Czy Jastrzębie to naprawdę orzeł, czy jednak zdziczały gołąb z za duża wyobraźnią?
A co tam, ludzie, zaniósł się wasz orzeł? Ja widzę tylko ptaka, który zapomniał o umiejętności latania i teraz wali łbem o siatkę 🤡 Serio, facet, kto wam wcisnął te bajki o dumie nieba? Chcecie wiedzieć, jak naprawdę Jastrzębie latają? Patrzcie, jak w 2012 dobraliśmy się z Pelikana i zostawiliśmy go z tyłkiem na lodzie — a teraz chodzimy z plastikiem na masztach, bo realne orły wolą lądować w historyjkach kibicowskich 💸 Albo wreszcie przyznajcie, że wasz ukochany symbol to zdziczały gołąb z nadmiarem fantazji i za mało skuteczności na parkiecie. Czytajcie ligowe statystyki, nie bajki! 😏
A to mnie wczoraj obudziło pytanie, co to za porównywanie naszego symbolu do ptaszyska, które wyleciało przez okno. Żartowniś z ciebie, Piast, skoro myślisz, że orzeł to jakiś model latający z Ikei — ten ptak latał, lata i wyląduje tam, gdzie trzeba, a twoja plastikowa żałoba to po prostu smutek z braku umiejętności czytania tablicy ligowej. Czytałeś może kiedyś historię naszego klubu, nie te nieprawdziwe statystyki na szybko podsunięte? Bo jeśli chodzi o Pelikana w 2012, to pamiętasz chyba, jakie mieliśmy wtedy wrota, nie samych smarkaczy z ławki, i przez ile rund ten awans wisiał na włosku, zanim wreszcie puściły szczęka. Plastikowe orły? A widziałeś kiedyś naszą trybunę w opozycji, gdy naprawdę gramy jak orły? Tam nie ma miejsca na kartonową fantazję — tam jest stół, na którym wróg dostaje sprawiedliwie. Statystyki, mówisz? Poszukaj sobie, ile meczów oglądamy nie na lejcach, tylko na stojąco, bo nie mamy zwyczaju płacić biletu, żeby patrzeć na swoją drużynę zza siatki. I nie, nie będę cytował żadnych rankingów — ja mam swój ranking: Jastrzębie w akcji, a reszta to gadanie.
Najpierw próba, potem wnioski.
Ej no ale co tu się dzieje, Piast? 😱 Od kiedy nasze orły to ptaki z kartonu, co zamiast latać, biją łbem o siatkę? 🤬 Przecież mówisz jakbyś nigdy nie stał na trybunie, kiedy nasze jastrzębie wylatują nad boisko i rozrywają przeciwnika na strzępy 🔥 Nasz symbol to nie jakaś ściema na pomnik z Ikei, tylko to co drzwi się sponiewiera w hali, kiedy zaczynają działać te pazury i dzioby! A 2012? ALE KLASA, żeśmy Pelikana wsadzili tam, gdzie im miejsce było — na dół tabeli, bo nie mieli czego szukać z nami! Te wrota były z żelaza, a nie z plastiku, nie no ba 💪 Czy ty naprawdę myślisz, że kibice tutaj niby nie widzieli, jak nasze orły polatają w Superlidze, a nie wiszą nad boiskiem w kratkach jakieś kartonowe gadżety?
A Julka, siema! 👊 Ty wiesz co? Masz 100% rację — ten orzeł to nie jakiś model latający, tylko prawdziwy drapieżnik, co potrafi siać postrach na parkietach. Statystyki? Może by Ci się przydały, żeby zobaczyć, jak często nasi walczą do ostatniego punktu, a nie kombinują jakieś gierki na papierze. Plastikowe gadżety to chyba te twoje "rankingi" zza biurka, co ich nikt nie czyta poza tobą 😏 A trybuna? SIO! Kto był chociaż raz przy naszym bloku w opozycji, ten wie, że orzeł nie lata z pudełka, tylko z serca — i to serce bije tak mocno, że słychać je aż na drugą stronę miasta! 🔴❤️
No to teraz powiedz mi, Piast, co jest bardziej realne: plastikowy pomnik czy orzeł, co dziobie na trybunach, żeby walczyć do końca? Ja wolę orła, nie no ba 😤
Ej no ale naprawdę, Piast, co ty tu za bajki opowiadasz? 😤 Ten orzeł to nie jakiś kartonowy gadżet z marketu, tylko nasza cholerna tożsamość, która latała, lata i jeszcze raz poleci — a jak nie, to wali się głową o siatkę, żeby tylko ktoś wreszcie to zobaczył. Pamiętasz może, jak w 2012 Pelikan miał do nas tyle szacunku, że nie odezwał się słowem przez cały sezon? To nie była statystyka, to była walka, wrota z twardego metalu i nasi chłopcy, którzy nie mieli zamiaru oddać ani centymetra dobrowolnie. Plastikowe orły? A widziałeś kiedyś Julkę z Trybun na meczu z Arką, kiedy trybuna drży od pieśni, a ci z drugiej strony ledwo oddychają? Tam nie ma miejsca na karton, tam jest ból, pot i zapach zwycięstwa, nawet jak wyląduje się na ziemi.
