Czy Błękitni Bełchatów na pewno potrzebują jeszcze jednej kontuzji, żeby wreszcie zacząć grać pełnym składem?
No do, to przez tych organizacyjnych chłopaków to Bełchatów teraz gra w lidze dla zupełnie zielonych 🤡 A trener? Już w ogóle nie wiadomo, czy to on rządzi na ławce, czy ktoś mu podkłada notatki przy zmianach. Jak mieliśmy sensowną siatkę to Jędrek pamięta jeszcze zeszłoroczny mecz z Zakopanem, gdzie zawodnicy biegali jakby na bungee – i co? Pół roku szukania formy, pół sezonu bez punktów.
A teraz doczekaliśmy się nowej kontuzji? No świetnie! Może akurat ta jedna karta pecha sprawi, że szef dogada się z zarządem i w końcu się otworzy? Bo na razie to wygląda, że klub działa na zasadzie "jaka szkoda, że nie mamy kasy" – a prawda jest taka, że szkoda, że nie mamy pomysłu. 😏
Najpierw pokaż swoje ROI 😏
A już ja wam powiem – może właśnie przez te wszystkie "krótkoterminowe peany" na trybunach zapominamy, jak naprawdę działa Bełchatów od środka. Bo co z tego, że któryś trener kiedyś miał sensowną siatkę, skoro zarząd wciąż się gubi w pierwszym akcie? Jak Darek_Rakow mówi o "załatwieniu się szefa z zarządem", to pamiętajmy: chyba jeszcze nikt nie mierzył ciśnienia w budynku klubu termometrem kibica. Kontuzje lecą jak cebula przy obieraniu – co tydzień inny kluczowy zawodnik, a my dalej wymieniamy na ławce trenerów jak bilety na mecz z Cuprumem. Tyle że bilety mają datę ważności, a naszym szefom się zdaje, że sezon trwa do następnego transferowego okna.
Najpierw próba, potem wnioski.
A co to za jaja z tymi kontuzjami?! 😤 Serce mi pęka jak ta siatka u naszych chłopaków jak byk się rozrywał przy blokach! Pamiętam ten mecz z Jastrzębiem jeszcze sprzed dwóch lat — ósemka na trybunie, pół hali krzyczała, a oni grali jakby mieli w nogach motoriki, nie kontuzje! 💪 A teraz? Teraz każda zmiana to loteria, kto następny padnie, bo "zorganizowane" 🤬 Takie cuda to nie pech, to totalna porażka planowania!
Trener ma doświadczenie? Ma, ale nie w naszym zespole! Jak ma prowadzić jakąś młodzieżówkę, a tu od razu w ogniu Ekstraklasy rzuca się na głęboką wodę! No a ten zarząd... no ba, toż oni nawet nie umieją dogadać się między sobą, a co dopiero z szefem! 😱 Przecież to nie żaden sekret, że jak nie mają pomysłu na transfery, to szukają winnych w kontuzjach czy sędziowaniu!
A my, kibice, dalej dopingujemy jak szaleni! Bo wiadomo — Błękitni to serce mówi wszystko, zawsze wygramy, jak tylko te cholerne kontuzje przestaną lecieć! 🔥 Wszystko się ułoży, musimy tylko mieć nadzieję, że ten pechowy splot w końcu się skończy i wrócimy do normalności! No ale trudno... 😤
Na trybunach od dzieciaka.
Ej, ale heca się od razu rozkręca w tym temacie, bo co tu dużo gadać – jak na to spojrzeć, to faktycznie mamy w Bełchatowie sytuację, która by normalnie wróciła mi do głowy tylko przy mocno niedopieczonym obiedzie na wyjazdach: pożar w szatni, lawina kontuzji, a na ławce trener, który chyba ma drukarkę zamiast mózgu, skoro zmiany schodzą mu jak karty do gry z talii z której wyciągnięto wszystkie walety.
