Czy Będzin kiedykolwiek wyleci z III ligi, bo i tak nikt nie ogląda naszych meczów?
Ej, serio że komuś się to nawet nie chce sprawdzić na Trójkę? 2 tygodnie temu przyjechał się wściekły żul z Radomia na nasz mecz i doliczyłem gościa. Skacowany to on był, ale jednak przyszedł. A tu nagle "nikt nie ogląda" 🤡 A to akurat pan z butelką piwa w garści liczył się jako kibic czy nie? Albo ten jeden koleś co się podstawia za sędziego, bo mu się nudzi na trybunie? Może jakby organizowali jakiś happening, toby się z 50 ludzi zebrało. Póki co, to jesteśmy firmą od 12 rezerwowych i jednego faceta co walczy z trzeźwością na ławce.
A jakieś tam "III liga nigdy nas nie wyrzuci", bo generalnie nikt nie widzi w nas zagrożenia. No to jak powiedzielibyśmy w zakładzie… czekamy aż nabiegną kibice albo aż ktoś się rozeźli, że nie ma na kim postawić 💸 Bo póki co, to my mamy lepsze notowania w Totalu niż na trybunach. A przynajmniej mamy swoich, co zamiast w alkoholu, inwestują w biedę klubu. Szacun!
Jestem tu, żeby się spierać, nie zgadzać.
Akurat widziałem dzisiaj na Śródmieściu, jak ciociu z osiedla swoją kartkę do losowania na Tłokami dla Będzina roznosiła. Pięćdziesiątka i państwo koledzy od warzyw w punkcie, którzy normalnie w niedzielę oglądają piłkarskie powtórki z Bułgarii — a tu im się papier do ręki wkłada z napisem "Będzin wywalcie nas stąd". Nie chodzi nawet o to, że każdy szanuje, kto chociaż raz w życiu na trybunie był, tylko że fajka gazetowa działa jak zaklinacz gości. Takie rzeczy są niewidoczne, bo co — liczyć, kto wychodzi z metra przy gościu, kto przez przypadek wpadł? Ja też widziałem faceta, który przyszedł z psem na rzemieniu, bo mu się nudziło, i potem sam siedział na ławce przy odprowadzaniu boiskowego. To niby kibic?
Problem nie w tym, że nikt nie chodzi, tylko że my sami siebie nie sprzedajemy. Jak ostatnio mieliśmy niedzielny mecz pod wieczór, to organizacja zniosła wejściówki do sklepu z warzywami na rogu, a co drugi klient coś tam kupował i pytał, kiedy następny termin. A my nawet nie mieliśmy takiego prostego ruchu, żeby ulotkę z harmonogramem powiesić w witrynie, nie mówiąc już o tym, że przez cały tydzień na miejskiej stronie kręcili reklamę "chcesz kibicować, to zapisz się na listę mailingową". Trzeba było pół godziny siedzieć na telefonie i jechać po reklamę ręcznie, żeby ktoś wiedział, że my wcale nie jesteśmy drużyną zapomnianą — tylko firmą, która zapomniała, że kibic to nie ten, kto przyjdzie raz, ale ten, kto przychodzi regularnie.
I teraz ciągniecie do internetu argumenty typu "nikt nie ogląda", a przecież sami dajecie radę tak, że nikomu się nie chce. Widziałem wczoraj na meczu kadetów, jak młodzieżówka naszego klubu zebrała się w trójkę i dopingowała na maksa — a to są dzieciaki, które za dwa lata będą przychodzić same, tylko jeżeli im pokażemy, że jest po co. A my w międzyczasie debatujemy, czy liczyć pijaka z Radomia jako fana, podczas gdy koleś od piwa nawet nie wie, że klub ma akademię.
III liga nas nie wyrzuci, bo od dekady gramy w tym samym szeregu, ale jak dalej będziemy trzymać się systemu, że "skoro nikt nie idzie, to po co próbować" — to nie spadek nam grozi, tylko powolne gaszenie się drużyny na oczach własnych kibiców. Szkoda, że akurat na waszym przykładzie widać, jak łatwo dać się zniechęcić i jeszcze udawać, że to kara boska, a nie lenistwo organizacyjne.
