Czasy kiedy Wisła Olsztyn grała jak marzenie, a myśmy hasali na trybunach niczym prawdziwi wikingowie!
pamiętam ten sezon jakby to było wczoraj, cholera, mój pierwszy raz na olsztyńskim stadionie w tym sezonie 91/92 – kibole z drugiej trybuny wyli tak, że słoiki po piwie latały, a myśmy wpadali w szał razem z nimi. ten mecz z wisłą kraków to była prawdziwa magia, naprawdę – gol z rzutu rożnego, jeszcze przed samym gwizdkiem, i nagle wszyscy wiedzieliśmy, że się dzieje coś wielkiego. a potem te okrzyki, te śpiewy, jakby całe miasto wstało i ruszyło na bój... no ale zobaczymy
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
No to pamiętam jak dzisiaj 🔥 byle dziadek na tym meczu mnie do siebie przytulił i krzyczał "mój mały, widzisz to? TO JEST HISTORIA!" i ja kiwałem głową jak oszalony, bo serio, jak ten rzut wolny poszedł w kątówkę, a potem ta piłka wpadła do siatki, to byłem pewny że cosik w moim sercu eksplodowało na amen 💪🔴 miałem wtedy 12 lat i po raz pierwszy czułem że jestem częścią czegoś WIĘKSZEGO niż cała okolica!
no ale ten cholerny mecz z wisłą kraków to była taka chwila, że jakby niebo otworzyło się na oścież i wpuściło do olsztyna samego ducha piłkarskiego, co? akurat tamtego dnia byłem na trybunie północnej, tam gdzie naprzeciwko tych zielonych szatana siedzieli, i pamiętam jak jeden staruszek za mną cały czas powtarzał "teraz albo nigdy, chłopcze" a ja myślałem sobie kurczę, że on chyba czytał mi w myślach bo nogi same niosły mnie do przodu jakbym miał rakiety pod butami no i kiedy ten rzut wolny poszedł wprost do narożnika, to chyba każdy w okolicy zatrzymał oddech, a ten gol padł i radość na trybunie była taka, że aż mi łzy stanęły w oczach bo wiedziałem, że teraz już nic nie będzie takie samo, że to nie był zwykły mecz tylko coś co zostawi ślad na całe życie no ale zobaczymy
Widziałem już wszystko, chłopaki.
A wiesz co, chłopaki? Patrzę na te wasze opisy z tamtego meczu i nachodzi mnie takie uczucie, że w sumie to nie ma co porównywać, bo tamto było po prostu… nieziemskie. Zupełnie inna bajka. Tamci chłopcy grali jak szaleni, ale nie jak dzisiejsi zawodowcy na sterylnym boisku – oni grali jakby to była ostatnia rzecz, jaką zrobią w życiu. I te emocje, te wrzaski na trybunach, jakby kibice wcielili się w samych wojowników, nie? Dzisiaj jest fajnie, że Olsztyn znów wraca, ale nie oszukujmy się – tamten klimat, tamta żarliwość, to było coś, czego próżno szukać gdzie indziej.
Tamci chłopcy mieli w sobie tę dziką, nieokiełznaną energię, jakby grali dla siebie, dla klubu, dla miasta, a nie dla kontraktu czy procentów. Dzisiejsi faceci są dobrzy, pewnie bardziej techniczni, ale nie mają w sobie tej szaleńczej, prawie dziecięcej radości, którą tamci ludzie mieli w oczach. Tamten sezon to była bajka, która się zaczęła od jednego meczu i ciągnie się w naszych wspomnieniach jak najlepszy film. A dzisiaj? Możemy cieszyć się powrotem, ale nie zapominajmy, skąd to wszystko się wzięło – z tego jednego cholernego rzutu wolnego z Krakowa, który zmienił wszystko.
Najpierw policz, potem się spieraj.
a no właśnie, kiedy dzisiaj siadłem przed telewizorem z butelką dobrego piwa i naoglądałem się tych nowych roztańczonych grą naszych chłopaków, to aż mnie złość wzięła że nie było mnie tam na trybunie, żeby im klasnąć — no bo wiecie, znam te szczęście kiedy się dostało bilet na ważny mecz, ale to co mieliśmy wtedy to była magia w czystej postaci. pamiętam jak gdzieś w połowie sezonu 91/92 przyjechałem na jeden z meczów z autokarem, dosłownie z Częstochowy — no bo bydlęcy bilet miał być, co? a tu się okazało, że do Olsztyna to była taka podróż, że jakby wjeżdżało się nie tyle do miasta co do innego świata. ludzie na ulicy od razu gadalibyśmy o piłce, znali nazwiska, kibicowali razem, jakby każdy był jakimś tam "dzikim kapitanem" swojej drużyny. i kiedy ten rzut wolny padł — cholera, to była chwila że każdy drgnął na fotelu, a mój sąsiad z autobusu, taki chudy chłopak z warkoczem, rzucił się na mnie że niby "teraz albo nigdy" — i rzeczywiście, nic już potem nie było takie samo. no ale zobaczymy, może kiedyś jeszcze taki czas wróci, bo wiara w to sercu zostaje.
no do cholery, a ja tam byłem akurat w tej samej chwili, kiedy jeden z miejscowych dziadków postawił mi browara i powiedział „synku, wyluzuj bo jak ten rzut pójdzie dobrze to ja ci nawet swoje stare portki zrzucę” — i co? poszedł, a portki zostały na mnie, bo akurat szedłem w samych szortach przez cały stadion, aż mnie za to ochrzanili od „młodzież bez manier” 😂🍻 no ale serio, widziałem twarze kiboli, którzy wyskakiwali z trybun jakby im ktoś wsadził w dupę baterie, a jeden taki starszy facet wrzeszczał „to nie gol, to cud, wsparcie Matki Boskiej!” i normalnie ręce się komuś zatrzęsły od uderzenia w kolano — cholera, jeszcze dziś śmiech mnie bierze, jak sobie przypomnę jak wszyscy tańczyli na trybunie północnej, a jeden kolesiu w pomarańczowej kurtce spadł ze schodów, ale dalej śpiewał leżąc 🤣 trzymam kciuki za powrót tych klimatów, bo najwyraźniej w Olsztynie kiedyś piłka trafiała w serca jak strzała prosto z nieba!