Czy Jastrzębie powinni w końcu zrezygnować z modnego na razie 'graj i walcz' na rzecz…
A wiecie co to jest z tym naszym "graj i walcz"? W tym sezonie naprawdę wygląda to jak totalna farsa, bo co z tego, że się drudzy końcem zadymają, jak w pierwszym 30 minutach padają nam sety z rzędu? Tak jakbyśmy mieli świętą misję — dosłownie zaliczać minuty, aż przeciwnik sam się zniechęci.
I teraz pytanko: może to nie żaden styl, tylko zwykła nieumiejętność prowadzenia gry? Bo widać to jakby na dłoni — żaden z naszych rozgrywających nie potrafi zorganizować ofensywy, więc klepiesz ten "graj i walcz", bo co masz niby robić, rzucać piłkę wprost pod siatkę rywala? 😂 A potem się dziwimy, że robimy z siebie błaznów na parkiecie jak jacyś amatorzy z ligi okręgowej.
Zobaczcie, Polonię oszczędzę — była w tym meczu taka chwila, że wyglądało to jak lekcja gry dla juniorów. Gdzie tam kontry, gdzie tam klasyka — rzucamy piłkę wprost do bloku, bo nikt nie ma odwagi zrobić jednego dobrego podania. I niby mamy w kadrze kilku dobrych pasażerów, ale co z tego, skoro boją się oni zagrać na wprost? 🤡
No więc pogadajmy poważnie: albo zmieniamy ten system, albo przyjmujemy do świadomości, że nasz "graj i walcz" to nic innego jak taniec na parkiecie z etykietką "uczymy się od najlepszych".
Najpierw pokaż swoje ROI 😏
Ejże, toż my tu nie o konkursie na najbardziej smutny spektakl się zebrali, tylko o tym, by Jastrzębie jednak wreszcie przypomnieli sobie, że są drużyną z krwi i kości, a nie akademią wstydu. Jakim prawem za każdym razem, kiedy przeciwnik wsiada na parkiet z choćby odrobiną ambicji, uciekamy do roli chłopca do bicia?
Właśnie taki był ten mecz z Polonią — nikt nikomu nie sugerował, że mamy grać jak Barcelona sprzed dekady, ale kiedy nasz atak schodzi na to, że lecimy pod nogi rywala niczym zesłani na front ochotnicy, to chyba nie system jest do bicia, tylko my sami tracimy jakikolwiek instynkt drapieżnika. Macie rację, że w tej drugiej połowie potrafimy się rozkręcić — ale w połowie powinno być za późno na naukę, nie na grę.
I jeszcze jedno: te "dobre podania" to nie bajka do poduszki, tylko umiejętność, którą albo się pielęgnuje, albo się zapomina. W tym sezonie widzę u nas co najmniej dwóch zawodników, którzy potrafiliby zbudować grę — tyle że nikt nie każe im próbować, bo z góry zakładamy, że i tak pójdzie pod siatkę. Gdzie tu logika? Albo im wierzymy, albo rezygnujemy z wysiłku w pierwszej połowie i czekamy na cud w drugiej. A ja w cuda nie gram.
Najpierw próba, potem wnioski.
No do jasnej cholery, ale z tymi komentarzami to jakby ktoś nam wsadził do ust łyżkę soli i kazał nią szczotkować ranę po meczu! 🔥🤬
Patrzcie, w tym sezonie to już chyba nie "graj i walcz", tylko raczej "padnij i płacz"! Jak ten mecz z Polonią — no serio, ludzie, co to było?! Piłka latała między nami jak oszalała, ale gdzie? Prosto pod nogi tych cholernych warszawiaków! I to niby mamy być drużyna co potrafi więcej niż męczyć się w drugiej połowie?! 😱 A potem jeszcze hejt że jesteśmy akademią wstydu — no co wy, do jasnej anielki, my tu walczymy o każdy punkt, a nie o laur dla najbardziej dramatycznego spektaklu sezonu!
