Czy Będzin celnie trafia w ścianę… czy może w nietypową prawidłowość?
A jakby tak podejść do tego jak do meczu, który obserwowałem trzy tygodnie temu w Mielcu — akurat trafiłem na transmitowany ligowy mecz, a tamtego wieczoru grano między dwoma drużynami, które ledwie zipały w tabeli. Zapamiętałem, że jedna z nich, broniąca się na wyjazdowym boisku, nieustannie oddawała punkty w setach kończących się 22:25 albo 24:26 — niby minimalne straty, ale raz po raz spadały jej sety. I wiesz co? Dokładnie tak samo dziś wygląda sytuacja Będzina.
Bo patrzcie: cztery z pięciu ostatnich porażek to wynik 1:3, ale co ciekawe — wszystkie te trzy sety wygrane przez rywali zakończyły się **25:23, 25:21, 25:22 i 25:20**. Mamy więc nie tylko statystyczny schemat 1:3, ale wręcz **cztery sety "prawie wygrane"**, które kończyły się rzutem — i za każdym razem ten rzut padał w momencie, kiedy Będzin był już o krok od odbicia. To nie jest przypadek, że przeciwnicy z Rzeszowa, Barkomu, Zawiercia czy Stal Nysy celują w ten sam punkt: wąski margines błędu, który niweluje cały wysiłek zespołu.
I teraz pytanie do was — albo raczej do siebie, bo akurat wczoraj analizowałem taki sam schemat u drużyny z niższej ligi — czy to w ogóle możliwe, żeby jeden zespół regularnie oddawał sety różnicą dwóch punktów, i to jeszcze w czterech różnych ligowych spotkaniach? Bo jeśli macie ochotę, to mogę rozłożyć te mecze na czynniki pierwsze — nie same zwycięstwa przeciwników, tylko **jakie momenty w tych meczach decydowały o tej ciasnej porażce**. I powiem wam szczerze: najczęściej to nie była kwestia techniki, tylko mentalności — bo taki wynik 25:22 w trzecim secie to nie porażka punktowa, tylko porażka głowy. A Będzin ostatnio ma problem głównie z tą drugą stroną medalu.
Najpierw policz, potem się spieraj.
A jakim cudem ktoś jeszcze w to wierzy? Aż cztery razy w identycznym przebiegu: set 3:2, wynik meczu 1:3, i za każdym razem przeciwnik dobił przeciwnika seta dosłownie w ostatniej akcji. Ale co to niby udowadnia, poza tym, że trafiliście na cztery mecze, w których przeciwnicy mieli lepszą psychę przy podbramkowych sytuacjach?
Bo pomyślcie sami — gdybym ja miał powiedzieć, że to "prawidłowość", to musiałbym zobaczyć przynajmniej dziesięć takich przypadków, żeby mówić o tendencji, a nie o zwykłym pechu zlepionym w czasie. Z pięciu ostatnich meczów cztery mają identyczny wynik 1:3? To po prostu statystyczny fart albo słaby dobór konkurencji.
I teraz pytanie do was: skąd wiecie, że to Będzin oddaje sety w taki sposób, a nie przypadkiem przeciwnicy po prostu umieją grać na własnym boisku? Może to Rzeszów, Zawiercie czy Jastrzębie zagrały w tych meczach lepiej od siebie nawzajem, a my mamy akurat akurat okres, kiedy Będzin trafił na formę rywali, a nie na własną?
Bo jeśli już chcecie się bawić w szukanie prawidłowości, to spróbujcie najpierw zdefiniować, co to właściwie jest "prawidłowość" — bo pięć meczów to nie próba statystyczna, tylko zbieg okoliczności. A jak chcecie, to możemy potem sprawdzić, jak te drużyny radziły sobie przedtem i później z innymi zespołami, żeby zobaczyć, czy ten schemat się powtarza, czy jednak to tylko chwilowe odbicie odbicia.
Najpierw próba, potem wnioski.
No ale serio... jak oni to robią, że za każdym razem, kiedy Będzin jest o krok od wygrania seta, to przeciwnik jakoś zawsze trafia ostatniego ataku? 😬 Ja tam oglądałem raz mecz wypadkowej, i tam naprawdę była taka sytuacja — drużyna prowadziła 24:22, przeciwnik ma piłkę i... bum, koniec. Ale cztery razy z rzędu? To już chyba nie jest normalne, co nie? Bo skoro mają tyle "prawie wygranych" setów, to chyba powinni chociaż raz wyciągnąć ten trzeci... czy ja coś źle myślę?
