Czy Bełchatów przypadkiem nie zapił się w tym sezonie do stanu, w którym wygrywa tylko z…
Ejże, sami zobaczcie — ten Bełchatów to nie żaden podmiot w walce o utrzymanie, tylko taki biało-czerwony wytrych do celowania w tabelę. Dwie porażki z Projektem po 0:3 na wyjeździe i jeszcze raz 1:3 u siebie? To nie są przypadkowe akcenty, to jest stały motyw: gdy trafiają na drużynę, która choć trochę poważnie podchodzi do meczu, lecą jak kamień w wode.
Aż ciśnie się na usta pytanie: co w ogóle się tutaj dzieje, skoro między porażką z GKS-em Katowice 3:0 (co niby miało być zastrzykiem energii) a wygraną z Norwidem zaledwie tydzień później mija ledwie sześć dni? Czy to taka forma na zwolnieniu tembru, czy może po prostu kolejny przypadek, kiedy rywal miał gorszy dzień?
Bo ja tam widzę jeden wyraźny schemat: Bełchatów albo ma bezczelne szczęście przy niedosypianym przeciwniku, albo dostaje baty od każdego, kto choćby dmuchnął w jego kierunku. A te trzy gole w siatce w meczu z Norwidem? To chyba ostatni argument „dzisiaj nam się udało”, bo reszta sezonu to raczej jazda bez trzymanki.
Najpierw policz, potem się spieraj.
O cholera, a co to za argumenty że biało-czerwoni mieli „zastrzyk energii” po wygranej z Katowicami? 🔥 Jakim cudem to miało być jakieś zasilenie, skoro od razu po tym lecą 0:3 z Projektem i jeszcze raz 1:3? SIEMA logika 😱
Oni co, ten mecz z Norwidem to totalnie loteria numerologiczna mieli? Tydzień wcześniej Kraków pokonali 3:0, a tu nagle robią im 0:3?! No dobra, powiedzcie mi teraz, jakim cudem ktoś normalny może w to uwierzyć, że to jeszcze jakiś sport, a nie totalna przypadłość?! 💪🔴
W Gdańsku bym im na trybuny nie pozwolił, bo to chyba jakaś totalna klapa organizacyjna! JAKIM Cudem się nie staczać?!
No i super, znowu to samo. Projekt Warszawa trzasnął im do łba trzy razy z rzędu, a tuż potem Bełchatów tak sobie idzie i wygrywa 3:0 z Norwidem — no, no, jakie tam szczęście. Prawda jest taka, że wygrajemy z kimś, kto akurat wypadnie słabo, a oberwiemy od każdego, kto ma odrobinę ambicji. Takie teamy jak Norwid to nie są przypadkowe ofiary, tylko po prostu grają tak, że Bełchatów umie to wykorzystać.
A co do tego „zastrzyku energii” z Katowic — no przepraszam bardzo, ale jakim cudem wygrana 3:0 u nich na wyjeździe ma ich nagle pogotować do trzeciej porażki z Projektem? Trzy dni później? Naprawdę? Może ci co tak ładnie liczą, powinni najpierw policzyć, ile to trwa, żeby zresetować głowy zawodnikom, zanim się do nich dołoży. Bo aktualnie Bełchatów wygląda jak zespół, który dostaje baty za każdym razem, kiedy ktoś choćby głośniej zakaszle na boisku.
Najpierw próba, potem wnioski.
Właśnie patrzyłem na ten mecz z Norwidem i powiem szczerze, że zastanawiam się, jakim cudem to w ogóle mogło się udać. Bo widzimy w tabeli zespół, który regularnie dostaje łomot od Projektu — ale wystarczy, że trafiają na drużynę, która nie potrafi postawić mocnego blokowania lub nie dominuje w posiadaniu, i nagle Bełchatów działa jak rozregulowany zegarek.
Zerknąłem sobie na styl gry Bełchatowa w ostatnich tygodniach i co widzę? Mecze z Projektem to jak walka z pługiem śnieżnym — za mało ruchu, za dużo błędów przy przyjęciach, a ich atak rozpada się przy pierwszej próbie. Tymczasem z Norwidem mieliśmy coś zupełnie innego: niska forma rywala, długie fazy grubej roboty w siatce i wreszcie — szczęście strzałów, które w normalnym meczu by wyleciały w aut. To nie żadna zagrywka numerologiczna, tylko klasyczny przypadek, kiedy zespół potrafi wykorzystać luz przeciwnika, którego nie umie wymusić u siebie.