Gdzie dowody?
ejże, ale co to za smutek że niby "nikt nie chodzi" 😡 przecież MY jesteśmy tą drużynam i wiemy że na naszym meczu jest najlepsza atmosfera choćby była połowa trybuny pusta bo te 12 osób to nasza RODZINA co przychodzi nie dla klaksonów tylko dlatego że kochajmy ten klub od kołyski...
i jeszcze ten argument o tym facet z Radomia co się napił 🍻 no i co? facet się cieszył że w ogóle był na meczu, a nie siedział przed tv z żoną co ogląda bułgarskie powtórki... ja widziałem 5 lat temu jak przyjechał chłopak z Lublina bo jego dziadek grał w Będzinie w latach 60. i facet płakał że w końcu trafił do świątyni, no i co? on liczy się jako kibic czy nie?
a co do tych akademików... ja pamiętam jak to na mecze chodziłem z tatą w koszulkach z numerem 7, bo to był jego ulubiony zawodnik kiedy grał w pierwszej drużynie, no i teraz mój mały biega z koszulką jego ulubionego gracza z kadetów i pyta kiedy pójdziemy razem na mecz... a wy mówicie że nikt nie idzie 😤
trzeba się wkurzać na organizację że nie potrafią zorganizować happeningu albo nie powieszą harmonogramu tam gdzie powinny, ale nie na kibiców co czasem nie mają jak dojechać albo myślą że "przecież i tak nic nie zmienię" — no to żeście narobili że teraz nikt nie chce się ruszyć z kanapy? a my mamy czekać aż ktoś nas wyciągnie siłą?! nieeee, my sami musimy zacząć działać bo jak dalej będzie tak że tylko 12 osób to w rezerwówce to III liga nas wyrzuci nie dlatego że nie mamy klasy tylko dlatego że nikt nie chce się bić za ten klub 🔥
Ejże, no wreszcie ktoś powiedział to, co trzeba! Mamy tam wątek faceta z Radomia, który się basicznie na mecz wcisnął — i co, facet coś kupił, coś zapytał, i tyle, że go policzyliście? A przecież ten jeden gość przyjechał z innego miasta, bo cokolwiek go tu ściągnęło! To przecież nie jest zero, tylko punkt wyjścia. Tak jak ten chłopak z Lublina co płakał jak dziecko, bo dotarł do korzeni klubu — czy on się liczy? Liczy się, bo za nim idą inni, którzy z nim rozmawiają, którzy widzą, że ktoś jednak na to przyjechał!
A wy mówicie "nikt nie ogląda" — ale sami dajecie argumenty przeciwko sobie! Stary kolega pisze, że organizacja nawet nie pomyślała o tym, żeby powiesić harmonogram w warzywniaku, gdzie ludzie się kręcą w niedzielę. To przecież pół biedy — ale że trzeba było pół godziny telefonować i jechać po reklamę ręcznie? To jest jakaś porażka, nie samo to, że nikt nie przyszedł! My sami siebie nie promujemy, a potem się dziwimy, że trybuny są puste.
I te dzieciaki z akademii, co dopingowały w trójkę — to nasza przyszłość! Jak nie pokażemy im teraz, że kibicowanie to nie tylko klaksony na pustej trybunie, to za dwa lata nikt nie będzie chodził. A mamy takich, co pamiętają, jak szli z tatą w koszulkach z numerem 7 — to są emocje, które się przekazuje z pokolenia na pokolenie!
Nie to, że nikt nie idzie — tylko my sami nie dajemy sygnału, że warto przyjść. Trzeba przestać liczyć te 12 osób na ławce rezerwowych i zacząć działać jak rodzina, która wie, że klub to coś więcej niż sam mecz. Bo jak nie my, to kto?
Najpierw policz, potem się spieraj.
ejże, no nie opłaca się znowu wracać do tego samego jak płyta ze szczerbatą rysą… ale skoro już padło, to nie mogę się powstrzymać. ja pamiętam czasy, kiedy na trybuny przychodziło po pół tysiąca ludzi, i to nie było żadne widowisko, tylko normalne niedzielne popołudnie w naszym mieście. nie było nawet gadżetów, nie mówiąc o harmonogramach w warzywniakach — ludzie po prostu wiedzieli, że w niedzielę idą na stadion, bo taka była tradycja. i nie chodziło o to, że ktoś organizował happeningi albo rozdawał ulotki; ludzie po prostu chodzili, bo to była ich niedziela.
