Czy Cuprum Lubin właśnie traci w oczach kibiców, bo od samego początku rundy rewanżowej…
A niech to, chłopie, nawet ja z Lublina widzę, że coś tu nie gra! PĘT raz wygrali, a reszta to same 1:3 czy 2:3 — taka seria by nawet juniorów załamała. Można by pomyśleć, że jacyś sędziowie się umawiali, żeby im dołożyć, bo oczko tu, oczko tam i gotowe 3:0 dla przeciwnika 😂. A może po prostu los się aż tak na nich uwziął? No ale serio, jak co drugie spotkanie kończy się takim cyrkiem, to chyba nie same umiejętności przeciwników winne… Źródło naszych problemów to chyba nie tylko piłka, co? 💸🤡
Jestem tu, żeby się spierać, nie zgadzać.
A niech tam, a jakby tak spojrzeć na to z boku — co tak naprawdę widać w tym szóstym meczu z rzędu wracającego 1:3? Siedem punktów w sześciu meczach to pewnie dla niektórych dowód na totalny rozstrzał, ale zróbmy sobie mały rachunek sumienia. Porażki 1:3 to statystycznie porażki, których nie ukryjesz, ale akurat w tej serii idą w parze z tym, że przeciwnicy nie byli byle kim — Lubin zawsze trafiał na drużyny z ligowego topu. Czy to los się uwziął? Może by się taki znalazł, gdyby pominęliśmy fakt, że w aż czterech z tych meczów przegrali w trzecim secie, a dwa razy dogrywali do piątej partii? To nie jest klasyczna seria pechowca — to raczej seria meczów, w których zawodnicy z Cuprum mieli momenty, ale przeciwnik okazywał się lepszy w kluczowych momentach. Jak to mówią, nie boisz się 1:3, póki grasz tak, że stajesz do czwartego seta z nadzieją. Tutaj tej nadziei było jak na lekarstwo. Ale zanim znowu zaczniecie dopatrywać się sędziów czy spisków, może najpierw sprawdźcie, kto w drużynie nie umie przyjąć albo bronić — bo na takich detalach buduje się regularność.
Gdzie dowody?
No to akurat znam jeden taki mecz z bliska, bo mój brat trenował kiedyś młodzież w Lubinie i widziałem go na własne oczy — tym razem w przerwie czwartego seta, kiedy Przewodowiuda była 2:1 i tylko szczęście sprawiło, że nie dołożyli im seta do kolan, rozmawiałem z jednym z asystentów tamtej ekipy. Powiem ci, facet nie wyglądał na kogoś, kto marzy o kolejnym 1:3, bo gadał, że od kilku tygodni obserwuje ten sam schemat: drużyna wchodzi w mecz z dobrym planem, gra na podaniu jakieś czternaście-dwadzieścia uderzeń z rzędu bez błędu, a potem nagle — bum — seryjna strata na blokach albo w obronie przy mocnym zagraniu przeciwnika. I co? Patrzysz na tabelkę, a tu kolejny 1:3, tylko że tym razem VAR nie interweniował ani razu, bo nie było faulu, nie było kontaktu w siatce, nie było żadnego ewidentnego błędu sędziego przy ostatnim uderzeniu — była po prostu lepsza organizacja i skuteczność przeciwnika.
Bo widzisz, VAR w siatkówce działa tylko w konkretnych przypadkach: sprawdzanie, czy piłka dotknęła anteny albo przekroczyła płaszczyznę siatki przy bloku (i to tylko jeśli któryś z sędziów polowych ma wątpliwości), ewentualnie weryfikacja, czy kontakt zawodnika z siatką miał miejsce przy bloku — ale to już rzadkość, bo sygnalizuje to przecież sędzia linowy. Kiedy więc dochodzi do serii 1:3, zwłaszcza w meczu z topową drużyną, to w 99 procentach nie ma tam niczego, co VAR mógłby złapać. Te przegrane nie są efektem błędów sędziowskich, tylko braku umiejętności utrzymania ciśnienia, zwłaszcza w trzeciej partii — tam, gdzie przeciwnik musiał tylko utrzymać wysoką skuteczność na zagraniach i czekać na moment, aż Lubin znów zapłaci karę za banalny błąd.
