację — te asysty to nie żaden przypadek, to nasz podpis. Ja sam nagrywałem na telefon co drugą akcję w tym sezonie i mogę wam pokazać, jak nasz rozgrywający wychodzi zza obrony, dostaje piłkę i w ciągu siedmiu sekund już mamy strzał — albo lepsze położenie, albo od razu punkt. Dokładnie tak, jak w tym meczu z Arką Gdynia w marcu, kiedy to dosłownie ich obrona nie nadążała za tempem. Tyle tylko, że jak ci sami kibice z mojego sektora teraz mówią o tym nieuznanym golu z 2008, to ja się zastanawiam, dlaczego nikt nie pamięta, że w tamtym roku mieliśmy czternaście punktów straty przez te trzy sytuacje, w których sędzia uznał naszą piłkę na aut, a w rzeczywistości była w środku pola.
I nie, nie jestem żadnym analitykiem co liczy tylko cyfry — jestem po prostu facet, który od dziecka chodzi na każdy mecz w Kędzierzynie i wie, że futbol to nie tylko gol, którego nie doliczyli. To jest te dziesiątki sytuacji, kiedy przeciwnik dostawał od nas takiego kopa, że jego trener musiał zmienić ustawienie w przerwie. Ale jeśli dalej będziecie mówić, że jeden błąd sędziego przesądza o wszystkim, to ja się boję, że nigdy nie wyrwiemy się z tej pułapki, w której zawsze szukamy winnego, a nie rozwiązania. Bo co by się stało, gdybyśmy w tym meczu przeciwko Rozwadowi zagrali tak, żeby ten gol w ogóle nie miał znaczenia? A tak zrobiliśmy… tylko nie wykorzystaliśmy tego, bo nasza defensywa postanowiła w ostatnich pięciu minutach pograć w „co to będzie”. No i proszę — punkt przepadł przez samobójstwo, a nie przez kartkę. To jest ta robota, której wciąż brakuje — konsekwencji od pierwszego do czterdziestego piątego numeru.
Aż mi się serce ścisnęło jak pomyślałem o tym meczu z Jastrzębiem w lutym 2023… przecież tam, na trybunie numer cztery, stałem obok mojego starego, który na widok naszego rozgrywającego, co to wyskoczył jak z procy i dał ten cholerny drybling, aż krzyknął: „No w końcu coś fajnego, nie jak te wasze sentymentalne pierdoły!” A teraz mamy się kłócić o jedną sytuację sprzed szesnastu lat? Kurwa, dajcie spokój!
Wyobraźcie sobie, że sędzia jednak dałby ten gol — mielibyśmy wtedy cztery punkty w tym meczu, a nie trzy. Czy to by nam awansu zagwarantowało? Jasne, że nie, bo ta cholerna defensywa w ostatnich minutach wcisnęła nam ten sam scenariusz co zawsze — przeciwnik dostaje łatwy punkt przez nasze błędy, a my grzebiemy się w papierkach zamiast bić dalej. Trzy punkty to albo jeden trafiony atak, albo jedno niedopilnowane wejście w blok — i tak to wygląda od dekad.
My tu gadamy o mitach, o sentymencie, o bogać góralskiego — a przecież mamy drużynę, która regularnie wygrywa 5:1, która ma w teamie zawodników, co potrafią uderzyć piłkę tak, że aż trzeszczą plecy przeciwnikowi! I co? Mamy płakać, że jeden gol nie został uznany? Chłopaki, grajcie do końca jak w tym meczu z Arką Gdynia, gdzie wrzuciliśmy im cztery gole bez odpowiedzi — i niech sędziowie się schowają z tymi swoimi kartkami, bo my na boisku potrafimy więcej!
A ten cały „mit”… no dobra, macie rację, że trzeba walczyć o punkty, ale jak widzę, że w tym sezonie mamy już dziewiętnaście asyst i dalej ktoś mówi o „marzeniach”, to pytam: kiedy w końcu zaufamy własnym nogom? Bo jak nie teraz, to nigdy. 🔥💪
kurde, wy chyba zapomnieliście, że futbol to nie statystyka na papierze a te asysty to przecież nie samospełniająca się przepowiednia! 😱🤬 Mamy 20 asyst i 5:1 z Jastrzębiem, no to super, gratuluję — ale jak się w tym całym dopingowaniu zapomni o tym, że w barażach z Radomia to my sami daliśmy sobie trafić w kolano przez te nasze "szybkie ataki" co to miały być niby nasze oręż?!
I ten cud z Arką Gdynia? No dobra, cztery gole zero — ale czy ktoś policzył, ile razy w tym sezonie broniliśmy prowadzenia w ostatnich dwóch minutach meczu? Bo ja pamiętam ten mecz z Solą Oświęcim, gdzie do 44 sekundy mieliśmy 25:23, a oni dostali dwa punkty pod rząd i o mało co nie wygrali? Te 5:1 i 4:0 to piękne, ale punkt to punkt tylko jak się go nie straci w kluczowym momencie!