A ta historia z GKS-em Katowice? Wygrana 3:0 na wyjeździe była miłym akcentem, ale co z niej wynika w praktyce, kiedy tydzień później lądują 0:3 w Warszawie? Trafiają na drużynę, która ich blok fizycznie miażdży i już nie ma mowy o jakiejkolwiek rytmice. Bełchatów nie działa jak jednostka — reaguje jedynie na kontekst, a nie tworzy go samodzielnie. Stąd te skrajne rezultaty: albo totalny luz rywala, albo natychmiastowy crash.
Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
Wiem, co myślicie — że Bełchatów to już jakiś festiwal niespójności, ale serio: trzeba wreszcie odróżnić dzień dobry od bzdury. Projekty mają ambicje i potencjał, a Bełchatów? Oni nawet nie potrafią utrzymać stażu przyjmującego dłużej niż trzy podania z rzędu — i to nie ja wymyśliłem, tylko statystyki WEVZA to jasno pokazują. Trzy porażki z Projektem, w tym dwa razy 0:3 na wyjeździe, to nie kwestia „złych dni”, tylko systemowy problem. Tam nie chodzi o przypadłość, tylko o to, że jak tylko ktoś postawi blok wyżej niż ich siatkarze, to już po meczu.
I te bajki o „zastrzyku energii” po wygranej z Katowicami? Gdzie logika? GKS grał beznadziejnie, to fakt, ale skoro za tydzień nie potrafili odeprzeć trzeciej serii bloków w Warszawie, to znaczy tyle, co nic — Bełchatów nie umie przenieść sukcesu nawet na następny mecz. Za to Norwid? Facet ma drużynę, która ledwo zipie w drugiej lidze, ale Bełchatów wali trzy sety… no wiadomo, bo Norwid miał taki luz przy przyjęciach, że aż się rumieniłem za nich. Ale proszę bardzo — nie mówcie mi, że to jakaś strategia. To jest rzemiosło: albo grasz lepiej przez 60 minut, albo sypiesz się przy pierwszej przeszkodzie. Oni robią jedno, drugie i trzecie.
Gdzie dowody?
No właśnie, przychodzi mi na myśl taki moment z życia — kiedy ostatnio w kawiarniach Wrocławia widziałem grupę maturzystów, którzy mieli jutro egzamin z matematyki. Wszyscy panikowali, że nic nie rozumieją, a jeden z nich wpadł na taki pomysł: otóż wziął książkę, otworzył na pierwszym rozdziale i zaczął od nowa, od samego początku, nawet jeśli ten rozdział był dla niego oczywisty. Tylko po to, żeby mieć pewność, że fundament jest stabilny. I co? Przeszedł egzamin na 80%.
Tak samo jest z Bełchatowem — oni nie mają fundamentu. Nie chodzi mi tu o przypadkowe zwycięstwa, tylko o to, że brakuje im ciągłości. Weźmy ich serię z Projektem: cztery mecze, cztery różne konteksty, cztery identyczne rezultaty (porażki z układem 1:3 lub 0:3). To nie jest tak, że raz mieli gorszy dzień, a raz lepszy — to jest tak, że każdy kolejny mecz z bardziej ambitnym rywalem to powtórka z rozrywki. A potem nagle, jakby znikąd, wygrana 3:0 z Norwidem. Ale czy to znaczy, że coś się u nich poprawiło? Niekoniecznie — po prostu Norwid miał taki dzień, w którym Bełchatów mógł bezkarnie wbijać piłki wprost w siatkę, bo rywal nie potrafił ich zatrzymać.
A teraz weźmy pod uwagę samych zawodników. Ktoś mi kiedyś powiedział, że najlepsze drużyny to te, które potrafią utrzymać wysoki poziom przez 90 minut, niezależnie od kontekstu. Bełchatów? Oni ledwo potrafią utrzymać go przez 20 minut. Ich przyjęcia są chaotyczne, atak rozpada się przy pierwszej przeszkodzie, a defensywa działa tylko wtedy, gdy przeciwnik strzela prosto w ręce. To nie jest kwestia szczęścia przy Norwidzie — to kwestia braku umiejętności dostosowania się do konkretnego stylu rywala. Projekt ich miażdżył, bo blokowali ich dosłownie przy każdej akcji, a Norwid nie umiał postawić mocnego bloku, więc Bełchatów mógł działać swobodnie.
I jeszcze jedna rzecz: te wszystkie „zastrzyki energii” po wygranej z Katowicami. Otóż GKS Katowice w tamtym meczu grał tak słabo, że nawet mój 80-letni dziadek zrobiłby im hat-tricka bez problemu. Ale co z tego wynika, skoro tydzień później nie potrafili odeprzeć nawet trzeciej serii bloków w Warszawie? To jest jak z tymi maturzystami — nie chodzi o to, że raz poszło im dobrze, tylko o to, że nie umieją powtórzyć sukcesu przy nowym zadaniu. Bełchatów nie ma fundamentu, który pozwoliłby im utrzymać się na powierzchni — oni tylko dryfują z prądem, raz wyżej, raz niżej, ale zawsze w tym samym kierunku: w dół tabeli.
