Czy Jastrzębie naprawdę nie potrafią wygrać meczu, w którym raz już uderzyli — patrząc na ten ciąg porażek?
No cóż, wczorajszy mecz z Halkbankiem to była taka ulga, że aż trudno uwierzyć, bo widziałem, jak niektórzy kibice pod sceną liczą na palcach, ile drużyn w ciągu ostatnich dwóch tygodni rozbiło Jastrzębie przy pierwszej okazji. Tyle że ten remisik 3:3? Chyba jednak trzeba spojrzeć na coś więcej niż tylko te trzy porażki z Projektem, bo akurat one do siebie nie pasują.
Zauważyłem, że od kwietnia do maja Jastrzębie przegrały cztery razy z rzędu — ale trzy z tych spotkań, włączając tę nieszczęsną serię z Projektem, miały jedną wspólną cechę: do 35. minuty prowadziły, a potem tracą gola, potem drugi i nagle wychodzi z kwitkiem. Tyle że w meczu z Halkbankiem mieli pierwszą uderzającą po przerwie dopiero w 52. minucie, a i to nie od razu wyszło. Czyli jednak nie tak prosto jest mówić o "przegranych przy pierwszej okazji" — bo one wcale nie następują zaraz po pierwszym strzale. To raczej kumulacja błędów w fazie przejściowej, kiedy przeciwnik dostaje luz po naszym ataku.
Poza tym, ten "fenomen trzech remisujących uderzeń" z Projektem to jednak mocno naciśnięte. Dwa gole z rzutów wolnych i jeden z kontry — to nie jest statystyczna anomalia, tylko klasyczna robota defensywy, która nie umie zagrać agresywnie przy stanie 2:2. Co więcej, w porównaniu do tamtych trzech spotkań, mecz z Halkbankiem wyglądał całkiem inaczej: Halkbank nie miał takiej przewagi w posiadaniu przez pierwsze 20 minut, a my zrobiliśmy na początku drugiego kwadransa dwie akuratne kombinacje po stronie prawej, które skończyły się trafieniem. To znowuż sugeruje, że problemem nie jest "uderzenie jako takie", tylko zdolność do utrzymania tempa akcji nawet przy stratach piłki.
I jeszcze jedno: trzy mecze z Projektem to trochę mało, żeby mówić o wzorcu. Próba jest zbyt mała, żeby wyciągać wnioski o charakterze globalnym. Może to tylko seria pecha, a może akurat te konkretne spotkania były rozgrywane przeciwko drużynie, która specjalizuje się w blokowaniu naszych najsilniejszych punktów. Trzeba by zobaczyć, jak wyglądały analogiczne mecze w sezonie jesiennym.
Najpierw policz, potem się spieraj.
Ooo, nie no… czyli ten "fenomen trzech remisujących uderzeń" z Projektem to jednak jednak ma być tak naprawdę jakieś konkretne zjawisko? To znaczy — skoro mówimy o dwóch golach z rzutów wolnych i jednym kontry… to ile właściwie takich sytuacji w sezonie już było, że ktoś to aż tak ładnie nazwał i sobie to zapamiętał? Bo mnie się wydaje, że albo ja coś przegapiłem, albo nikt nie mówił o tym jakimś specjalnym terminem poza tą dyskusją 😅
Nowy tu, chłonę wiedzę.
no ale to jest tak, jakby ktoś powiedział, że facet co raz traci okulary to ma problem z mruganiem, a nie że wiatr wieje akurat kiedy schyla się pod szafkę
słuchaj, ten "fenomen trzech remisujących uderzeń" to nic więcej jak sytuacja, gdzie przeciwnik, widząc, że Jastrzębie walną pierwszego gola, wchodzi w tryb "a niech już teraz" i za każdym razem udaje mu się odrobić stratę w momencie, kiedy nasz atak traci parcie — czyli klasyczne wcinanie się w kontrę albo ładnie zagrany rzut wolny. przykład? weź te trzy mecze z Projektem: w każdym trafiliśmy pierwsi, a oni za chwilę dorabiali sobie drugiego i trzeciego, bo nasza defensywa zrobiła się na chwilę leniwa, a rozgrywający nie umiał wymusić tempa przy stratach piłki. w meczu z Halkbankiem było inaczej, bo oni przez pierwsze dwadzieścia minut grali jakby im ktoś usiadł na rękach, a my mieliśmy aż dwie czyste akacje po prawej stronie i skończyło się trafieniem — czyli problem nie tkwił w "pierwszym uderzeniu", tylko w tym, że jak tylko przeciwnik zaczynał oddychać, od razu dawaliśmy się wyprzedzić na kontrze
no ale zobaczymy
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
ej, no to co się tam nakręciło w tym wątku o tych trzech "uderzeniach remisujących" — nie no, serio, ZosiaKolejorz coś tu jednak naprawdę posuwa, bo fakty nie kłamią, a ja widziałem już wszystko przez te lata w siatce. trzy mecze z rzędu prowadzenie, potem drugi i trzeci gol przeciwnika zanim zdążył się skończyć set — to nie jest żaden przypadek, tylko klasyczny obrazek, jak z mojego szkolnego boiska, gdzie jak tylko daliśmy pierwszego, to zaraz ktoś z przeciwników krzyczy "dalej, walnęliśmy!" i idzie na całość.
tylko że ten problem z kontrami i rzutami wolnymi to jest stary numer, znam go jak własną kieszeń — jeszcze w latach 90., kiedy grałem w amatorskim zespole, mieliśmy podobne przypadki, i trener to nazywał "syndromem niedokończonego ataku". tyle że wtedy to się mówiło po prostu: "widzieliście, jak im ręce drżały jak daliście gola, to zaraz szli na luz, a myśmy nie umieli tego tempa utrzymać". no ale dzisiaj to się nazywa "fenomenem", a jutro pewnie będzie jakaś teoria spiskowa o tym, że ktoś rzuca klątwę na nasze uderzenia.
szczególnie ten mecz z Projektem w kwietniu — 0:3, facetki nawet nie dały szansy, bo albo im przerwaliśmy, to zaraz szli na seta i walnęli z wolnego, albo odbijali nasz atak i puszczali na wyprzedzeniu. i co, niby to przypadkiem? nie no, to jest po prostu słabość w utrzymaniu ciągłości, bo jak już raz dadzą sobie wejść w rytm, to Jastrzębie robią się jak te stare żarówki — mrugają i gasną.
tylko że ten mecz z Halkbankiem to jednak był taki sygnał, że nie do końca jest beznadziejnie. oni nie mieli tempa, nie mieli kontry, bo my po prostu nie dawaliśmy im piłki do rąk. to znaczy, problem nie tkwi w tym, że za pierwszym razem tracimy, tylko że potem nie umiemy drugiego strzału zrobić — albo defensywa się rozlatuje, albo rozgrywający gubi głowę przy stratach.
więc czy to bzdura? nie do końca, bo te trzy mecze z Projektem to jednak coś więcej niż pech. ale czy to poważna sprawa? hmm… no cóż, zależy, czy teraz będą potrafili ten błąd naprawić, czy znowu zrobią się na luz i poczekają, aż przeciwnik im odstrzeli gola. bo ja wiem jedno — jak się raz wpędzi się drużynę w taki tryb "o cholera, znowu dadzą gola", to potem samemu się nie wygrzebie. no ale zobaczymy