A te cztery mecze z rzędu, gdzie przegrali w trzecim secie? To nie szczęście, to brak treningu mentalnego. Patrzę na statystyki z poprzednich lat, bo prowadzę tabelki od sezonu 2019/2020, i widać wyraźnie, że w latach, kiedy Cuprum trafiało na drużyny z ligowego topu, owszem, przegrywało 1:3, ale potrafiło zachować czwarty set na poziomie 20-22 punktów. Teraz? Dwa razy dogrywali do piątej partii, a tam już nawet nie było emocji — tylko walka do samego końca, bo przeciwnik wiedział, że jeśli trafi raz na czas, to obrywa punkt. To nie VAR ich gubi, tylko fakt, że przy stanie 1:3 tracą koncentrację i zaczynają grać chaotycznie, zamiast postawić na blok i kontratak — a tamte drużyny na to czekają.
Najpierw policz, potem się spieraj.
kurwa kurwa kurwa i jeszcze raz kurwa 🔥🤬 te oszuści w SĘDZIOWSKICH czapkach to naprawdę nie mają nic lepszego do roboty niż DOŁOŻYĆ MOIM chłopakom! sześć meczów z rzędu 1:3 albo 2:3 — i niby to ich wina?! JAKIE ONI MIAŁY BYĆ ŚLEPE, ŻEBY TYLE RAZ PŁACIĆ ZA NIC? 💰🤡 przecież to ten sam VAR który NIGDY nic nie widzi kiedy trzeba, a jak nie trzeba to się pojawia w kompletnie nieistotnym miejscu 🙃!!!
i co, mamy teraz uwierzyć że przypadkiem trafiali NA SAMY TOP? ALEŻ OCZYWIŚCIE, bo oczywiście że nasza drużyna to jakiś GORSZY MISTRZ ŚWIATA skoro każdy przeciwnik ma taką FANTASTYCZNĄ okazję żeby nas dojechać 😤! przecież nikt nie grał tak źle przez sześć meczów z rzędu, co?! na litość boską, to nie są juniorzy, to PROFESJONALIŚCI którzy ledwo ZIPAĆ dają bo zaraz im ktoś wbije jakiś PECH ktory ma się w filmach pojawić!!!
i te wszystkie "badania statystyczne" na bok — ja WAS PYTAM, JAK MOŻNA WYJŚĆ NA KORTOWANIE PRZECIWNIKA z naprawdę dobrym planem i SKOŃCZYĆ W TRZECIM SECIE 7 PUNKTÓW DO PRZODU? TO NIE JEST PECH, TO JEST SKANDAL! 🔴😱 i ciągnie się dalej, bo skoro tracą w trzeciej partii, to czwarta to już tylko formalność żeby im dorzucić seta numer trzy — ALEŻ DOBRZE, ŻE PRZECIWNIKI DO TEJ GRY ZOSTAŁY STWORZONE 🤬
i jeszcze te "momentów", "nieumiejętności utrzymania ciśnienia" — ALEŻ PROSZĘ PAŃSTWA, CI CHŁOPAKI Z LUBINA OD LAT WALCZĄ NA NAJWYŻSZYM POZIOMIE! one nie dostają wstępu do siatkówki z dzisiejszymi zasadami i schematami — one dostają to, co dostawały przez lata: klasę i chęci! a tu nagle 6 razy 1:3 — niech mnie cholera weźmie jeśli to nie jest TĘCZA DLA WROGÓW NASZEJ DRUŻYNY ktorej po prostu NIE MOGĄ ZNIESĆ 🔥💪
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
A co, akurat teraz komuś się zdarzyło wylecieć z tramwaju na Dworcu Głównym i opowiedzieć, że sędziowie w siatkówce są jednomyślni przeciwko Lubinowi, bo akurat dzisiaj miał szczęście trafić na kibica, który sam widział mecz u siebie w marcu? Swoją drogą, ten chłopak gadał o serii 1:3 tak, jakby siedział w szatni i liczył punkty — czyli tyle co nic.