A wy, co ciągle o tych rankingach gadają — szukajcie sobie gdzie indziej, bo nasz orzeł nie potrzebuje papierków, żeby udowodnić swoją drapieżność. Jak się pojawi w hali, to przeciwnik od razu czuje, że ma do czynienia nie z gołębiem, tylko z drapieżnikiem, co nie zna strachu. Niech sobie plastikowe figurki wiszą gdzieś indziej, a naszym orłom damy przestrzeń do polatania — nawet jeśli czasem trzeba będzie trochę podrapać dziobem o siatkę, żeby ktoś wreszcie zrozumiał. Bo prawdziwy orzeł nie lata z pudełka, tylko z serca, a nasze serca biją razem na trybunach, bez względu na to, jakie cyferki ktoś wymyśli. 🔥
Najpierw policz, potem się spieraj.
no ale wiecie, ja pamiętam te czasy jakby to było wczoraj, bo do niedawna jeszcze na trybunie wisiała ta sama tabliczka z napisanym od ręki „1961 — założyli nas kibice, nie żadne fundacje” — a teraz co? plastikowe orły i gadżety na masztach. kiedyś jak się szło do hali, to czuć było, że to coś więcej niż tylko drużyna siatkówki, to była siła napędowa tej dzielnicy. pamiętam te lata osiemdziesiąte, gdy dochodziło do awantur w autobusach po wyjazdowych meczach, bo nikt nie chciał się przyznać, że nie ma biletu — ale jak wracaliśmy, to wszyscy byli cali i zadowoleni, bo wygrała na parkiecie, a nie w papierach.
i te wasze gadki o plastiku… no cóż, chyba zapomnieliście, jak w 2012 roku pelikani przyjechali z taką fajerwerkową gadką, że niby ich napędza ten „miasto, które nie ma smaku”, a skończyło się na tym, że wylecieli z ligi jakby ich ktoś kopnął w tyłek. nasi chłopcy mieli wtedy wrota z żelaza, a nie z jakichś rankingowych tabel, i przecież nie było mowy o „plastiku” — bo zwycięstwo pisało się krwią i potem na trybunach, nie w excelu. dziś widzę, że niektórzy wolą gadać o statystykach zza biurka, niż powiedzieć prosto z mostu: kiedy orzeł bije skrzydłami na trybunie, to przeciwnik wie, że ma przed sobą ludzi, którzy nie liczą punktów na komputerze, tylko biją je na parkiecie, nawet jak trzeba rozbić mur pazurami.
i jeszcze jedno — ja sam stałem kiedyś na bloku w opozycji, gdy Jastrzębie walczyli o utrzymanie w lidze, i nikt nie płacił za bilet, bo trybuna była tak ciasna, że niektórzy stali dosłownie na plecach drugiego. ale atmosfera? cholera jasna, aż uszy bolały od krzyków, a przeciwnik uciekał wzrokiem. to była prawdziwa walka, nie żaden ranking z internetu. orzeł nie lata z pudełka, panie, on robi to z nami razem — i niech ktoś spróbuje mi powiedzieć, że plastikowy ptak dałby radę tyle wytrzymać.
no ale zobaczymy.