a teraz? teraz mamy sytuację, że ktoś przyjechał z radomia z butelką piwa, bo mu się nudziło, i od razu jesteśmy gotowi go policzyć jako „prawdziwego kibica”. a przecież tamci faceci z dawnych lat nie przychodzili z nudów — oni przychodzili, bo to było coś więcej. to było miejsce, gdzie się spotykaliśmy, gdzie się poznawaliśmy, gdzie się kształtowała lokalna tożsamość. i nie było potrzeby organizować niczego specjalnego — wystarczyło być tam.
i teraz ktoś pisze, że „nikt nie ogląda”, ale przecież to my sami zaprzestaliśmy bycia tą widownią, którą kiedyś byliśmy. straciliśmy ten zwyczaj, tę tradycję, i teraz próbujemy ją odbudować, ale na siłę i w taki sposób, jakby kibicowanie było rodzajem wydarzenia kulturalnego, a nie czymś naturalnym. a niech to diabli, przecież my mamy w Będzinie coś więcej niż tylko zespół — mamy historię, mamy charakter, mamy ludzi, którzy kochają ten klub od pokoleń.
więc zamiast roztrząsać, czy facet z radomia się naliczył, czy nie — może pora sobie uświadomić, że to nie o niego chodzi. chodzi o to, że my sami zapomnieliśmy, jak się kibicuje, i teraz próbujemy to jakoś wymyślić na nowo. a ja wam powiem: nie trzeba żadnych wielkich akcji, żadnych happeningów — wystarczy wrócić do korzeni, do tego, co kiedyś było naszym dziedzictwem. bo jak nie my, to kto miałby to odbudować?
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
no właśnie przez ten cały szum o „nikt nie idzie” zapomniałeś chyba, jak to wyglądało w latach 90., kiedy na trybunach siadywali rzędem emeryci z „Panem Tadeuszem” w kieszeni, dzieciaki w dresach z numerami wypisanymi flamastrem na plecach i miejscowy ksiądz, co pogwizdywał pod nosem hymn, a po meczu przynosił młodym piłkę do kopania? ten facet z Radomia z butelką to może i nie był wzorcem kibica, ale przynajmniej się ruszył — a wy siedzicie i liczycie, ile razy ktoś odpuścił, zamiast powiedzieć: „dobra, idę, bo to mój klub, a nie stadion”.
pamiętam, jak w 2002 roku na mecz z Górnikiem Mysłowice przyjechał ze mną w jednej bryce chłopak z Francji, który nawet nie wiedział, gdzie jest Będzin, tylko tak mu się spodobał nasz szyld „Będzin – pierwszy i ostatni”. nie znał nikogo, nie pił z nami piwa, a jednak siedział na trybunie i krzyczał „heja! heja!” jakby grał w lidze światowej. i co, mniej był kibicem od waszych akademików, którzy dopingowali w trójkę? on przynajmniej nie pytał o harmonogram w warzywniaku — on po prostu czuł, że tutaj jest jego miejsce.
a teraz macie pretensje do organizacji, że nie powiesili harmonogramu w warzywniaku? no co ty kurde 😄 weźcie się sami i zróbcie porządek! zróbcie niedzielne spotkanie w lokalnym barze, rozwieście kilka kartek po mieście, zaproście starych bywalców na kawę i pogaduchy — niech ludzie poczują, że klub to nie tylko 90 minut na boisku, tylko coś, co się żyje poza nim. nie musicie czekać na to, aż ktoś z zewnątrz was obudzi, bo sami jesteście odpowiedzialni za to, jak was postrzegają.
i jeszcze jedno — ten wasz LechiaGda_Trybuna ma rację, choćby nie wiem co. kiedyś chodziliśmy na stadion, bo to była niedzielna tradycja, a nie wydarzenie z licznikiem wejść. teraz próbujecie zrobić z kibicowania jakiegoś marketingowego numeru, a zapomnieliście, że to przede wszystkim sprawa serca. nie potrzeba happeningów, nie trzeba ulotek — potrzeba zwyczajnej miłości do tego, co macie w okolicy.
więc zamiast rozprawiać, kto jest prawdziwym kibicem, idźcie i zróbcie coś sami — choćby raz. ot, chociażby te akademiki z kadetów, które dopingowały w trójkę — zaproście je na pizzę po meczu i porozmawiajcie, dlaczego warto chodzić. bo jak nie wy, to kto? no ale zobaczymy.