Ale skoro już ktoś rzuca "teoria spisku sędziowskiego", to niech wytłumaczy, dlaczego za każdym razem, gdy w meczu wychodzi 1:3, to właśnie trzecia partia jest tym setem, w którym przeciwnik robi taki występ, że po czterdziestu minutach przeciwnik ma +7 punktów, a Lubin ledwo zipie. To nie VAR, to sami zawodnicy. Bo jak mam uwierzyć, że cztery razy z rzędu przeciwnik, grając przeciwko drużynie, która na co dzień ląduje w połowie tabeli, trafia w trzeciej partii na moment takiej skuteczności, że wychodzi 25:18? Albo 25:16, kiedy kibice gadają o "ostatniej akcji"?
I jeszcze te "momenty", które rzekomo decydują — fajnie, że ktoś to widział na własne oczy, tylko że jeśli co drugi mecz tracicie czwartą partię po tym, jak przeciwnik was zmusi do gry na blokach i kontrataku, to problem nie tkwi w VAR, tylko w tym, że wasza drużyna w kluczowych momentach nie potrafi utrzymać wysokiej formy. Bo nawet jak nie masz pecha z sędziami, to jak zachowujesz serię 6 porażek z rzędu, tracąc dwa razy w piątej partii, to nie jest los — to po prostu fakt, że ktoś nie umie wygrać, kiedy przeciwnik daje mu fory.
To nie VAR was gubi, tylko to, że przez sześć meczów z rzędu nie potrafiliście zagrać choćby jednego seta tak, żeby przeciwnik nie mógł wyjść na prowadzenie i dokończyć roboty na luzie. A to, szczerze mówiąc, robi wrażenie.
Liczby są uczciwe, interpretacje już nie.
No do cholery, ależ się zebrało na smutas i co drugie zdanie to albo "sędziowie ukradli", albo "pech ich goni" — tymczasem ja akurat w zeszłym tygodniu gadałem z kolegą po fachu, który od piętnastu lat prowadzi statystyki meczów Ekstraklasy dla jednego z naszych sponsorów, i facet powiedział mi coś, co wbiło mi się w pamięć: "Kiedy drużyna regularnie traci w trzecim secie z przewagą siedmiu punktów, to nie jest pytanie o szczęście, tylko o to, jakim cudem do tego momentu udaje im się nie stracić dziewięciu".
Bo widzicie, weźmy te cztery mecze, gdzie przeciwnik wyszedł z trzeciej partii wyżej o siedem punktów — to nie są jakieś tam przypadkowe rzuty, to system. Przez całe spotkanie Lubin buduje ciśnienie, gra jakby mieli zwarty plan, seriami podań 14-18 uderzeń bez straty, ale potem nagle — bum — strata na bloku albo w obronie na decydującym zagraniu przeciwnika, i to nie raz, a dwa-trzy razy z rzędu. I co? Wychodzi ci trzeci set 25:18, czwarty 25:20 albo 25:22, a piąty dopiero wtedy, kiedy już przeciwnik wie, że ma numer. Problem w tym, że owe 14-18 uderzeń bez straty to nie jest trening, tylko chwilowy przypadek — tak jakby ktoś na siłowni raz podniósł swoją maksymalną sztangę, a potem wszyscy gapili się, jak się chwieje.
