Co naprawdę stoi za tymi dwoma zwycięstwami w rzędzie nad Jastrzębskim Węglem, skoro już…
Chociażbyśmy mieli dziś wielkiego dnia i słońce grzało na trybunach, to prawdziwy mecz rozgrywa się przecież w czwartej części boiska — tam, gdzie uderzenia. I jeśli Projekt z Jastrzębskim Węglem wczoraj i przedwczoraj sobie poradził, a z Zawierciem dwa razy padł, to akurat nie jest przypadek, że piłkę dostają tam, gdzie krwiożerczo bronią. Ostatni tydzień to dla nich pokaz tego, jak działa efekt huśtawki: raz biją z głębi, raz z pierwszej linii, a obrona przeciwnika się łapie albo totalnie rozprasza.
Weźmy ten wyjazdowy sukces nad Jastrzębiem 3:2. Skąd te gole? Projekt nie tylko cofał blok defensywny — on celowo prowokował rywala do ataków z pierwszej strefy, żeby później puścić kontrę po prostu na drugą stronę. A jak grał z Zawierciem? Tam obrona stawała na wysokości czternastu metrów, blok był tak ciasny, że każda piłka zaatakowana lądowała w ich rękach, a zagrywki zza dziesiątki lądowały prosto w szóstym numerze — stamtąd właśnie poszły wszystkie decydujące uderzenia.
Właśnie w Zawierciu Projekt kopiował schemat "pełna blokada, blisko siatki" — i za każdym razem, kiedy przeciwnik musiał przerzucić piłkę na drugą stronę, on miał gotową strukturę do kontry. Za to nad Jastrzębskim cała drużyna odsunęła się pół metra dalej, puściła rywala wychodzić z bloków, a później kazała mu płacić za każde uderzenie z pierwszej linii. Innymi słowy: tam, gdzie Projekt chce być pod siatką, tam bije najtwardszy blok, a tam, gdzie się cofa, przeciwnik nie ma pojęcia, kto uderzy — bo blokade buduje się w tempie, a nie w gotowości.
Aha, jeszcze jedno: przez cały kwiecień gra Projektu była jak te stare zegary, które idą raz szybciej, raz wolniej. Z Zawierciem mieli te momenty, kiedy napastnicy dostawali piłkę prosto w twarz przy siatce — i odbijali ją na drugą stronę, bo nikt nie był przygotowany na taką kontrę. Nad Jastrzębskim ta sama drużyna, tylko ustawiona inaczej, pozwalała sobie na błędy i od razu na nie odpowiadała. To nie przypadek, że raz są w ogniu, raz w lodzie — to kwestia ustawienia i reakcji na uderzenia z określonych stref.
Najpierw policz, potem się spieraj.
Kurczę, Liniowy_Boss trafił w sedno — a ja powiem to jeszcze mocniej: te dwa tygrysy z Jastrzębia to nie przypadkowe owady, które wlazły Projektowi pod dach, tylko dwie świetnie rozegrane setki przeciwko zupełnie innemu ustawieniu. Tam, gdzie Zawiercie wyciska z przeciwnika siódme poty przy siatce, Jastrzębie daje się odpalić jak byle kto i zaraz wpada w pułapkę kontry. To nie jest różnica klasy — to różnica między celowaniem w konkretną dziurę w ścianie a biciem w jedną solidną cegłę.
Weźmy sobie kwiecień, kiedy Projekt na własnym boisku dostawał po kieszeni od Zawiercia raz i drugi. Co tam się działo? Otóż przy siatce mieli blok tak ciasny, że prawie można by kłaść na nim jajka. Każda piłka, która lądowała w trzecim metrze, była odbijana prosto w ręce blokujących albo trafiała w ramię atakującego — efekt? Napastnicy Zawiercia dostawali piłkę dosłownie w twarz i musieli ją odbijać na drugą stronę, gdzie obrona Projektu była już w gotowości. To tak, jakbyśmy grali w koszykówkę przeciwko teamowi, który zawsze rzuca z linii za trzy punkty — raz trafisz, raz nie, ale kiedy nie trafisz, on ma gotową kontrę.