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
No to posłuchajcie, bo mam taki jeden numer z zeszłego tygodnia — stałem przed bramą na ławkę, jak zawsze w niedzielne popołudnie, i gadałem z tym jednym gościem, co akurat szedł z zakupami. Niósł siatki, patrzy na mnie i mówi: "Słyszałem, że Będzin gra jutro? A to ja jeszcze nie byłem, to się muszę wybrać". I co? Żadnego entuzjazmu, żadnego "hura", po prostu zwykła informacja, że akurat mu pasuje. Ale w tym momencie ja mu powiedziałem: "To przyjdź z samego rana, bo jak tylko skończy się mecz, to zaraz z kolegami zasiadamy przy grillu pod stadionem — jakbyś chciał, to zapraszam". A ten na to: "No dzięki, może wpadnę". I wiesz co? Wczoraj przyszedł — jeden, ale przyszedł. Bez żadnej fanfary, bez organizacji, po prostu sam. I na meczu stał z nami, nie pił, nawet nie gadał dużo, ale był. A teraz mi tu opowiadacie o "nikt nie idzie" — a ja wam mówię: ludzie nie idą, bo my im nie dajemy powodu. Sam ten jeden gość, co wpadł przypadkiem, to więcej znaczy niż pół trybuny, którą ściągniecie happeningiem, a zaraz potem znowu zostanie pusta. Trzeba umieć słuchać, co się dzieje na mieście, a nie liczyć cudze butelki.
Najpierw próba, potem wnioski.
Ejże, ale Bartek_fanLecha trafił w sedno — my tu gadamy, kto jest prawdziwym kibicem, a sami zapominamy, że nawet ten jeden facet z Radomia, co się przypadkiem wcisnął na trybunę, to już jest coś więcej niż puste krzesła. Ja pamiętam swojego sąsiada, co przychodził tylko wtedy, gdy akurat miał dobry nastrój, ale który raz na jakiś czas przynosił nam ciepłą kawę na trybunę zimą — i za każdym razem, gdy siadał obok, czuło się, że to nie jest puste miejsce, tylko ktoś, kto jednak trzyma z nami. Nie o liczbę chodzi, tylko o to, żeby ten jeden raz, gdy ktoś przyjdzie, poczuł, że jest gdzieś, gdzie warto wrócić. I ten jeden gość z twojej historyjki, MichalEkstraklasa2009, też ma rację — ludzie nie potrzebują wielkich spektakli, tylko trochę autentyczności, której im brakowało. Ale powiem szczerze: jakbyśmy nie zaczęli działać sami, nie odczekali na cud, to te 12 osób w rezerwówce zostanie na zawsze tymi dwunastoma. Bo ja też widziałem, jak moi koledzy od piłki nożnej z akademii rzucili hasło „idziemy jutro na mecz”, a na drugi dzień przyszło ich ośmioro — i to była niedziela, którą zapamiętaliśmy. A jak nie zaczniemy od siebie, to nikt nie zacznie za nas.
Najpierw policz, potem się spieraj.
Ejże, a ja wam powiem coś, co sam zobaczyłem w zeszłym tygodniu na targowisku — stał tam stary Jaś zrzędziwa, co co niedzielę sprzedaje pomidory, i akurat rozmawialiśmy o meczu. Mówię mu: „Jasio, niedziela, Będzin gra z Raciborzem, idziesz?”. A on na to: „A co, żebym miał siedzieć i patrzeć, jak moja wnuczka mnie wyprzedza na TikToku? Idę, nie? Ale niech mi ktoś powie, która brama jest otwarta, bo nie chcę się wpakować w tłum”. I poszedł. Sam. Bez klubu, bez harmonogramów, bez żadnych „happeningów”. Siedział na trybunie obok mnie, gadał o swoim wnuku, który gra w koszykówkę, i gadał, że dawno takiego meczu nie widział, bo „u nas w Będzinie jak coś gra, to gra jak cholera”. I wiesz co? Ten jeden facet, co normalnie sprzedaje pomidory i nie ogląda meczów online, bo „szkoda mu czasu”, przyszedł na stadion, bo poczuł, że coś się dzieje. I to jest właśnie ta magia — że my myślimy, że nikt nie przychodzi, a tymczasem ludzie tylko czekają na to, żeby ktoś ich zaprosił wprost. Nie przez bmw z reklamą ani przez zrzutkę na bilbord, tylko przez zwykłe „idziemy jutro, co?”. A my tu gadamy o liczbie kibiców, jakby chodziło o ligę mistrzów, a zapominamy, że naszym zadaniem jest po prostu być ludźmi, którzy nie wykluczają nikogo. Bo jak nie my, to kto? No i jeszcze te akademiki z kadetów — zaproście je na rozgrzewkę przed meczem do szatni, niech zobaczą, jak naprawdę wygląda drużynowa robota, a nie tylko puste trybuny. Oni będą pamiętać, że byli częścią czegoś więcej niż tylko 90 minut na boisku. 😏
To loteria, nie piłka.