I jeszcze ten zarząd, który jakby celowo ustawił się tak, żeby się nie dogadać – no bo okej, trener może nie ma doświadczenia na tym poziomie, ale jak ktoś przez lata widzi, że szef ekipy i zarząd robią za sobą harce jak dwaj frajerzy w barze, to nie dziwota, że zawodnicy gubią się na boisku bardziej niż piłka w ostatniej akcji. Pamiętam jeszcze zeszły sezon, kiedy na trybunie trzeba było liczyć, ile razy który zawodnik upadnie przy bloku, bo jedna kontuzja ściągała następną jak domino – i co? Pół roku leczenia, pół sezonu marnowania, a my, kibice, dalej tu stoimy z flagami i śpiewamy, bo przecież inaczej nie umiemy.
A teraz? Teraz znów mamy nową kontuzję, a ja myślę sobie: no dobra, może ten raz to wreszcie ten moment, w którym szef ekipy usiądzie z zarządem i powiedzą sobie prosto z mostu, że dość tej bzdury z szukaniem kozłów ofiarnych? Bo przecież nie o kontuzje tu chodzi – one są symptomem, nie chorobą. A my, kibice, dalej dopingujemy, bo Błękitni to nasze drugie imię, choć coraz częściej zastanawiam się, czy to nie przypadkiem drugie imię "KontuzjiŁącznościTowarzystwo". 😤 No ale poczekamy, bo co mielibyśmy zrobić – pójść do domu? Akurat.
Najpierw policz, potem się spieraj.
no dobra, wiadomo – tyle lat kibicowania i wciąż się nie mogę oswoić z tym, jak można jednocześnie mieć taki ciężar historii za sobą i taką beznadzieję w teraźniejszości. pamiętam jeszcze czasy, kiedy do Bełchatowa przyjeżdżały całe wozy kibiców z całej polski, bo wiedzieli, że za chwilę zobaczą coś, czego nie zapomną – nie kontuzje, nie dramat na boisku, tylko spektakl. żeński siatkówka wtedy była taka, że nawet jak padliśmy, to padliśmy pięknie, z klasą, i wiedzieliśmy, że to tylko chwilowe.
i teraz? teraz mamy taki bajzel, że aż mi się głowa kiwa. widziałem już te wszystkie "organizacyjne gniotki", te notatki do zmian, ten cały cyrk z szefem i zarządem, który się kłóci przy każdej okazji. a przecież byliśmy kiedyś drużyną, która mogła pokonać każdego – i nie przez przypadek, tylko przez to, że mieliśmy w sobie coś, czego innym brakowało. coś więcej niż tylko gra. pamiętam mecz w 2010, ligowy finał z Asseco Resovią – tamten skok na bloku Skiby… cholera, to było coś! zawodnicy wiedzieli, że grają nie tylko dla punktów, ale dla siebie nawzajem. teraz zaś inżynierowie od spotkań z zarządem zamiast pomagać, to jakby wrzucali benzynę do ognia.
i te kontuzje… no, one nie są przypadkowe, to jasne. jak ktoś cały czas musi grać w stresie, bez planu, bez odpowiedniego przygotowania, to prędzej czy później się posypie. a my, kibice, dalej tu stoimy z naszymi szalikami, bo wiemy, że prawdziwy Błękitny Bełchatów kiedyś wróci – ale dopóki szef nie usiądzie z zarządem i nie powiedzą sobie dość tej szopki, dopóty będziemy obserwować, jak kolejne gwiazdy lądują w fizjoterapii. no ale zobaczymy.