A ten gol z 2008? No dobra, niech mu będzie — ale jak mówicie, że trzy punkty to nic takiego, to ja się pytam: skoro mamy tyle asyst, tyle zwycięstw, to dlaczego do tej pory jesteśmy na drugim miejscu zamiast w pierwszej trójce? Bo proszę bardzo — albo robimy remis z drużyną, która ma na koncie pięć punktów straty, albo tracimy prowadzenie w ostatniej minucie. Te asysty to fajnie, ale bez konsekwencji w obronie i na boisku to jak samochód bez kół — fajny design, ale nie pojedzie daleko! 🚗💨
I jeszcze jedno — PawelPogon miał kompletnie rację jak mówił o tych barażach, bo my tu gadamy o golu sprzed szesnastu lat, a przecież w 2022 też byliśmy o krok od awansu i co? Znowu ta sama historia — jeden błąd, jedna strata, i po zabawie. Punktów nie da się wyklikać na komputerze, punkty się bierze NA BOISKU, a nie w hali z sentymentami! 🔥💪
no właśnie teraz przypomniało mi się to lato 2017, jak jeszcze te nasze mecze rozgrywaliśmy w hali na Szpitalnej, a do okien wlatywały muchy bo wentylacja była jakaś taka ledwo zipała i sędzia chodził sobie taki zadowolony, że aż trochę podejrzanie. i co? graliśmy wtedy z Ślepskiem Suwałki i mieliśmy taki set gdzie nasz atak dostawał piłkę, przerzucali ją trzy razy w tyle naszego pola i nagle — bum — podanie pod siatkę i bezczelne wycięcie przez środkowego, którego nikt nie pilnował. koniec seta 25:18, koniec meczu 3:0, i facet z suwalskiej delegacji poszedł się napić wody mineralnej bo nie mógł uwierzyć w to co widział.
pamiętacie to? a dzisiaj gadamy o asystach jakby to była nowość — no przecież my od zawsze graliśmy w ten sposób! tylko że wtedy nikt nie liczył punktów, nikt nie robił tabelki w excelu, nikt nie gadał o "mitach" — po prostu wychodziliśmy na boisko i dawaliśmy czadu. teraz mamy dziewiętnaście asyst i co? dalej tracimy punkty przez błąd zawodnika albo sędziego co to akurat patrzył w ziemię — a to znowu wracamy do jednego i tego samego: ta drużyna ma charakter albo go nie ma, i żadne statystyki nie powiedzą ci, który zespół w ostatniej minucie podniesie ręce do góry.
i te wasze cuda o awansie… no dobra, kochani — ja od 2001 roku chodzę na każdy mecz i widziałem już wszystko, nawet takie sytuacje że przeciwnik zaliczył cztery punkty w jednym secie i my i tak wygraliśmy bo ich libero oberwał czerwoną za niegrzeczne słowo. ale awans to nie jest jeden mecz, awans to jest to, że kiedy przychodzi do naprawdę mocny team i musisz wygrać 3:2 albo 4:3 w piątym secie — no to potrafisz. a my? my potrafimy zabić mecz własnymi rękami pięć minut przed końcem, a później się dziwimy że ktoś drugi się cieszy.
no ale zobaczymy
Widziałem już wszystko, chłopaki.
No to mi tu ktoś znowu lezie z tymi asystami jakby to był jakiś numer magicny, a przecież ja pamiętam ten sam mecz z Rawy, tylko nie w grudniu 2021, tylko w październiku — akurat padało jak cholera, boisko było mokre, a nasza centralna walnęła takiego bekhend zza linii ataku, że przeciwnik nawet nie zdążył zareagować. Niezła robota, nie powiem, ale potem i tak traciliśmy prowadzenie w drugim secie bo ich rozgrywający dostał piłkę pod siatką, zrobił półobrót i — bum — punkt dla nich.
I nie, nie chodzi mi o to, że sędziowie są przeciwko nam — choć z tym nieuznanym golem z 2008 to faktycznie mamy uraz. Chodzi mi o to, że nawet jak gramy jak rasowi mistrzowie przez cztery sety, to zawsze jest ta jedna chwila, jedna piłka, jeden błąd, który wszystko psuje. W tym sezonie mieliśmy taki mecz z Czarnymi Radom, gdzie do 47 sekund mieliśmy 23:20, a oni dostali dwa punkty z rzędu i o mało co nie wyrównali. Punkt to nie tylko asysta, punkt to też to, że nie pozwolisz przeciwnikowi oddychać — a my czasem zapominamy oddychać my sami.
I jeszcze jedno — niech ktoś mi wytłumaczy, dlaczego w tym samym sezonie, kiedy mieliśmy te wszystkie asysty, to w barażach o awans do drugiej ligi znów straciliśmy punkt przez własny błąd w decydującym secie? Bo mi się wydaje, że albo nie umiemy grać konsekwentnie przez 45 minut, albo po prostu lubimy sobie utrudniać. A ten cały sentyment o awansie? No fajnie, ale jeśli dalej będziemy grali tak, że tracimy punkty przez własne niedociągnięcia, to te trzy punkty z nieuznanego gola będą najmniejszym problemem.
Najpierw próba, potem wnioski.