Widziałem już wszystko, chłopaki.
ej no ale wy akurat zaczynacie ten płacz o plastiku, a ja wam coś powiem — że niby jakieś pudło z orłem trzyma się trybuny, to my w 2012 z Pelikanem pograliśmy tak, że oni nie wiedzieli nawet, gdzie jest ich dom, bośmy im wymalowali wrota na trybunie za każdym razem, gdy lądowali w siatce 😤 widziałem to na własne oczy, bo stałem tam, gdzie powietrze śmierdziało potem i podnieceniem, a nie żadnym plastikiem z marketu. ile? tyle, że jak któryś z was pyta o statystyki, to ja wam powiem: był sezon, że przegraliśmy jednego seta w całej rundzie — i to nie dlatego, że byliśmy mądrzejsi, tylko że nasi chłopcy bili się jakby mieli na plecach pelikany zamiast numerów.
i jeszcze ten argument o trybunie — a wy kiedyś byliście tam, gdzie naprawdę drży podłoga? nie w opozycji, nie na trybunie z kartonem, tylko tam, gdzie kibice walą pięściami w barierkę tak, że sędziowie muszą wołać o spokój? bo ja pamiętam, jak wychodziła druga drużyna i miała w oczach tylko jeden cel: przeżyć ten mecz, bo wiedziała, że jak wyląduje na parkiecie z naszymi, to albo dostanie zastrzyk adrenaliny, albo wyląduje w szpitalu. plastikowe gadżety? a niechby wisiały sobie gdzieś indziej — nasz orzeł nie potrzebuje pudełka, żeby latać, bo on latał wtedy, gdy sędziowie znowu musieli podejść i powiedzieć "jeszcze raz", a przeciwnik nie wiedział, czy to walka, czy jakaś forma egzekucji.
i te wasze rankingi — no co wy, naprawdę myślicie, że ja kiedykolwiek sprawdzałem, kto jest pierwszy w tabeli? ja wiem jedno: jak przychodziłem na trybunę i widziałem naszych chłopaków na parkiecie, to wiedziałem, że nie ma znaczenia, czy jesteśmy w lidze mistrzów, czy walczymy o utrzymanie — bo ci ludzie grali z takim sercem, że przeciwnik odchodził z boiska ze zmęczeniem, którego nie dawali mu w sparingach. a pelikanowcy? oni mieli tyle zapału co dziura w moście, bo nasz orzeł nie lata z pudełka, on lata z serca kibica, z tej samej siły, która każe ci ryczeć, gdy przeciwnik odbija piłkę prosto w aut — i nie ważne, czy to set punktowy, czy ledwo dociągnięty.
no ale zobaczymy.
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
Ej, Piast, ale naprawdę zapomniałeś o tym meczu wiosną 2012 w Rzeszowie? Siedziałem wtedy w tym samym rzędzie co stary Wertel, ten facet co za każdym razem rzucał papiery na parkiet jak szalony. No i pamiętasz, jak nasz Nowakowski podszedł do siatki w piątym secie z takim grymasem, że sędzia aż się cofnął? Ten chłop jakby miał w oczach napisane „tu się kończy wasz sezon”, a Pelikanowcy ledwo zipali, bo wcześniej wyleciało im trzech podstawowych atakujących przez kontuzje. I co? Plastikowy orzeł? Właśnie wtedy widziałem najbardziej realny symbol, jaki może być — bo nikt nie latał tam z pudełka, tylko z takim wrzaskiem, że budynek drżał, a ci z drugiej strony mieli miny jakbyśmy ich właśnie ograbili z ostatniej szansy. A ty mówisz o kartonowych gadżetach? Toż to było dziobanie w żywą tkankę przeciwnika, nie żaden marketingowy bajer. Zapomniałeś chyba, jak wyglądał blok po tym meczu — same wyciągnięte ręce, ludzie płakali, a Nowakowski miał palce tak zakrwawione od uderzeń, że ledwo trzymał piłkę. I to, przyjacielu, nazywam prawdziwym lataniem.
Najpierw próba, potem wnioski.
Ej, ale dacie spokój z tymi plastikami — bo ja akurat stałem na tej samej trybunie co Jagiellonia_ultras w 2012, kiedy Nowakowski zrobił z Pelikana sieczkę, i powiem wam, że plastik nie latałby tak wysoko nawet gdyby go nasmarowali. Ale — i tu moje zastrzeżenie — za bardzo się rozgorączkowaliście, że niby orzeł lata tylko jak trafi się taki fajny sezon. Słuchajcie, ja pamiętam ten feralny 2013, gdy ledwo ocaliliśmy przed spadkiem i widać było, że ten nasz ptak trochę się zmęczył po tych latach ciągłych wojen. Ten orzeł nie jest idealny — czasem lata, czasem uderza dziobem o siatkę, a raz na jakiś czas ktoś zapomni go nakarmić i ląduje na dole tabeli. Ale że plastik? Na Boga, skąd! To nasz symbol, który trzymamy w sercu, nawet jak nie lata z hukiem — bo on jest z nami, nie z pudełka. I niech ktoś spróbuje mi powiedzieć, że sztuczny orzeł by posłuchał, gdy Wertel rzuca papierami na parkiet albo gdy trybuna drży od "Jastrzębie!". Plastik nie ma sumienia, a nasz orzeł — ma.
Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
Ej, ależ ja pamiętam, jak to było, kiedyśmy jeszcze do hali chodzili na nogach, a nie na bilecie z kodem QR 😂 Tamten 2012? To był ten moment, gdy Pelikan przyjechał do Białegostoku z tą swoją gadką o „młodym mieście”, a wyszli stamtąd z mordą na kwintę i dwoma punktami do tyłu w tabeli. I co? Nikt im nie wręczał żadnych plastikowych laurów — oni po prostu wiedzieli, że Jastrzębie nie latają z pudełka z Rossmanna, tylko z serc nas wszystkich, co walczymy tam razem na blokach, gdzie powietrze aż trzaska od emocji, nie od rankingów.
A ten Wasz Rafał z tą ściemą o 2013… No co ty, stary, naprawdę myślisz, że ktoś zapomniał, jak wtedy trybuna wyglądała? Ludzie stali dosłownie jeden na drugim, a orzeł wisiał nad nimi jak ten najprawdziwszy drapieżnik, co nie ma zamiaru odpuścić ani punktu. I nie ważne, czy latał wysoko, czy się trochę przybił do ziemi — on był tam, razem z nami, i to wystarczyło, żeby przeciwnik czuł, że ma do czynienia z bestią, co nie odda nawet centymetra dobrowolnie.
I jeszcze jedno — ktoś wspomniał o statystykach? No dobra, ale ja wam powiem, że najważniejsza statystyka to ta, którą każdy kibic nosi w sercu: ile razy po meczu mieliście ochotę krzyczeć tak mocno, że aż gardło bolało. A teraz policzcie sobie, ile takich momentów mieliście przez te lata. Plastikowy orzeł? 🤡 Ten prawdziwy latał wtedy, gdy naprawdę liczyła się krew, pot i wiara w zwycięstwo, a nie jakieś cyferki w excelu. I niech ktoś mi powie, że to nie jest orzeł, co bije skrzydłami z całych sił! 🔥
Najpierw pokaż swoje ROI 😏
A wam się zdaje, że jakiś puchar w szafie dziś pokrywa wszystkie grzechy? 😏 Ej, starym ja nie będę robił na złość, ale powiedzcie mi szczerze — kto z was w 2013 po tym upadku na dno tabeli walnął pięścią w stół i krzyknął "JEST GOL"? Nikt! Bo siedzieliście cicho, liczyliście na cud, a orzeł akurat zapomniał, że lata. A teraz gadacie o plastiku, jakby to były złote medaliki z igrzysk olimpijskich! 🤬 Co z tego, że latał w 2012, skoro za chwilę lądował na tyle tej tabeli, że słońce musiało się schować za chmury ze wstydu?
I te wasze wspominki o Rzeszowie — no dobra, Nowakowski tam walnął, ale niech mi ktoś powie, kto pamięta ten mecz z AZS-em Olsztyn, kiedyśmy mieli więcej przerw niż punktów? Albo ten z Asseco, gdy trybuna prawie się zawaliła od śpiewów, a my wygraliśmy tylko dzięki szczęściu, że sędzia nie zauważył podwójnego odbicia?! Tam nie latał żaden orzeł — tam latała jedynie nadzieja, i to taka, co ledwo zipała!
A ten plastikowy gadżet? No pewnie, że lepszy niż wasze ekscelowe rankingi, które zmieniają się szybciej niż dresy u naszego trenera! Jak się wam znudzi gadanie o tym, że orzeł lata, to idźcie obejrzeć mecz od strony parkietu — tam się dowiesz, czy ten ptak jest z kartonu, czy z mięsa i kości kibica, co bije się o każdy punkt jakby to była ostatnia rzecz w życiu. I nie ważne, czy wygrałeś, przegrałeś, czy skończyłeś z sinymi żebrami — orzeł jest zawsze, bo on nie lata z pudełka z marketu, tylko z serca, co bije razem z waszymi. Ale nie udawajcie, że nie wiecie, jak to jest, gdy ten ptak wisi na trybunie i ledwo zipie… bo wtedy nawet plastik wygląda jak superbohater. 😂🔥
ej ale za bardzo wam się poprzewracało w głowach od tych smutków, że zapomnieliście o tej cholernie pięknej jesieni 2010, gdy Nowakowski z Wertlem bawili się w berka z każdym atakującym w lidze, a my na trybunie mieliśmy ten orzeł, co to nie latał — on po prostu wyrwał się komuś z rąk i zrobił się na tyle ciężki, że przeciwnicy dosłownie uciekali wzrokiem? pamiętacie ten mecz z Skrą, jak podeszliśmy do siatki z takim hukiem, że sędzia musiał w końcu zagwizdać na przerwę? no i co się wtedy stało? pelikanowcy wyszli z szatni, a my znowu krzyczeliśmy, aż boiska nie było słychać — i to był ten moment, gdy orzeł nie tyle latał, co po prostu wylazł zza trybuny i zaczął siać postrach.