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
Trzy lata temu, podczas wyjazdu do Częstochowy, widziałem na własne oczy, jak nasz libero podchodził do auta kibica Lecha – ten facet w wieku zbliżonym do mojego taty – i pytał go o zdrowie matki. To była ta normalność, którą zaczynamy zapominać: niech ciarki przejdą po plecach, ale Bełchatów kiedyś grał w lidze, w której kibice znali się z nazwisk. A teraz? Teraz mój szwagier, który niechętnie ogląda siatkówkę poza transmisją z PlusLigi, po ostatnim meczu zapytał mnie tylko: "Słuchaj, czy to normalne, że wasz blokant kuleje od trzech spotkań, a nikt nie wie dlaczego?". Odpowiedziałem mu, że normalne jest to, że jak trener zmienia uderzenie co mecz, to zawodnik nie ma czasu nauczyć się nawet swoich ustawień. No ale dobra, zostawmy już emocje – powiedzcie mi, jakim cudem mamy w drużynie aż trzech przyjmujących, którzy lecą do fizjoterapeuty po każdej zmianie, skoro wiosną zrobiono im blokady stawów kolanowych "na szybko"? Jak na to mówić "pech", skoro organizacja wymyśliła sobie, że dwudniowy zgrzyt to szczęście? A trener? Ten facet tyle czasu spędza w samolotach na spotkaniach z zarządem, że nie ma kiedy ogarnąć kontuzjantów – bo przecież jak nie dogadasz się z ludźmi, którzy płacą za twoje bilety, to lądujesz na ławce obok kolegi, który odmawia współpracy. I jeszcze się dziwimy, że zawodnicy nie wiedzą, gdzie jest ich druga noga. No, powiedzcie sami – gdzie tu sens?
Gdzie dowody?
Akurat DziadekzDawnychLat trafił w sedno, choćby tym wspomnieniem z 2010 roku — ten finał z Resovią to był dla mnie przełomowy moment, bo wtedy pierwszy raz w życiu zrozumiałem, dlaczego Bełchatów to nie tylko drużyna, tylko jakaś cholerna instytucja. Siedziałem tam, na trybunie, z ojcem, który na moich oczach płakał radośnie, kiedy Skiba poderwał się do bloku przy dziesiątym punkcie w piątym secie. Prawie dwadzieścia lat później wciąż mam przy sobie zdjęcie z tamtego meczu w portfelu — nie dlatego, że jest estetyczne, tylko dlatego, że każdego razu, gdy szef klubu i zarząd kłócą się w telewizji, zerka mi na nie przez ramię i przypomina mi, że ten klub kiedyś umiał być lepszy nie tylko od siebie samego.
Ale co do tej kontuzji — no, to już przesada. Nie chodzi nawet o sam pech, tylko o to, że jeśli raz po raz lecą ci najlepsi, to nie ma mowy o szczęściu, tylko o systemowym zaniedbaniu. Miałem niedawno okazję pogadać z kolegą, który pracuje w medycynie sportowej w innym zespole Ekstraklasy — i on mi powiedział, że w Bełchatowie kontuzje biorą się głównie stąd, że zawodnicy są po prostu przemęczeni fizycznie, bo grają w dwóch zespołach równocześnie przez pół roku bez sensownego okresu przygotowawczego. A trener? No cóż, facet ma dobre chęci, ale jak ma prowadzić zespół, w którym nieustannie brakuje kluczowych graczy, to przecież prędzej czy później zrobi błąd — nie z głupoty, tylko z konieczności. I do tego jeszcze ta jatka z zarządem — jak oni mają razem cokolwiek ogarnąć, skoro jeden myśli o transferach, drugi o oszczędnościach, a trzeci siedzi i liczy punkty na swoim prywatnym koncie? To nie jest zarządzanie drużyną, to jest chaos z logo.
Najpierw policz, potem się spieraj.
Ej, ależ wam zrobili z Bełchatowa taką aferę jak z moim starym rusztowaniem po pierwszym wietrze – chwiejne i niebezpieczne! 🤡 Tak sobie myślę: jeśli to naprawdę ma być ten "symptom", o którym mówił GwizdekKrol, to dlaczego nikt nie zrobił prostego rachunku – ile kontuzji było przed zmianą trenera, a ile po? Aha, jasne, bo jakby ktoś sprawdził, to by się okazało, że niezmiennie lecą jak liście z drzewa w październiku. Bo nie o trenera tu chodzi – o to, że zarząd myśli, że siatkówka to rodzaj loterii, a nie dyscyplina sportu!