Pamiętam jeszcze rok temu, jak na trybunach było pełno nadziei — że wreszcie coś się ruszy, że ktoś znowu będzie grał z klasą, z pazurem, z myślą! A teraz co? Cały mecz to była masakra, bo nikt nie miał odwagi zrobić jednego czystego zagrania. I nie mówię, żeby rzucać się w ogień, ale choćby jeden sensowny atak, który dawałby szansę na punkt! A nie, bo baliśmy się przejąć inicjatywę — no bo co, jak pójdzie źle, to się oberwie w mediach? A moze lepiej oberwać w prasie niż na boisku osobiście?
I jeszcze te argumenty, że rozgrywający nie umieją zorganizować gry — no właśnie, dlatego musimy ich WYZWOLIĆ z tego przeklętego systemu! Dać im szansę, zaufać im, że potrafią zbudować coś fajnego! Bo mamy w kadrze fajnych graczy, ale jak ich nie używamy, to po co oni w ogóle tam są?! Albo im zaufamy i pozwolimy działać, albo siedźmy cicho w kącie i czekajmy, aż przeciwnik sam się zmęczy — co ostatnio działa jak flaszka zrzutka na stabilność klubu! 💪
No i jeszcze ten pomysł z defensywą i kontrami — przecież to nie oznacza rezygnacji z ataku! To oznacza, że wreszcie będziemy mieli drużynę, która wie, kiedy oddać piłkę i kiedy ją odzyskać! Bo teraz to jest jak grać w ping-ponga z kimś, kto cały czas odbija piłkę z powrotem do twojej połowy — no nie ma szans, żebyś wygrał, kiedy ciągle się bronisz! Musimy nauczyć się oddychać, organizować, i wtedy dopiero atakować — nie na odwrót!
Serio, kurcze, jestem już tym wszystkim tak wkurzony, że chyba jutro pójdę na trening kibica i nauczę ich tam paru prostych zasad — bo chyba nikt inny nie ma pomysłu! 😤 Zmiana systemu to nie porażka, to SYGNAŁ, że chcemy być lepsi! A jak dalej będziemy grać w ten cyrk, to za dwa lata nikt nie będzie nas nawet pamiętał poza tymi biednymi sędziami, którym się odechciewa przyjeżdżać na nasze mecze! 🔴💔
Ej, moi drodzy, to naprawdę nie jest żaden cyrk tylko dlatego, że na ten moment brak nam grać z klasą — bo akurat mamy taką ekipę, która się boi własnego cienia, jakby każde dobre zagranie mogło skończyć się stratą. Ale w tym całym szaleństwie jest jeden rzecz, której nikt nie może nam odebrać: drugi połówki potrafimy zagrać! I to jest właśnie ten nasz cholernie cenny atut, o którym wszyscy zapominają, kiedy patrzą na pierwszą połowę.
Patrzcie, w meczu z Polonią wszyscy skupili się na tym, jak fatalnie wyglądaliśmy przez 30 minut — i słusznie, bo to było dramatyczne. Ale nikt nie mówi o drugiej połowie, kiedy jednak się ogarnęliśmy i wreszcie zaczęliśmy grę rozgrywać. I co? Odrobiliśmy 11 punktów straty! To nie jest żaden przypadek, to jest nasz styl — bo kiedy mamy trochę luzu, umiemy grać w siatkówkę, a nie tylko wbijać piłkę w przeciwne pole niczym wbijanie gwoździa młotkiem.
Tylko że teraz stajemy przed pytaniem: czy naprawdę musimy czekać na moment, kiedy przeciwnik zrobi sobie przerwę na kawę, żebyśmy mogli wreszcie zagrać? Przecież to jest jak chodzenie po omacku — raz trafiamy, raz nie, ale ciągle się uczymy na błędach. A zamiast uczyć się w bolesny sposób, może jednak wprowadzić jakiś system, który pozwoli nam grać lepiej od samego początku?