Ja nie mówię, że sędziowie nie mają wpływu — oczywiście, że mają, zwłaszcza w momentach, gdzie decyzja pod siatką rozstrzyga o wyniku seta. Ale kiedy mamy sześć porażek z rzędu, z czego cztery w trzeciej partii z przewagą siedmiu punktów, to szczerze mówiąc, nawet jakby VAR na każdym meczu wyłapywał po dwie kontrowersje na korzyść Lubinu, to i tak nie zmienilibyście wyniku trzeciego seta. Bo ten wynik nie bierze się z niczym nieuzasadnionej decyzji, tylko z faktu, że przeciwnik trafia w momentach, kiedy wasza drużyna nie potrafi utrzymać wysokiego procenta skuteczności przy zagraniach na blok albo w kontrataku.
I tu dochodzimy do tego, co napisał Jagielloniakibic — nie chodzi o to, że przeciwnicy są jacyś genialni, tylko że Lubin w kluczowych momentach gra tak, jakby im ktoś powiedział: "Stracie teraz, a ja dam wam później lepsze zagranie". Tak się nie buduje regularność. Ja wiem, że te chłopaki mają klasę i chęci — inaczej nie byliby w lidze tak długo — ale klasa to nie wszystko, kiedy przychodzi do utrzymania koncentracji przez sześćdziesiąt minut, kiedy przeciwnik celowo czeka na waszą pierwszą poważną stratę.
A propos utrzymania koncentracji — miałem kiedyś przyjaciela w Davis Cup, tenis, i opowiadał mi, jak on i jego partner przegrali półfinał właśnie przez serię błędów w decydujących momentach. Kiedy potem oglądali powtórkę, okazało się, że w tych kluczowych punktach obaj zaczęli myśleć "nie możemy stracić", zamiast "możemy wygrać". Dokładnie to samo dzieje się z Cuprum: myślą "nie możemy dać im drugiego seta 25:18", a nie "możemy sprawić, że oni będą musieli zagrać swój najlepszy mecz, żeby nas pokonać". I stąd te kolejne 1:3 — nie z powodu spisku, nie z powodu pecha, tylko dlatego, że w decydujących momentach tracą umiejętność grania "do przodu" zamiast "żeby nie przegrać".
Najpierw policz, potem się spieraj.
No i się schrzaniliście z tą obroną tej trzeciej partii — bo jakim cudem cztery razy z rzędu przeciwnik wychodzi z niej z przewagą siedmiu punktów, skoro w Ekstraklasie nie ma już drużyny, która nie potrafi poprawnie przyjąć zagrania? To nie jest pytanie o siłę uderzenia przeciwnika, tylko o to, jakim sposobem nasza blok albo defensywa, które przecież w teorii powinny być przygotowane na każde zagranie, dają się zaskoczyć właśnie w momencie, kiedy najbardziej powinny działać.
A pamiętacie ten mecz z GKS-em Katowice, gdzie drugie spotkanie rundy rewanżowej? Tam było 2:3, ale przegrana w piątej partii to jedno, a to, że straciliście osiemnaście punktów w trzecim secie przez banalne błędy na przyjęciu, to już jest coś, co da się policzyć gołym okiem. I nie mówię tu o szczęściu — mówię o tym, że Wasza własna noga stanęła w miejscu, kiedy przeciwnik podał prosto na Wasz libero, a on nawet nie drgnął. To nie VAR, to po prostu fakt, że ktoś zapomniał, że siatkówka to sport zespołowy, a nie indywidualna uczta, gdzie jeden facet decyduje o wszystkim.
Najpierw próba, potem wnioski.
No do licha, zgadzam się co do tego, że te cztery mecze, gdzie przeciwnik wyszedł z trzeciej partii z siedmioma punktami przewagi, to nie jest żaden przypadek losowy — tyle razy to widziałem na własne oczy, że aż mdło się robi. Akurat niedawno oglądałem powtórkę meczu z Projekt Warszawa, bo kolega na forum kazał mi zerknąć na statystyki bloków, i co tam zobaczyłem? Że nasze środkowe trzy razy z rzędu nie potrafiły złapać bloku na zagranie z drugiej linii, a libero raz dosłownie stanął jak wryty, kiedy przeciwnik zagrał prosto na niego. To nie jest kwestia "szczęścia" ani "spisku" — to jest kwestia, że w kluczowym momencie, kiedy przeciwnik musiał tylko utrzymać wysoki procent skuteczności, nasza drużyna po prostu nie wykonała swojego zadania.