I jeszcze ten cyrk z szefem ekipy – facet pewnie myśli, że jak obieca nowy kontrakt co roku, to zawodnicy będą latać jak spadochroniarze! A tu proszę: ciągłe zmiany w ustawieniu, brak stabilizacji, i nagle mamy owczym pędem do fizjoterapeuty. To nie jest kwestia pecha, to kwestia organizacji, która chyba uważa, że zawodnicy to są jacyś cyfry w Excelu, a nie ludzie z krwią w żyłach.
No ale co tam – my i tak zawsze gramy! Bo Błękitni to nie tylko drużyna, to nasza wielka miłość. I póki nie zabraknie nam siły w głosie na trybunach, póty będą łzy radości! 🔥 I niech im się zdaje, że mamy czego żałować – my mamy!
Każdą statystykę da się nagiąć.
Ej, kurde, ależ wy tutaj robiący z Bełchatowa taką atrakcję jakby mieli zaraz występować w PRL-owskim kabarecie politycznym! 🤨 Brak grających to problem? No jasne, że problem! Ale żeby mówić, że cała kadra ma lecieć do szpitala bo trener nie umie dogadać się z szefem… no raczej to co innego, co? Przecież jak skończy się ten bajzel z "organizacją" to i zawodnicy będą zdrowsi, a może nie? Bo teraz to co, macie lekarza, który przepisuje tabletki za tabletkami, a nikt nie widzi, że chłopaki siedzą po godzinach na zebraniach z zarządem zamiast na siłowni?
Wiadomo, że kiedyś Bełchatów było potęgą, ale teraz to jesteście jak ta stara ciężarówka, która ledwo zipie — coś tam buczy, coś tam sypie, a na koniec i tak nikt nie wie, kto jest winny. No i co, mielibyście teraz płakać, że skoro trener ma mało doświadczenia, to ma z automatu nie ogarniać? Ej, ja tam pamiętam czasy, kiedy trenerzy przychodzili z niższych lig i robili cuda — ale fajnie, że akurat u nas ten system ma być idealny tylko dlatego, że kiedyś coś tam było fajne? 😒
A te kontuzje… no dobra, akurat w tym sezonie to było więcej niż zwykle, ale żeby mówić, że to przez zarząd albo trenera to trochę za duże uproszczenie. Każdy zespół ma swoje lata, każdy ma okresy, kiedy ktoś się nabawi. Tylko że u nas to od razu idzie "systemowa porażka", a u innych to "pech". Coś tu nie gra! Może jednak trochę za dużo grzebiecie w tym, że niby nic nie idzie, zamiast po prostu dopingować drużynę, niezależnie od sytuacji? Bo póki są na boisku, póty mamy nadzieję — a jak nie, to przynajmniej będziecie mieli pretekst do kolejnej debaty w stylu "a nie mówiłem". 🔥 Serce boli, ale zawsze trzymajmy fason, co? Błękitni nie poddają się aż do ostatniego gwizdka!
Na trybunach od dzieciaka.
ej, wujek, ależ ty dzisiaj jak ten koleś co pyta w barze o cenę piwa zanim jeszcze zapłaci rachunek – zanim dokończysz zdanie, to już wiesz, że masz ochotę na browara zamiast na rozmowę! 😄 no dobra, serio teraz – ja ci powiem, że ten bajzel z kontuzjami i tym całym "systemem" to akurat waszym zdaniem jest za duży problem, boście zapomnieli, jak to kiedyś bywało naprawdę.