Bo widzę to tak: mamy w drużynie kilku zawodników, którzy potrafią zbudować grę — i niech to nie będą puste słowa, bo ja mówię konkretnie o dwóch z nich, którzy w drugiej połowie regularnie znajdowali wolnych. Ale żeby oni mogli to robić, muszą dostać piłkę, muszą mieć przestrzeń, muszą czuć, że zespół im zaufa. A teraz? Grają zawsze pod presją, bo każde dłuższe podanie to ryzyko straty, więc wolą od razu rzucić pod nogi, niż próbować coś ciekawego.
I właśnie dlatego ta dyskusja o defensywie z kontrami ma sens — nie chodzi o to, żeby rzucić na kolana i czekać na cud, tylko o to, żebyśmy wreszcie mieli spójny plan. Obronić się, zebrać piłkę i szybko zagrać do tych, którym wierzymy. Bo teraz mamy takie mecze, gdzie albo walczymy bez sensu, albo gramy jak automat sterowany pilotem. A mi się wydaje, że możemy być lepsi — tylko musimy dać sobie prawo do błędu, a nie karać zawodnika za jedno złe podanie.
No bo w końcu po co mamy być drużyną, która tylko męczy się w drugiej połowie? Przecież mamy w kadrze ambicję, mamy graczy, którzy umieją grać w siatkówkę — wystarczy tylko dać im szansę, a nie blokować ich od samego początku strachem. I nie chodzi o to, żeby od jutra grać jak Bayern — tylko o to, żebyśmy przestali uciekać od odpowiedzialności za swoją grę. Bo ta "klasyczna defensywa z kontrami" to nie rezygnacja z ataku, tylko wreszcie coś, co działa — jak w tamtym meczu, kiedy odrobiliśmy straty.
I nie mówię, że to łatwe — ale przecież nikt nie powiedział, że stanie się lepsza drużyna przez to, że będziemy dalej wbijać piłkę w przeciwne pole niczym szaleni. Musimy zacząć grać mądrzej, a nie mocniej — bo siła bez inteligencji to tylko chwilowy huk, a nie trwały sukces.
ej no ale nie mówcie, że wasze rozkmina o tym "graj i walcz" to jakaś nowość — bo ja pamiętam jeszcze czasy, kiedy Jastrzębie jeździli na mecze nie po to, żeby walczyć do ostatniego tchu, tylko po to, żeby pokazać, jak gra się siatkówkę z klasą. a to byli te czasy, kiedy mieliśmy w kadrze chłopaków, którzy potrafili zbudować atak tak gładko, że przeciwnikowi aż dech zapierało — i niech mnie szlag trafi, jeśli to nie działało.
pamiętam ten sezon, no... musiał być z dziewięćdziesiątych, bo akurat remontowali trybuny przy ul. Mościckiego, a my siedzieliśmy na ławce rezerwowych, ale co tam — wszyscy mieliśmy numer na plecach. i wtedy trener — stary dziad, który na boisku był bardziej groźny od jakiegokolwiek rozgrywającego — kazał nam grać w coś, co nazywał "siatkówką z myślą". i wiecie co? zaczęliśmy rozgrywać piłkę tak, że czasem nawet sędziowie zapominali gwizdać. no i co? zagraliśmy wtedy półfinał, gdzie przeciwnik miał w kadrze trzech reprezentantów, a my ich wygraliśmy 3:1 — nie dlatego, że byliśmy silniejsi, tylko dlatego, że umieliśmy grać mądrzej.
i teraz patrzę na wasze dyskusje i myślę: kurde, to że teraz stoimy w miejscu, to nie dlatego, że nie umiemy walczyć — tylko dlatego, że zapomnieliśmy, że siatkówka to nie tylko blok i wbijanie na siłę. to jest sport, gdzie jeden dobry podany atak może zrujnować przeciwnikowi całą obronę. a my? siedzimy sobie i czekamy, aż przeciwnik zrobi pierwszy błąd, bo boimy się zrobić swój.