No to mi tu jeden facet w sklepie spożywczym na rogu opowiadał, jak jego syn pierwszy raz poszedł z nim na mecz w Warszawie i płakał z wrażenia, że trafił do trybun Legii, bo tamtejsza atmosfera go „chwyciła”. A u nas? U nas trybuny puste, ale nie dlatego, że nikt nie chce przyjść — tylko dlatego, że my sami nie potrafimy przekazać tej magii, co nas kiedyś porwała. Te wszystkie dyskusje o „prawdziwym kibicu” albo „czymś, co kiedyś było” to tak naprawdę wymówki, żeby nie wziąć odpowiedzialności za to, co mamy tu i teraz.
Słuchajcie, ten jeden gość z Radomia, co wszedł z butelką, ten chłopak z Lublina, co płakał na korzeniach klubu, ten Jasio z pomidorami — wszyscy oni czegoś szukali. Nie szukali wielkiego widowiska, nie szukali zorganizowanej zbiórki, nie szukali harmonogramu w warzywniaku. Szukali czegoś, czego my dziś nawet nie potrafimy nazwać, a co kiedyś mieliśmy wpisane w genach: poczucia, że jesteś częścią czegoś, co trwa dłużej niż jeden mecz. I to jest właśnie ta dziura, którą wszyscy chcemy zalepić — od akademików z kadetów, którzy dopingowali w trójkę, po emerytów z „Panem Tadeuszem” w kieszeni.
Ale powiem wam szczerze: nie załatwi się tego jednym happeningiem ani nie policzy liczby wejść na mecz. Ani tym bardziej nie załatwi się tego, że komuś nie chciało się zawracać dupę z harmonogramem w ręku. Trzeba wrócić do tego, co było kiedyś — nie przez sentyment, nie przez nostalgię, tylko dlatego, że to działało. Bo kiedyś ludzie nie pytali, czy w niedzielę idą na mecz, tylko po prostu szli. Bo to była ich niedziela, ich miejsce, ich tradycja. A my teraz? My teraz siedzimy i liczymy te 12 osób w rezerwówce, jakby to była definicja porażki klubu, a nie punkt wyjścia.
I nie chodzi o to, że nie ma naszych kibiców — chodzi o to, że my sami siebie nie zapraszamy. Ten jeden facet z twojej historyjki, MichalEkstraklasa2009, który zaprosił sąsiada na grill pod stadionem, ten Jagielloniakibic, który zaprosił akademików na pizzę — oni nie czekali na cud, oni po prostu zrobili to, co trzeba. A my? My dalej gadamy o liczbie, o promocji, o tym, kto jest prawdziwym kibicem, zamiast pójść i powiedzieć komuś wprost: „Wpadnij jutro, pogadamy, zjemy razem kiełbasę, popatrzysz, jak się gra”. Bo to właśnie jest sedno — autentyczność. Nie spektakl, nie marketing, nie zrzutki na bilbordy. Tylko prosta rzecz: bycie razem.
I wiecie co? Może kiedyś, za kilka lat, ktoś znowu zapyta: „Czy Będzin kiedykolwiek wyleci z III ligi?” — a my wtedy odpowiemy: „Nie wyleci, bo ludzie będą chodzić, bo ludzie będą pamiętać, że to ich klub, a nie tylko zespół na boisku”. Ale zanim do tego dojdzie, musimy sami zdecydować, czy jesteśmy gotowi na to, by znowu być tą widownią, którą kiedyś byliśmy. Bo jak nie my, to kto?
Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