Ale wam nie odpuszczę, bo właśnie przypomniałem sobie ten grudzień 2021 na Rywalce, gdy wracałem z pracy i w tramwaju słuchałem relacji na żywo, jak nasza centralna blokowała jak oszalała. Ile to razy później, na drugiej połowie grudnia, stałem pod halą w Kędzierzynie i krzyczałem „Do przodu, do przodu!”, kiedy widać było, że przeciwnik dosłownie się dusił w naszej blokadzie. Tylko że ten sam mecz, który skończył się 3:0, to był także ten jeden moment, kiedy nasz rozgrywający posłał piłkę prosto w antenę, bo pomyślał, że przeciwnik już nie dosięgnie. Dwóch punktów w koszu, a nie na planszy.
I widzę teraz, jak ValueNerd rozkłada to na części pierwsze — że to nie statystyka, ale charakter, który albo mamy, albo nie. Myślę, że masz całkowitą rację, bo w 2019 roku też mieliśmy mecz z Polonią Świdnica, gdzie do ostatniej minuty broniliśmy 24:23, a oni dostali dwa punkty z rzędu przez nasze zwykłe „pomylenie się w serwisie”. Trzy lata później wciąż robimy te same głupoty — dostajemy asystę, tracimy punkt, a potem szukamy winnego w nieuznanym golu z 2008. Kurczę, odpuśćmy już tym fantazjom i powiedzmy sobie szczerze: jak nie nauczymy się utrzymywać prowadzenia w trzecim secie, to żadne trzy punkty z powietrza nam awansu nie dadzą. A tak przy okazji — ktoś jeszcze pamięta tego zawodnika co to w 2020 roku zaliczył samobójstwo na 29 sekund przed końcem? Dokładnie, ten sam scenariusz co dzisiaj: punkt w plecy, a nie do przodu.
Najpierw policz, potem się spieraj.
No i teraz to naprawdę nie wiem, co powiedzieć, bo przecież kiedy słucham waszych opowieści, to widzę dwie strony tego samego medalu — i obie mają tyle samo sensu. Z jednej strony mamy całe dziesięciolecia, gdzie wchodzimy na boisko jak do własnego domu, gramy z głową, z sercem, a czasem nawet z takim luzem, że przeciwnik nie wie, na którą nogę się oprzeć. I są te asysty, te 5:1, te sety, które wywalamy jak nic — no ale z drugiej strony… no właśnie, z tej drugiej strony ciągle te same piekielne minuty, kiedy wszystko się wali, kiedy przeciwnik dostaje piłkę i w sekundę masz punkt w plecy. Bo albo sędzia nie widzi gola co goście mieli ugrać od lat, albo ty sam sobie wbijasz gwoździa w stopę w ostatniej sekundzie — i co wtedy? Wtedy nie pomogą żadne statystyki, żaden sentyment, tylko zimna krew i to cholerne „do przodu” na trybunie.
Sami wiecie, że w tym mieście chodzi się na mecze nie po to, żeby oglądać kolejne zwycięstwo, tylko po to, by być częścią czegoś większego — tej szalonej energii, tych wrzasków, kiedy znów obrywa się komuś w blokadzie albo kiedy nasz rozgrywacz robi coś, czego nikt się nie spodziewa. Ale ta miłość do klubu to nie jest jakaś abstrakcja, którą można wykuć w tabeli na komputerze. To jest coś, co buduje się przez lata, mecz po meczu, set po secie — i właśnie dlatego te 19 asyst to jest coś, czym możemy się chwalić, ale nie jest to automatyczna gwarancja awansu.
Bo awans to nie jest jeden gol, jeden błąd, jedna decyzja sędziego — awans to jest tysiąc małych decyzji, które podejmujesz, kiedy nikt nie patrzy, kiedy boisz się oddychać, kiedy przeciwnik ciągnie cię za kołnierz, a ty musisz odpowiedzieć lepszym blokiem albo lepszym atakiem. I my, kibice, wiemy doskonale, że te decyzje czasem wychodzą, a czasem nie — bo gra to nie kalkulator, tylko sport, który rządzi się emocjami, szczęściem i momentami, kiedy zdajesz sobie sprawę, że przeciwnik jednak miał dzisiaj lepszy dzień.
Dlatego ja tutaj nie dam wam gotowej odpowiedzi, bo naprawdę nie wiem, czy Kędzierzyn-Koźle kiedyś stanie wreszcie na tym pierwszym stopniu. Ale co wiem na pewno, to że nie jest to puste marzenie zbudowane na samym sentymencie — bo przecież przez lata dawaliśmy dowody, że potrafimy grać, że potrafimy walczyć, że potrafimy zaskakiwać. Tylko że teraz, w tym momencie, musimy zacząć nie od szukania winnego za nieuznany gol sprzed szesnastu lat, tylko od pytania samego siebie: co dzisiaj zrobimy inaczej, żeby ten następny mecz nie skończył się tak samo jak te wszystkie poprzednie — punktem straconym przez nasze własne ręce. Bo na to nie ma statystyki, na to jest tylko determinacja — i tę determinację albo mamy, albo nie. A my ją mamy. To akurat nie ulega wątpliwości.
xG > emocje.