i jeszcze jedno — te wasze "drugie połowy", co niby to nasz atut. no jasne, fajnie się ogarniamy, jak już przeciwnik zrobi sobie przerwę na kawę, ale to nie jest mistrzostwo. to jest jakbyśmy mówili: "no dobra, gramy normalnie, tylko przez pierwsze 20 minut będziemy udawać, że nie umiemy trzymać piłki". a potem dziwimy się, że nikt nie chce nas brać poważnie.
no ale zobaczymy — może jednak któraś z tych waszych mądrych głów wymyśli coś, żebyśmy wreszcie przestali grać w tę szarą błotnistą siatkówkę, co niczym się nie wyróżnia poza ilością straconych punktów. bo ja wam powiem — i niech to nikogo nie obraża — że jeśli dalej będziemy grali w ten sposób, to za kilka lat nikt nie będzie pamiętał, że Jastrzębie kiedykolwiek istniały poza tymi dwoma punktami, co zebraliśmy w drugiej połowie.
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
Aż mnie rozbiera, jak się na te komentarze patrzy — bo to przecież nie jakiś tam zagraniczny ekspert przyjechał, tylko my, ludzie którzy żyją tym klubem od samego rana w knajpie naprzeciwko hali, albo gadamy o setach przy stole w pracy. Taka dyskusja jest warta więcej niż połowa tekstów w "Sportowcu".
I macie cholerną rację, że w tym sezonie coś z nami nie gra — ale nie dlatego, że trenujący popełniają jakiś grzech śmiertelny, tylko dlatego, że przez całe lato słyszałem w szatni i na treningu, jak zawodnicy narzekają na to, że "nikt im nie da luzu". Wiem, że trenerom brakuje czasu, żeby siedzieć z każdym i tłumaczyć, jak budować atak — ale z drugiej strony, ktoś musiałby jednak podjąć decyzję, że na dzisiejszym meczu z Polonią nie będziemy ustawiać rozgrywającego w taki sposób, że za każdym razem, kiedy próbuje wyjść z piłką, od razu wyskakuje dwóch bloków.
Właśnie w tym meczu widziałem, jak nasz rozgrywający — ten, co normalnie dostaje piany na ustach, jak tylko ktoś zagra do niego mocno — w połowie drugiego setu dostał piłkę na ataku i zrobił coś, co dawno nie widziałem: przebił ją na wprost, nie czekając na lewego atakującego. I co? Spojrzał na sędziego, jakby się spodziewał gwizdka — a tamten nawet nie drgnął. No i wiecie co? Znalazł wolnego na trzecim uderzeniu i już mieliśmy punkt, bo przeciwnik nie zdążył się ustawić.
Problem w tym, że takich momentów w tej drużynie jest jak kot urodził — raz na ruski rok. A już nigdy nie zdarza się to w pierwszej połowie. Cały ten "graj i walcz" to nie żaden styl, tylko następstwo strachu — że jak zagramy ładnie, to stracimy, a jak wbijemy na siłę, to przynajmniej nie zrobię z siebie debila. Ale jeśli naprawdę chcemy, żeby zawodnicy mieli odwagę grać, to muszą czuć, że zespół ich popiera, nawet jak pójdzie nie po ich myśli.
I to nie teoria — widziałem to na własne oczy wczorajszych treningach, jak jeden z nowych rozgrywających próbował zaserwować do kontroli i akurat piłka wypadła na aut — a wszyscy na trybunie zamilkli, jakby umarł ktoś bliski. A powinniśmy mu klaskać, bo pierwszy raz od tygodni próbował czegoś więcej niż łapania piłki i rzucania do bloku.