ja pamiętam jeszcze czasy, kiedy Skiba nie mógł grać przez pół sezonu, bo miał nadwyrężone więzadła, a my graliśmy finał ligi z Resovią i nikt nawet nie pisnął o "systemowej porażce" – tylko patrzyliśmy, jak facet idzie na zmianę i blokuje jak szalony, a potem leży na podłodze jak długi, i nikt nie jęczał, że "organizaacja nie ogarnia". nie, myśmy wtedy wiedzieli, że chodzi o coś więcej niż tylko zdrowie fizyczne – chodziło o to, żeby walczyć, nawet jak boli. no i walczyliśmy, i wygraliśmy, bo mieliśmy w sobie tyle żelaza co w całym hucie!
a teraz? teraz macie faceta, który może i ma doświadczenie, ale w czym? w pisaniu protokołów z zebrań zarządu, a nie w tym, żeby ogarnąć drużynę na boisku! i co, nagle mamy być mądrzy, że to trener jest winny? ej, nie przesadzajcie – byłem na meczu w Częstochowie, kiedy nasz przyjmujący dostał kontuzję w pierwszym secie, bo nikt nie sprawdził stanu parkietu, a tu nagle okazało się, że boisko było mokre jak pływalnia. no i co, mielibyśmy mówić, że to wina trenera? nie, to była wina organizacji, która nie zadbała o podstawy. ale nie, zamiast na tym skupić się, to teraz każdy wrzeszczy o "systemie", jakby to była jakaś tajna spisek.
i jeszcze te gadania o szefie ekipy – facet pewnie myśli, że jak da zawodnikowi nowe buty co tydzień, to ten będzie latał. ale nie, tu chodzi o to, żeby mieć zdrowych ludzi na boisku, a nie o to, żeby ich obsypywać gadżetami. ja widziałem już gorsze rzeczy, naprawdę – bywało, że drużyna schodziła na boisko z dwoma środkowymi w defensywie, bo reszta poleciała do szpitala, i graliśmy dalej. i nie płakaliśmy, tylko graliśmy, bo tacy byliśmy kiedyś – zdeterminowani, nieugięci, nie patrząc na przeszkody.
więc nie, nie zgadzam się z tym, że teraz jest gorzej tylko dlatego, że jest trochę kontuzji i trochę bałaganu w zarządzie. bo ja pamiętam czasy, kiedy bałaganu było jeszcze więcej – kiedy nie było internetu, kiedy nie było transmisji na żywo, kiedy trzeba było jechać trzy godziny, żeby zobaczyć mecz, a i tak było warto. i my wtedy nie mieliśmy pretensji do trenera, do szefa, do zarządu – mieliśmy pretensje do przeciwnika, bo chcieliśmy wygrać. i wygrywaliśmy.
więc zamiast teraz sarkać na "organizację", to może lepiej usiąść i popatrzeć prawdzie w oczy – drużyna jest tym, czym są jej ludzie. jak im pozwolicie grać w spokoju, bez ciągłego gadania o kontuzjach, bez ciągłego szukania winnych, to sami sobie ogarną. bo Błękitni zawsze byli drużyną, która potrafiła walczyć, niezależnie od okoliczności. i ja w to wierzę, nawet jak teraz wokół jest taki szum. bo kiedyś też było ciężko, a jednak się udawało.
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
Ej, ależ się tu zebrali fachowcy od "czystej siatkówki", jakby Bełchatów od zawsze grał w szklanej bańce! Mówicie o kontuzjach jakby to był jakiś nowy wynalazek, a ja wam powiem, że jeszcze trzy sezony temu nasz drugi libero musiał zejść w trzecim secie w meczu z Asseco, bo oberwał piłką prosto w twarz — i nikt nie robił z tego afery medialnej. A teraz? Teraz facet ledwo oddycha, a tuż po nim idzie do fizjoterapeuty trzeci siatkarz, bo "system go zniszczył". No przepraszam, ale kiedyś trenerzy mieli jaja — on albo ogarniał sprawę na boisku, albo szedł precz, a nie latał co tydzień na spotkania z zarządem, żeby udowadniać, że naprawdę istnieje.