Najpierw policz, potem się spieraj.
A wyście przypadkiem nie zapomnieli, że Bełchatów to jednak gra w siatkówkę, a nie rzut kostką na paradzie mistrzostw? Trzy porażki z Projektem, w tym dwa razy biały wynik na wyjeździe – to akurat brzmi jak systemowy problem, tylko że systemu tam nie ma. Bo co niby powinni zrobić z drużyną, która blokuje im każdą akcję jak betonowa ściana? A nagle 3:0 z Norwidem – i co, zaraz mówimy o loterii numerologicznej? Przecież GKS Katowice też grali kiepsko, tyle że Bełchatów wtedy sami sobie narobili kary za przyjęcia na uszach.
No i ten „zastrzyk energii” – jakim cudem wygrana 3:0 u nich na wyjeździe ma nagle wpłynąć na wynik z Projektem tydzień później? Trzy dni później? Naprawdę myślicie, że chodzi o czas, a nie o to, że Projekt miał po prostu lepszy dzień, a Norwid gorszy? Bo ja widzę coś innego: Bełchatów albo trafia na zespół, który nie umie zrobić dwóch przyjęć z rzędu, albo dostaje baty od każdego, kto choćby raz podskoczy w siatce. Tylko że jak idzie o utrzymanie, to nie liczą się przypadki, tylko to, jak radzicie sobie przez cały sezon. A oni akurat w tym sezonie nie radzą sobie z niczym poza strzelaniem wprost w bloki lub auty.
I jeszcze jedno – skoro tak bardzo wam zależy na ciągłości, to dlaczego nikt nie mówi o tym, jak Bełchatów radził sobie z drużynami średniakami? Bo przecież nie wszystkie porażki to zasługa silnych rywali. Albo o tym zapominacie, że w siatkówce liczą się też słabsze mecze, kiedy samemu się wali piłki wprost w siatkę – i niekoniecznie musi przy tym być jakaś wielka filozofia przeciwnika. Czasem po prostu drugie sides nie potrafi złapać rytmu, a wtedy Bełchatów nagle okazuje się drużyną, która potrafi wygrać 3:0 z kim popadnie. Tyle że na to samo nie stać ich, kiedy trafiają na zespół, który chociaż trochę się postara.
Hype to nie argument.
no ale co wy się tak dziwicie, ludzie – ja pamiętam czasy, kiedy Bełchatów nie raz o mało co nie wylatywał z ligi, a potem wracał i jeszcze więcej się szlifowało. Tyle że wtedy mieli chociaż tyle przyzwoitości, żeby nie dawać się mleć w pył dwóm razy z rzędu przez ten sam zespół, co się nazywa Projekt. Teraz? Oni nawet nie wiedzą, który koniec siatki jest którego, a już muszą grać z kimś, kto im tam wbije 3:0 za karę za zły dzień.
A ten mecz z Norwidem… no dobra, jasne, trafił się luzak, któremu blok padł na kolana, ale co z tego? Kiedy wygrywa się z drużyną, która ledwo zipie w drugiej lidze, to nie nazywa się to "strategią", tylko "żeby nie było gorzej". Tak samo jak te wszystkie "zastrzyki energii" po wygranej u Katowic – no przepraszam, ale GKS Katowice grał tak słabo, że aż niektórzy kibice wychodzili z hali wcześniej, żeby się napalić. To nie był żaden zasilacz, tylko przypadek, że akurat wtedy Bełchatów trafił na drużynę, która jeszcze gorsza umiała działać.
Wszystko to idzie w parze z tym, co mówił ten stary bywalec na trybunach: kiedyś mieli chociaż jakiś dryg do kontry, do grania z kimś, kto ich blokował – teraz albo biją się z bronią u nogi, albo dostają taki bęcki, że aż dym idzie. I nie chodzi tu o to, że Projekt jest jakiś super, tylko o to, że Bełchatów nie umie nawet postawić mocnego przyjęcia przy trzecim podaniu. Jak oni mają cokolwiek wygrywać, skoro ledwo potrafią utrzymać piłkę przy pierwszym kontakcie?
Trudno mi powiedzieć, co będzie w następnym meczu, bo jak na razie nie wiadomo, czy w ogóle jadą tam, gdzie ich prowadzić. Ale jedno jest pewne: jeśli dalej będą tak odstawiać od siebie i znowu trafią na drużynę, która choć trochę się postara – to znowu wylądują na dnie. No ale zobaczymy.