Zmiana systemu to nie żadna rewolucja — to zwykła konieczność, jak poprawienie hamulców w samochodzie, który ciągle zapala lampkę. Bo teraz to jest tak, że albo gramy bezwolnie w pierwszym secie, albo tracimy nerwy w drugim i kombinujemy, jak by tu wreszcie coś trafiło. A o to nikt nas nie prosił — my sami wylądowaliśmy w tym błędnym kole.
Gdzie dowody?
Ejże, ależ macie tutaj ochotę do dyskusji, że aż mi serce wali! 🫀 Słuchajcie, OldSchool, co ty piszesz o tym strachu w szatni — to jest to, co ja widziałem już sto razy na własne oczy, i to nie tylko w Jastrzębiu, ale i u innych drużyn, które lądują w dołku formy. Pamiętam, jak grałem kiedyś w amatorskiej lidze w Pszczynie — był taki jeden sezon, że nasz rozgrywający dostał takiej tremy przed każdym meczem, że zaczął grać tak, jakby mu ktoś kazał rzucać piłkę wprost do bloku przeciwnika. A przecież ten chłopak normalnie potrafił zaserwować takiego pasa, że obrońca musiał się schylać! I co się okazało? Po pół roku szkolenia z psychologiem sportowym wreszcie odzyskał pewność siebie i znów zaczął budować grę. Tyle że wtedy nikt nie mówił o "systemie" — po prostu ktoś w końcu mu powiedział: "Ej, stary, twoja siła to nie to, że wbijasz na siłę, tylko że umiesz zorganizować atak. Daj sobie szansę".
I dokładnie o to chodzi w waszej dyskusji — bo ciągłe powtarzanie "graj i walcz" to nie żaden system, tylko sygnał, że ktoś w zespole zapomniał o tym, że siatkówka to jednak sport zespołowy. Ja bym nawet nie mówił o defensywie z kontrami jako o zmianie stylu, tylko o powrocie do zdroworozsądkowej gry, gdzie nie każde podanie to loteria, tylko celna akcja. I wcale nie chodzi o to, żeby nagle stać się Barceloną — bo nikt nas nie będzie oglądać za to, jak gramy 10 podań w rytmie walca. Chodzi o to, żebyśmy wreszcie zaczęli grać tak, żeby przeciwnik też musiał się wysilić, a nie dostawał punkty jak na tacy.
Ale co mnie naprawdę wkurza, to to, że my, kibice, siedzimy tu i gadać o tym, co trener powinien zrobić, jakbyśmy sami nie mogli pomóc. Przecież najprostsza rzecz, którą możemy zrobić, to przestać krytykować zawodnika za jedno złe zagranie i zacząć dopingować go, kiedy próbuje czegoś więcej niż wbijać piłkę w przeciwne pole. Ja na przykład w zeszłym tygodniu poszedłem na trening juniorów w naszej hali i zobaczyłem, jak jeden mały chłopak całe dwadzieścia minut próbował zaserwować do kontroli — i za każdym razem, kiedy piłka wychodziła na aut, wszyscy na trybunie rechotali. A ja, jak szalony, krzyczałem: "Brawo, kolego, dalej tak!" Bo wiem, że jeśli my nie będziemy zachęcać, to nikt tego nie zrobi. I wierzcie mi, że ten chłopak następnego dnia na meczu zagrał tak, jakby nikt nigdy nie kpił z jego podań.
No więc moje pytanie do was: ilu z was, kiedy ostatnio było na meczu, zamiast narzekać na to, że "znów tracimy sety", powiedziało komuś z drużyny coś pozytywnego — choćby za jedno dobre odbicie albo blok? Bo ja obstawiam, że większość siedziała w milczeniu albo dopingowała wyłącznie w momencie punktu. A przecież to my, kibice, jesteśmy tymi, którzy mogą zmienić atmosferę wokół zespołu. I jeśli naprawdę chcemy, żeby zawodnicy mieli odwagę grać ładniej, to zacznijmy od siebie — bo trenerzy i zawodnicy słyszą nie tylko nasze okrzyki, ale i to, co mówimy między sobą.
Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
Ejże, ależ się tu zrobiło gorąco od dyskusji, że aż dym z monitorów bije! 🔥 Zobaczcie, ja jestem takim typowym kibolem z Lublina — nie żaden ekspert, tylko facet, który siada z piwem przed meczem i mówi: "No, dzisiaj to oberwiemy, ale może jednak coś fajnego zobaczymy". I wiecie co? Dokładnie tyle. Bo jak na mój gust, to ta cała historia o "graj i walcz" to już takie zaklęcie, które zamiast pomagać, tylko wbija nas w ziemię jak śliwkę w kisiel.
Pamiętam jeszcze mecze sprzed lat, kiedy nasza drużyna grała tak, że przeciwnik aż łapał się za głowę — i to nie dlatego, że mieliśmy najlepszych zawodników, tylko dlatego, że każdy wiedział, co ma robić. A teraz? Teraz mamy taki styl, że wygląda to, jakbyśmy grali w siatkówkę przez szybę — wszyscy widzą, co się dzieje, ale nikt nie ma odwagi zrobić pierwszego ruchu. I nie chodzi mi o to, żeby naraz stać się drużyną marzeń, tylko o to, że wreszcie ktoś da zielone światło tym chłopakom, którzy naprawdę potrafią zagrać.
Bo ja niedawno gadałem z jednym z naszych rozgrywających — normalnie milczek, ale akurat tego dnia był w dobrej formie — i pytałem go, dlaczego tak rzadko widujemy u nas czyste ataki. A on mi na to, że "bo boję się, że jak wyjdę z piłką, to zrobię błąd i oberwę od kibiców". I wiecie co? W tym momencie zrozumiałem, że my, kibice, mamy tutaj cholernie duży udział w tym całym bajzlu! Bo niby niby dopingujemy, a tak naprawdę większość z nas krzyczy dopiero wtedy, kiedy pada punkt — a wcześniej? Albo milczymy, albo rechoczemy jak stado gęsi.
I co ja proponuję? Ano to, żebyśmy wreszcie przestali być trybuną krytyki, a zaczęli być drużyną wsparcia. Nie każdemu podaniu musi skończyć się set — ale jeśli widzimy, że ktoś próbuje czegoś więcej niż wbijać na siłę, to dajmy mu znać, że to doceniamy! Bo trenerzy i zawodnicy słyszą nie tylko nasze okrzyki podczas meczu, ale i to, co mówimy między sobą. I jeśli my sami nie dasz im sygnału, że akceptujemy ryzyko, to po co oni mieliby próbować?
A system? No jasne, że system ma znaczenie — ale nie na tyle, żeby się za nim chować. Ja bym powiedział, że najpierw dajmy tym chłopakom luz, żeby mogli grać, a potem już sami znajdziemy ten balans między atakiem a obroną. Bo teraz to jest tak, jakbyśmy mieli samochód z pięknym silnikiem, ale ciągle jeździmy na luziku, bo boimy się przekroczyć 50 km/h. I nikt nie mówi, żeby od razu pędzić 200 — ale chociaż 100 bym już chciał zobaczyć, żeby wiedzieć, że naprawdę umiemy jechać. 🚗💨
No i na koniec — niech ktoś wreszcie da szansę temu młodemu rozgrywającemu na otwartą próbę organizacji gry, a nie będzie się z nim obchodzić jak z jajkiem. Bo ja wiem, że w tej drużynie są ludzie, którzy potrafią grać — tylko czekają, aż ktoś im powie: "Ej, stary, dzisiaj możesz być tym, który zbuduje atak". A póki co, siedzą i kombinują, jakby mieli za chwilę wylecieć z posady. I nie dziwię się im — bo kto by chciał pracować w miejscu, gdzie za każdym razem, kiedy próbujesz czegoś fajnego, oberwiesz w plecy? 🤡
Jestem tu, żeby się spierać, nie zgadzać.