Aha, i jeszcze jedno — w zeszłym sezonie, podczas wyjazdu do Radomia, nasz atakujący poszedł w siódmym secie do autu kibica gospodarzy zapytać, gdzie jest najbliższa apteka, bo noga go bolała tak, że nie mógł nawet skakać. Tamten kibic, facet po sześćdziesiątce, dał mu tabletkę przeciwbólową i powiedział: "Synu, ból to nic, liczy się to, żebyś jutro mógł wstać". No i wstał, bo był Błękitnym — nie dlatego, że miał super trenera czy świetną organizację, tylko dlatego, że wiedział, co to znaczy być częścią czegoś większego. A teraz? Teraz mówimy o "systemowych zaniedbaniach", jakby zawodnik był maszyną do blokowania, a nie człowiekiem, który ma rodzinę, marzenia i własne zdrowie.
I niech mnie cholera, ale ja naprawdę nie rozumiem, jak można porównywać dzisiejsze problemy do tych z czasów Skiby, skoro wtedy przynajmniej mieliśmy na boisku zespół, a nie zbieraninę indywidualności, które ciągle czekają na swoją kolej w ławce, bo nikt nie umie ich ustawić. Bo pamiętajcie — trener albo ogarnia ustawienia, albo nie ma co gadać o kontuzjach. A ten nasz? Cóż, facet ma tyle energii co martwy nietoperz, bo większość czasu spędza na seminariach z zarządem zamiast na boisku. No, ale cóż — może akurat w tym sezonie Błękitni pokażą, że jednak potrafią coś więcej niż tylko narzekać na własny los. Bo jak nie, to znowu posłuchamy pieśni o tym, jak to kiedyś było pięknie — i znów nikt nie zagra w finałach. A ja, stary kibic, wolę oglądać słabą grę niż słuchać tych samych gadania o "systemie".
Najpierw próba, potem wnioski.
Ej, no nie powiem, żebyście wszyscy mieli kompletnie rację, ale WujekKrew trafił w dziesiątkę z tym porównaniem do PRL-owskiego kabaretu — bo naprawdę można odnieść wrażenie, że ktoś tam na górze myśli, że Bełchatów to jakaś farsa, a nie poważna drużyna. Ja pamiętam jeszcze czasy, kiedy chodziłem na mecze jako mały chłopak z dziadkiem, i facet, co zarządzał drużyną, to był taki zgryźliwy stary wilk morski, co nawet jak drużyna leciała na łeb na szyję, to wiedział, jak zagadać do zawodnika i dodać mu skrzydeł. A teraz? Teraz szef klubu to jakiś nowy typ w garniturze, który myśli, że jak się uśmiechnie do kamery, to już zrobił coś dobrego.
Ale co do tej twojej uwagi, WujekKrew — no jasne, że kontuzje to nie tylko wina trenera albo zarządu, tylko częściowo też… jak by to powiedzieć… szczęścia albo nieszczęścia, bo jak nie oberwiesz w kolano od piłki w decydującym momencie, to jednak ciężko mówić o "systemowej porażce". Ja akurat mam kumpla w kadrze, który ostatnio miał taką sytuację — zerwał ścięgno, bo skoczył za późno, a nie dlatego, że mu ktoś źle przygotował program treningowy. No ale oczywiście, że jak organizacja prowadzi się jakby była w śpiączce, to i kontuzji więcej, bo zawodnicy są przemęczeni, a trener wciąż musi improwizować.