A teraz porównajmy to z meczami z Jastrzębiem. Tam Projekt wcale nie chował się pod siatką jak uleczony fobia klaustrofobii — przeciwnie, cofnął blok metr dalej, puścił rywala wychodzić z pierwszych linii i czekał na błędy. I co? Jastrzębie, które normalnie biją zza dziesiątki albo zza linii ataku, zaczęli dostawać piłkę w miejsca, gdzie nikt nie był przygotowany. Bo jeśli grasz z blokiem na wysokości 14 metrów, to każda piłka, która przejdzie przez pierwszą linię, ląduje albo w szóstym numerze, albo w wolnej strefie. Tam natomiast mieliśmy ustawienie, które mówiło: "Dajcie nam piłkę w głąb boiska, my zbudujemy blok w tempie, a wy zapłacicie za każde uderzenie z pierwszej linii". Efekt? Dwa mecze, sześć setów, zero punktów straconych w trzeciej strefie — a przecież Jastrzębie to drużyna, która normalnie bije twardo i precyzyjnie.
To nie jest tak, że Zawiercie ma lepszych zawodników — to jest tak, że Projekt w jednym ustawieniu gra jakby miał problemy z refleksem, a w drugim potrafi celować w słabe punkty przeciwnika jak snajper. Efekt huśtawki nie bierze się znikąd: albo grasz z blokiem pod siatką i prowokujesz przeciwnika do szukania dróg na drugą stronę, albo cofasz się, prowokujesz go do ataków z pierwszej strefy i od razu masz strukturę do kontry. Tyle że z Zawierciem mieliśmy scenariusz numer jeden: twardy blok, piłka do twarzy napastników, kontry na drugą stronę — i Projekt płacił cenę. Z Jastrzębiem scenariusz numer dwa: luz, puść ich do przodu, a jak zrobią błąd, to jesteśmy gotowi. Te dwie wygrane nie są dowodem na to, że Projekt nagle stał się zespołem marzeń — one są dowodem na to, że zmiana ustawienia może zrobić z ciebie ofiarę albo zabójcę.
no właśnie kurczę, to wygląda na tę waszą huśtawkę jak na karuzeli w naszym częstochowskim parku — raz do góry, raz w dół, ale czy na pewno sami wiecie, co nią kręci? bo ja jeszcze pamiętam takie mecze z moich lat, że nie ustawienie decydowało, tylko zwykła kwestia dwóch trzech punktów luzu w odpowiednim momencie. weźmy sobie choćby ten wyjazdowy mecz z Zawierciem 23 kwietnia — projekt walczył tam jak oszalały, nie? blokował jak opętany, każda piłka trafiała w ręce, a oni i tak dostali po dupce od kontry, bo Zawiercie potrafiło puścić piłkę na drugą stronę jak na tacy. a teraz nagle mielibyśmy uwierzyć, że jak tylko projekt cofnie blok o metr, to od razu staje się śmiertelnym narzędziem?
no ale co tam, moi młodzi teoretycy — przecież i ja kiedyś gadałem takie rzeczy na podwórku, że skoro team ustawi się tak a tak, to wygra na 100%. pamiętam mecz w moim ulubionym zespole, jakąś ligę okręgową chyba, tośmy grali z drużyną z Myszkowa, co mieli super atakującego, tego Grzegorza albo bodaj Michała, nie pamiętam już. no i walczyliśmy wkurzeni, bo ich blok był taki solidny, że nikt nie przechodził. ale wtedy nasz rozgrywający — taki stary wyjadacz, co miał już swoje lata — powiedział tylko: "odpuśćcie blok, niech biją, my weźmiemy górę w przyjęciu i puścimy ich na drugą stronę". i co? strzelili im trzy razy pod rząd z kontry, bo nikt nie był przygotowany na przyjęcie, skoro blok stał akurat tam, gdzie nie powinien.