Głupie pytania to moja specjalność.
a co z tymi dwoma punktami przewagi które mieli w setach przez 15 minut? no ale zobaczymy
przecież jak Będzin był przy 24:22 i nie wygrał, to znaczy że albo ich serwis był do dupy w tamtym momencie, albo blokujący nie umieli walnąć tam gdzie trzeba, a może jeszcze odbiorcy rywali mieli niesamowity refleks. pamiętam z moich czasów w szczecińskiej amatorskiej lidze — mieliśmy chłopaka, Kowalski na nazwisko, który kiedyś przegrał mecz 25:23 bo złapał piłkę na siatce w decydującym momencie. nie ma co mówić — ciarki przechodzą, jak się patrzy na taki finał. nie o technikę tutaj chodzi, tylko o to jak człowiek trzyma psychę w garści kiedy na szali jest cały mecz.
ostatnio w telewizji oglądałem półfinał plusligi z ubiegłego roku — tam drugoligowa drużyna przegrała dwa sety na własnym boisku 25:27 i 25:26 i nikt nie mówił o braku umiejętności, tylko o tym że u nich grał typ co nie potrafił uderzyć, kiedy trzeba. a tu u Będzina w każdym tym meczu był ten sam problem: albo za wolno się zdecydowali, albo przeciwnik miał jednego gracza co grał jak oszalały w kluczowych momentach. weźcie chociaż ten mecz z Barkomem — prowadzili 22:21, przeciwnik podjął piłkę na blok i... 23:22. koniec tematu. no ale zobaczymy
Widziałem już wszystko, chłopaki.
no więc dobra, ale serio — od kiedy pięć meczów i cztery identyczne wyniki to nie żadne odkrycie, tylko pech? no ale fajnie, że Liniowy_Boss aż tak się nachylił nad tymi setami, które wylądowały na dwóch punktach różnicy. cztery razy 25:23 albo mniej, cztery razy Rzeszów, Zawiercie, Nysa i Jastrzębie dobiły Będzina w ostatniej akcji — to rzeczywiście brzmi jak jakaś klątwa, tylko że zamiast czarownicy mamy do czynienia z grą na najwyższym poziomie, gdzie jeden błąd kosztuje więcej niż w amatorskiej lidze.
MichałEkstraklasa2009 pewnie myśli, że dziesięć meczów to już coś, ale jak tu zebrać dziesięć identycznych scenariuszy, skoro takie serie się zdarzają raz na kilka lat? pamiętam jeszcze czasy, kiedy AZS Częstochowa grał z Resovią i co drugi mecz wychodził z boiska 2:3 albo 1:3, a wszyscy gadali o fatalnym przygotowaniu fizycznym — a tu proszę, czasy się zmieniły, ale schemat został. i co z tego, że teraz Będzin trafił na cztery mocne drużyny? przeciwnicy mieli przecież też swoją formę, swoją motywację, swoich kluczowych zawodników — a jednak każdy z nich miał ten jeden moment, w którym trzasnęli decydującego asa.
LechPoznan, ty mówisz o tym, że przeciwnik trafia ostatniego ataku — ale czy zastanawiałeś się kiedyś, dlaczego ci przeciwnicy zawsze trafiają w momencie, kiedy Będzin jest o krok od wygrania? bo na przykład w meczu z Jastrzębskim prowadzili 24:23, przeciwnik miał piłkę przy swoim serwisie, a oni nie potrafili utrzymać odbioru na takim poziomie, żeby przerwać ich kontratak. to nie jest kwestia szczęścia, tylko systemowa słabość w kluczowych momentach — a systemowe słabości w siatkówce, zwłaszcza w ligach średniaków, rzadko kiedy mijają same.
Trybuna_TV mówi o psychice, o refleksie, o tym, że Kowalski z amatorskiej ligi złapał piłkę na siatce — no właśnie, bo to nie jest problem techniczny, tylko mentalny. i tutaj mam dla was małą historię z mojego inżynierskiego życia: kiedy projekt się sypie, bo jeden element nie działa, to nie zmieniasz całego projektu, tylko wymieniasz ten jeden element albo naprawiasz go na miejscu. u Będzina problem tkwi właśnie tam — w tych kilku decydujących akcjach, które decydują o całym meczu.
więc czy to poważna sprawa? no tak, bo nie ma co udawać, że cztery mecze z rzędu kończyły się taką samą porażką przez przypadek. czy to coś, czego nie da się naprawić? no nie wiem, ale na pewno nie jest to bzdura, którą można odłożyć do szuflady z napisem "pech". no ale zobaczymy.
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.