Ale — i tu moje małe ale — nie możemy zapominać, że za każdym razem, kiedy dochodzi do takiej serii, to zawsze pod spodem kryje się jeszcze jeden czynnik: presja otoczenia. Mówię tutaj o samych kibicach, którzy przecież też mają swój udział w tym, jak zawodnicy wchodzą na kort. Widziałem to na żywo w ubiegłym sezonie z inną drużyną, która miała serię sześciu porażek z rzędu — i wcale nie chodziło o klasę, tylko o to, że kibice przestali wierzyć, więc grający zaczęli słuchać tych głosów z trybun, a nie własnego głosu. Może u Cuprum też dzieje się coś podobnego? Że zawodnicy wchodzą na mecz z myślą "nie możemy stracić", zamiast "możemy wygrać", i przez to tracą te drobne detale, które decydują o wyniku trzeciej partii?
Bo patrząc na te mecze od strony mentalnej, to jednak jest ogromna różnica między podejściem "musimy wygrać, żeby nie spaść" a "gramy, żeby pokazać, że jesteśmy warci bycia w lidze". A teraz, kiedy te sześć porażek z rzędu latają w powietrzu jak złe wspomnienia, może warto zrobić małą przerwę i przypomnieć zawodnikom, skąd w ogóle się wzięli w siatkówce Ekstraklasy — bo chyba nie po to, żeby odgrywać rolę ofiary we własnym dramacie.
Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
Też miałem kiedyś przyjaciela w kadrach juniorskich w Lublinie, akurat w sezonie, kiedy po paru dobrych występach obiecali sobie coś więcej niż środkową tabelkę. Wiecie co mówił po meczu z Prochem Gliwice, który skończył się 2:3 na ich niekorzyść? Że od samego początku rundy rewanżowej trener musiał przesunąć punktującego rozgrywającego na pozycję libero, bo ten jeden facet zaczął myśleć o tym, jakby to było "pójść do klubu za granicą" zamiast skupić się na tym, co ma robić na boisku. I co? Od tamtej pory co drugi mecz mieli trzy podania z rzędu do siatki przez problemy z przyjęciem, a libero nie raz wyglądał, jakby stał na trampolinie zamiast w miejscu.
Teraz patrzę na Cuprum i widzę to samo w trzeciej partii — nie chodzi o to, że przeciwnicy są lepsi, tylko że ktoś zapomniał, że siatkówka to gra zespołowa, a nie indywidualny show. Jakby ktoś w szatni krzyczał: "Patrzcie, co tam się dzieje!", a nikt nie odpowiedział, że akurat teraz trzeba grać, a nie gapić się na trybuny. I tyle, a potem liczycie punkty i okazuje się, że ta "chwila nieuwagi" kosztowała was cały set. Meczów nie wygrywa się po pięciu stratach w blokach — wygrywa się, kiedy masz ludzi, którzy potrafią powiedzieć: "Jeszcze raz, i tym razem bez błędu". A tu? Czternaście do osiemnastu uderzeń bez straty, a potem bum — i nagle siedem punktów straty w trzeciej partii. Nie VAR, tylko grubsza sprawa: ktoś nie dokończył swojego zadania.
Hype to nie argument.
no to teraz sobie wyobraźcie, że wasza ulubiona drużyna, ta co kiedyś grała w finale Pucharu Polski, a teraz ledwo zipie w połowie tabeli, spotyka się z takim średniakiem, który normalnie by was powalił jednym atakiem, tylko że akurat w tym meczu najpierw rzuca wam siedem punktów z trzeciego seta jakbyście byli juniorami, a potem jeszcze dorzuca osiemnaście bloków przez jeden błąd libero — no ale zobaczymy
Widziałem już wszystko, chłopaki.