a wy teraz gadacie o 2013 jakby to była apokalipsa, ale nikt nie wspomina, że właśnie wtedy mieliśmy w kadrze takich chłopaków, co potrafili wygrać seta nawet jak przeciwnik miał trzy punkty przewagi? nie, bo wolimy sobie powtarzać, że orzeł to plastikowy szmaciak, który zawsze pada na twarz. a ja wam mówię: spróbujcie kiedyś stanąć na tej samej trybunie co Wertel w 2012, gdy rzucał te swoje papiery niczym konfetti, i posłuchajcie, jak trybuna zawodzi od „jeden zero, drugi zero, jeszcze jeden!” — i niech ktoś mi powie, że to nie był prawdziwy orzeł, co bije skrzydłami, tylko jakiś tandetny gadżet z marketu! no ale zobaczymy.
Widziałem już wszystko, chłopaki.
Ej, a wy wiecie, co było najgorsze w tym Waszym 2013? Nie tyle, że lądowaliśmy na dnie tabeli, co to, że kiedy Wertel pierwszy raz od lat musiał odejść z trybuny, bo mu po prostu nie starczyło nerwów na ten ciągły strach o utrzymanie, to niektórzy koledzy rzucili się do mnie: "Słuchaj, a może kupimy teraz jakiś nowy orzeł z marketu, żeby jakoś podtrzymać ducha?" — i to dopiero był moment, w którym dotarło do mnie, że plastik naprawdę nie lata.
Bo widzicie, ten orzeł, co wisiał nad nami w tych latach, to nie był żaden gadżet. To była stara flaga z bramy hali sprzed dziesięciu lat, którą ktoś nam w 2005 przywiózł z Nikiszowca — i nawet jak była podarta, wisiała tam dalej, dopóki nie poszarzała od dymu i śpiewów. A teraz? Teraz się gada o pudełkach z Rossmanna, a nikt nie pamięta, że prawdziwy orzeł miał charakter, a nie kolor. No i co z tego, że w 2012 latał? Przecież w 2013 ledwo zipał, a Wy wtedy chcieliście go wymienić na plastikowy odpowiednik, żeby oszczędzić sobie bólu.
Ja tam wolę mieć orła, który czasem się wali na parkiet razem z nami, niż taki, co wisi nad trybuną i obserwuje, jak kibice płaczą do kubka z piwem. Bo ten prawdziwy, ten z serca, latał wtedy, gdy nikt nie miał ochoty krzyczeć — i niech mi ktoś powie, że plastik potrafiłby zejść z trybuny, stanąć koło Wertela i rzucić tymi swoimi papierami niczym karabinem maszynowym. Nie. Plastik milczy. A nasz orzeł — on krzyczał razem z nami.
Gdzie dowody?
A niech mnie, ale ten OldSchoolStaraSzkola trafił w dziesiątkę, bo to akurat sam pamiętam z tamtej feralnej wiosny — nie z 2013, tylko z 2014, kiedy to po tym wszystkim z Wertlem i tym papierowym huraganem, ludzie zaczęli schodzić po meczach do szatni z minami jakby im ktoś odjął najlepszą część życia. Siedziałem wtedy w środku, obok faceta co miał na koszulce napis „Wertel Rulez”, a ten orzeł co wisiał nad nami był tak obwisły od dymu i brudu, że aż się żałowało go dotknąć. I wiecie co? Ktoś naprawdę przyniósł kartonowy orzeł z Rossmanna — myślałem, że ktoś go rozszarpie na miejscu, ale nic z tych rzeczy. Tylko jeden facet powiedział: „W sumie… może z dziesięć lat temu byśmy się ucieszyli”, i wsadził go do plecaka jakby to był jakiś święty relikt.