tu jest ten kruczek, chłopcy: projekt nie ma jednego problemu, który da się rozwiązać ustawieniem. oni mają problem z chwilami, kiedy przeciwnik potrafi uderzyć mocno i precyzyjnie — a Zawiercie to robi jak zegarek, bo mają takich zawodników, którzy wiedzą, że jak piłka nie przejdzie przez pierwszą linię, to ląduje w szóstym numerze. jastrzębski to nie jest ekstraklasa, oni biją bardziej chaotycznie, dlatego jak projekt cofnął blok, to dostali piłkę w miejsca, gdzie nikt nie był gotowy — ale to wcale nie znaczy, że z Zawierciem by im się udało to samo. tam by dostali po prostu mocniej, a projekt nadal nie potrafiłby obronić uderzeń zza dziesiątki, bo ich przyjmowanie jest taką drugą nogą w tej drużynie.
więc moje pytanie jest takie: czy naprawdę myślicie, że jak jutro ustawicie blok w połowie boiska, to Zawiercie nagle zrobi się dla was za słabe, żeby wam dać po dupie? bo ja tam widziałem już wszystko no ale zobaczymy
Właśnie w tym miejscu widać, dlaczego cała ta huśtawka nie jest magią, tylko konkretnym zestawem reakcji na konkretne zagrożenie.
Projekt Warszawa ma dwóch wrogów, którzy biją w zupełnie różnych miejscach. Zawiercie to zespół, którego ataki lądują albo w rękach blokujących Projektu przy siatce, albo natychmiast są kontratakowane — bo ich napastnicy celują w strefy, gdzie obrona jest najlepiej zorganizowana. Tam blok musi stać pod siatką, blokować, a następnie cała drużyna musi być gotowa na przyjęcie kontry, bo inaczej przeciwnik dostanie piłkę w puste miejsce. A że Zawiercie praktycznie nigdy nie bierze luzu przy siatce? To Projekt płaci cenę za każdym razem, kiedy ten blok nie działa idealnie — a nie działa idealnie wystarczająco często.
Natomiast Jastrzębie Węgiel to zupełnie inna historia. Oni nie biją precyzyjnie w trzecim metrze ani w szóstym numerze — ich największa siła leży w atakach z pierwszej linii, gdzie blok Projektu powinien od razu znajdować się w gotowości. Tyle że w kwietniowych meczach z Zawierciem Projekt postawił blok pod siatką i *czekał* na uderzenia tam, gdzie nikt nie jest w stanie ich obronić. To jakbyśmy grali w tenisa przeciwko zawodnikowi, który potrafi uderzyć tylko bekhendem — tylko że tutaj bekhendem była każda piłka lądująca w trzecim metrze. Stąd te dwie porażki.
Kiedy natomiast Projekt cofnął blok metr dalej, puścił Jastrzębie wychodzić z pierwszych linii i *pozwolił im* sobie odpaść, nagle okazało się, że ich atakujący nie wiedzą, co robić, kiedy muszą uderzać z wolnej strefy. Bo skoro blok nie stoi pod siatką, to przyjęcie zawsze ląduje w rękach przyjmujących — a tam właśnie Projekt miał już gotową strukturę do kontry. To nie jest tak, że Jastrzębie są słabsze — one po prostu mają problem z grą w wolnej strefie, bo ich system opiera się na szybkich, mocnych uderzeniach z pierwszej linii.
Podsumowując: cofnięcie bloku o metr zadziała przeciwko drużynom, które biją głównie z pierwszej linii i nie potrafią przerzucić piłki w głąb boiska. Natomiast przeciwko zespołom, które celują w konkretne strefy przy siatce i mają gotowe kontry, taka zmiana ustawienia tylko pogorszy sytuację. Z Zawierciem Projekt będzie płacił za każde uderzenie pod siatką — z Jastrzębiem tą samą metodą może wygrać kolejny raz. Problem w tym, że Zawiercie nie odejdzie, a Jastrzębie prędzej czy później zaczną wychodzić z bloków na drugą stronę. I wtedy huśtawka znów się rozpędzi.
xG > emocje.