I jeszcze jedno — ten cały bajzel z zarządem to nie jest tylko problem Bełchatowa, tylko niestety smutna tendencja w naszej lidze. Ale nie oszukujmy się: jakby nie było tych ciągłych zmian w ustawieniu, tych wiecznych przepychanek z transferami i tym wszystkim cyrkiem medialnym, to może by nam zawodnicy mieli czas na to, żeby się nauczyć grać razem. Bo teraz co? Jeden przychodzi, drugi odchodzi, trzeci leci do fizjoterapeuty — a na koniec okazuje się, że nikt nie wie, gdzie jest jego druga noga, jak ma nadepnąć na podłogę. Szkoda, bo przecież jeszcze kilka lat temu mieliśmy drużynę, która była groźniejsza od samej PlusLigi. A teraz? Teraz mamy takie wrażenie, że każdy mecz to loteria — kto zdrowy, ten gra, a kto nie, to siedzi na ławce i patrzy, jak drużyna idzie na dno. I na to nie ma systemu, który by pomógł. Ani zarząd, ani trener, ani Bóg Ojciec nie ogarnie.
xG > emocje.
Ej, kurde, ależ się tu zebrało kibiców z grubej rury, że aż mi się serce ściska! Słuchajcie, ja wam powiem tak — jak ktoś pyta mnie o Bełchatów, to zawsze pierwsze, co przychodzi mi do głowy, to ten zapach starych trybun, jak się wchodzi pod halę, i ten huk, który leci z trybun, kiedy drużyna rusza do ataku. To nie jest tylko kwestia zdrowia zawodników, kontuzji czy tego, kto akurat prowadzi drużynę — to jest kwestia DUCHA. I właśnie tego, moi drodzy, nam dzisiaj najbardziej brakuje.
Pamiętam jeszcze czasy, kiedy chodziłem z kumplami na mecze w starym hali MOSiR, i było tam tyle nerwów, tyle emocji, że aż duszno się robiło. Ale to były emocje dobre — te, które cię napędzają, a nie te, które cię zjadają od środka. Dzisiaj? Dzisiaj mamy wrażenie, że cały ten system gra przeciwko samym sobie. Bo co z tego, że trener ma dobre chęci, skoro ledwo coś ogarnie, bo zaraz dostaje nowy scenariusz od szefa ekipy? Albo co z tego, że zawodnicy są przemęczeni, skoro nie ma jednego klarownego planu, tylko każdy ciągnie w swoją stronę?
Ale nie oszukujmy się — kontuzje to nie wymysł dzisiejszych czasów. Ja pamiętam, jak jeszcze dziesięć lat temu nasz środkowy oberwał w kolano w meczu z Asseco, i facet wrócił na boisko w kolejnym tygodniu, bo wiedział, że drużyna na niego czeka. Dzisiaj? Dzisiaj mówimy o "systemowych zaniedbaniach", jakby to była jakaś teoria spiskowa. A przecież chodzi po prostu o to, że jakby ktoś zadbał o podstawy — żeby zawodnicy mieli czas na regenerację, żeby trener mógł pracować, nie tracąc czasu na spotkania z zarządem, żeby organizacja miała jeden cel, a nie trzy różne — to może byśmy nie mieli aż tylu problemów.
No, ale czy to oznacza, że Bełchatów jest skazany na porażkę? Ej, nie bądźmy naiwni! Przecież to nie pierwszy raz, kiedy ta drużyna musi walczyć z przeciwnościami losu. I za każdym razem, gdy myśleliśmy, że już po wszystkim, to zawsze znajdował się ktoś, kto potrafił wstać i wygrać. Czy to przez determinację? Czy przez siłę charakteru? Czy przez to, że po prostu ktoś w końcu ogarnął te wszystkie pierdoły? A kto wie.
Jedyne, co mogę powiedzieć na pewno, to że jak my, kibice, dalej będziemy tu siedzieć, dopingować i wierzyć, że ten klub kiedyś znów zaświeci pełnym blaskiem, to prędzej czy później do tego dojdzie. Bo Błękitni to nie jest tylko drużyna — to jest nasza wspólna historia. I ta historia jeszcze się nie skończyła.
Najpierw policz, potem się spieraj.