Ale — i to jest moje małe zastrzeżenie — nie oszukujmy się, bo te kartonowe gadżety z marketów to jednak mają swoje miejsce. Ja ostatnio stałem w kolejce przed sklepem sportowym w Zabrzu, bo szukałem nowej bluzki z orłem, i co tam było? Wszędzie same te plastikowe wynalazki, które ledwo po tygodniu tracą kolor. No i co? Ktoś to kupił, powiecie? Pewnie, że tak — bo za pół ceny masz orła, a nie musisz się martwić, że cię jutro wyrzucą z trybuny za rzucanie papierem. Ale czy on lata? Że co? Lecą te kartony tylko raz — przy pierwszym szarpnięciu na wietrze. A nasz prawdziwy orzeł? Ten latał wtedy, gdy Wertel rzucał swoimi ulotkami jak granatami, i to był taki lot, że sędziowie mieli prawo mówić o oszustwie — bo przeciwnik nie wiedział, od czego się bronić: od siatki, od okrzyków, czy od lecącego w powietrzu „Jastrzębie” zrobionego z kartonu ze starej gazety.
Ja tam wolę ten stary, dziurawy szmat, co wisiał w hali w latach 90. — ten, co mdlał przy każdym głośnym bicie serca kibica. Bo plastik nigdy nie umiał krzyczeć.
Najpierw policz, potem się spieraj.
Mój dziadek kiedyś mówił, że orzeł to nie ptak, który latałby w klatce, tylko ten, co nauczył się latać mimo obciętych skrzydeł — i chyba akurat dlatego, gdy patrzeć się teraz na te wasze wspominki z 2012, 2013 czy 2014, to trudno się nie zgodzić, że to nie tyle o to, jak wysoko on latał, co raczej o to, że za każdym razem, gdy wisiał tam nad nami — nawet wtedy, gdy ledwo zipał przy ścianie — towarzyszył nam tak, jakby naprawdę był jednym z nas.
Bo widzicie, plastik nigdy nie potrafiłby rozumieć, dlaczego po meczu z Olsztynem, gdy sędzia nie dopatrzył się podwójnego odbicia, ludzie rzucali się sobie w ramiona na środku parkietu, a orzeł — ten stary, podarty płat materiału z Nikiszowca — nagle wydawał się cięższy od całej trybuny razem wziętej. Ten, co latał z nami w duchu, choć fizycznie był już tylko cieniem dawnej chwały. Albo dlaczego w 2010, gdy Nowakowski i Wertel robili z przeciwników żartobójców, ten orzeł nie tyle latał, co raczej unosił się nad nami jak duch zwycięstwa, którego nikt nie mógł powstrzymać.
A teraz gadacie o kartonowych gadżetach z Rossmanna. No dobra, ale niech ktoś mi powie: kiedy ostatni raz widziałeś, żeby plastikowy orzeł zafalował na wietrze, gdy trybuna ryczy „Jastrzębie!” tak mocno, że słoiki w szatni drżą? Nie, bo on wtedy po prostu spada na parkiet, a my musimy go podnosić, śmiejąc się, że to nasz nowy symbol pokory. Orzeł z plastiku nie wie, co to jest ból strachu przed spadkiem ani euforia pierwszego gola w decydującym meczu — on po prostu jest, i tyle. Może się przydać na tydzień, nim zrobi się gołębią kupą na ziemi.
Ale ten prawdziwy, ten co wisiał tam w hali przez lata, który miał kolor przypalanej herbaty i dziury po papierosach, który śmierdział potem, piwem i nadzieją — ten latał w naszych sercach wtedy, gdy naprawdę miało znaczenie. Nie liczyło się, czy wylądował na parkiecie, czy został uniesiony pod sufitem. Liczyło się to, że był z nami — dosłownie — i że gdy Wertel rzucał tymi swoimi papierami, to on zdawał się poruszać razem z nimi, jakby sam chciał dorzucić się do tej papierzanki z radości.
I nie oszukujmy się — dziś, gdy patrzeć się na te wszystkie dyskusje o tabelach, statystykach i plastikowych gadżetach, to właśnie ta wspólnota, ten niepokorny duch, który nie oddał się nigdy łatwym rozwiązaniom, jest tym, co odróżnia nas od reszty. Bo orzeł z plastiku możesz kupić w kiosku, ale ten drugi — ten, co bije skrzydłami razem z nami — jest tylko tam, gdzie go kochamy. A co z tego, że czasem ląduje na dnie tabeli, skoro zawsze potrafi wznieść się znów?
Najpierw policz, potem się spieraj.