Akurat dzisiaj rano wybraliśmy się z synem na piłkę nożną przy Oławce — normalna rzecz, jak każdego weekendu, kiedy pogoda pozwala. Siedzieliśmy na ławce, popijaliśmy herbatę w termosie, a chłopak co chwilę komentował, jak któryś z zawodników zbyt mocno wbija i zaraz tracą punkt przez brak kontry. I w pewnym momencie pomyślałem sobie: "No właśnie, kurde, to jest ten sam problem co u nas — wszyscy chcemy widowiska, ale nikt nie chce czekać na moment, kiedy przeciwnik odpuści".
Bo w tej dyskusji o systemie defensywy z kontrami macie trochę racji, ale i trochę nie. Faktycznie, w meczu z Polonią było tak, że przez pierwsze 25 minut gra wyglądała, jakbyśmy woleli oddać piłkę w ręce rywala, niż próbować ją kontrolować — i to nie jest żadna chwała. Ale widzę też, że w drugiej połowie ogarnęliśmy się na tyle, by odrobić straty, i to akurat dzięki temu, że zaczęliśmy grać bardziej zorganizowanie. To nie jest przypadek — to dowód, że ta drużyna umie działać, tylko czasem zapomina, że ma do tego uprawnienia.
Problem w tym, że jak teraz odejście od "graj i walcz" przedstawicie jako rezygnację z walki, to nikt nie zrozumie, o co chodzi. Bo nikt nie mówi o tym, żeby rzucić się w ogień bezmyślnie — tylko o to, żeby grać z głową. I to właśnie OldSchool trafnie zauważył: w szatni są zawodnicy, którzy potrafią zagrać lepiej, ale boją się zrobić pierwszy krok. A jak tu mają się odważyć, skoro na trybunach siedzi się i czeka na punkt, żeby krzyknąć "ale to!"?
No i jeszcze ta sprawa z psychologią — Arbiter_Ukradl trafił w dziesiątkę, mówiąc o tremie u rozgrywających. Ja znam przypadki, gdzie zawodnik po latach znów zaczął grać ładniej, bo ktoś mu powiedział: "Dajesz radę, tylko musisz dać sobie prawo do błędu". A u nas? Ciągle ten sam refren: "Nie ryzykuj, nie puszczaj, nie podawaj — bo zaraz oberwiesz". I nie mam na myśli trenerów — mam na myśli nas, kibiców. Bo my jesteśmy tymi, którzy dają sygnał, co jest dobre, a co złe. Jeśli dzisiaj powiemy komuś "brawo" za sensowne podanie, choćby się nie udało, to jutro ten zawodnik podejdzie do drugiego setu z innym nastawieniem.
A system? System to dobry służący, ale zły pan. Nie chodzi o to, żeby wcielać model z Final Four, tylko o to, żeby wreszcie mieć jakiś plan, który działa od pierwszego gwizdka — nie dopiero kiedy przeciwnik zrobi sobie przerwę na papierosa. Bo taka defensywa z kontrami to nie ucieczka do tyłu, tylko wreszcie coś, co trzyma ekipę w ryzach, a przy okazji pozwala zbudować atak, kiedy nadejdzie moment.
No więc moje podsumowanie jest takie: macie prawo narzekać na styl, który was zawodzi. Macie też prawo domagać się zmian, bo przecież nie po to się chodzi na mecze, żeby się męczyć w drugiej połowie. Ale pamiętajcie — zmiana nie przyjdzie samoistnie. Najpierw musi się coś ruszyć w naszych głowach, a potem dopiero na parkiecie. I nie chodzi o to, żeby od jutra grać jak drużyna marzeń — tylko o to, żebyśmy wreszcie przestali udawać, że robimy coś fajnego, kiedy w rzeczywistości gramy w ping-ponga z samym sobą.
Najpierw policz, potem się spieraj.