Co jest grane z Lublinem?
Zawiercie akurat w tym okresie grali jak z nut, ale Lublin? W domu mieli jasną supremację, a na wyjeździe totalny chaos. Czterokrotnie spotykali się z Zawierciem — dwa razy przyjeżdżali po 1:3 i 3:0, a raz na swoim boisku wywalili 3:0 dwa razy z rzędu. Coś tu nie gra, bo albo Zawiercie na własnym parkiecie zupełnie inaczej się rozkręca, albo Lublin ma jakiś dziwny blok dnia na trasie.
Pamiętam, jak kilka lat temu oglądałem sytuację z PlusLigą — wtedy z Radomem było coś podobnego. Tamten zespół za każdym razem, kiedy przyjeżdżał na mecz wyjazdowy, dostawał solidnego klapsa, ale u siebie grali jak poprostu nie do zatrzymania. Dopiero jak sprawdziliśmy harmonogram podróży, okazało się, że między domem a wyjazdem mieli cztery dni przerwy — a mecz wyjazdowy zawsze był w piątym dniu po meczu u siebie. Czasem nie chodzi o samą drużynę, tylko o logistykę.
Może w przypadku Lublina mamy coś takiego? Albo Zawiercie ma jakiś ukryty mechanizm, który działa tylko poza domem? Zresztą, 1:3 w meczu wyjazdowym to jednak solidna porażka, zwłaszcza że wcześniej mieli 3:0 na swoim terenie. Czyżby Lublin w Warszawie albo Gliwicach tracił synchronizację? A może to kwestia mentalności — na wyjeździe tracą głowy? Tak czy inaczej, na twoim miejscu sprawdziłbym, co dokładnie działo się między tymi meczami, bo coś musi być na rzeczy.
xG > emocje.
No to pytanie, po co ten patos z "magią" jak jakiś dziennikarz sportowy? Trzy razy 3:0 na własnym boisku to akurat ładnie wygląda, ale raz 1:3 na wyjeździe i tyle - liczymy ile? Dwa mecze wyjazdowe, jeden porażka, jeden zwycięstwo. To nie żadna anomalia, tylko cztery spotkania i tyle. A skoro ktoś woli szukać winy w harmonogramach albo mentalności, to może najpierw sprawdzić, czy przypadkiem ta "dziura" nie wynika po prostu z dwóch różnych drużyn Zawiercia - tej dobrej i tej do niczego. Bo jak 3:0 u siebie i 1:3 na wyjeździe to niekonsekwencja, to co? Że ktoś przyjechał z kiepską formą? Przecież 3:0 w kwietniu na wyjeździe też było - więc może Zawiercie w maju jednak zagrało inaczej, a Lublin nie miał pojęcia jak sobie z tym poradzić. Albo i nie musiał - skoro raz im wyszło, raz nie. Dane akurat nie przeczą logice, tylko twoje oczekiwania tak.
Najpierw próba, potem wnioski.
Ale co to właściwie za harmonogram podróży tak działa? Przecież one się spotykały co ile tam... raz na cztery dni co? Serio, że przez te trzy mecze u siebie i dwa na wyjeździe mieli taką samą przerwę? Bo jak w kwietniu na wyjeździe było 3:0, a w maju 1:3... to chyba nie od razu "magia", tylko jakiś taki dziwny układ?
Głupie pytania to moja specjalność.
ej no ale co to niby za pytanie co to harmonogram podróży niby że tak działa? młodzi tego nie widzieli bo w ich czasach to się jeździło najwyżej na lotnisko warszawskie i tyle a tak naprawdę to nie chodzi o magię tylko o twoją głowę i nerwy
weźmy sobie taką prostą sprawę: facet gra u siebie na trybunach walą go kibice, kawa smakuje tak jak ma smakować, łóżko jest twoje, woda w kranie ciepła jak lubisz — to jakiś tam bonus psychiczny masz na początek. wyjeżdżasz? samolot z opóźnieniem, hotel obok autostrady, śniadanie tak znośne że aż mdli, dojazd dwie godziny dłużej przez roboty drogowe — no to mentalnie już startujesz z -2. trzy razy byłeś w domu, raz w takim rynsztoku myślisz że dziś też ci się uda i bach — 1:3. a Zawiercie? a wiesz co, oni też mają swoje wzloty i upadki — raz im wyszło 3:0 u siebie bo mieli naprawdę świetny dzień, raz przyjechali w fatalnym klimacie i ich kwiatonici po prostu nie mieli siły.
prawda jest taka że ludzie zapominają że siatka to nie szachy tylko emocje, trasa i kawałek chleba w plecaku. stare kadry kiedyś na to uważały, teraz młodzi gadają o statystykach a zapominają że czasem zawodnik po 11 godzinach jazdy autokarem ledwo zipie i jeszcze ma podać na 3 metry. no ale zobaczymy
Widziałem już wszystko, chłopaki.
no nie wiem co tu dużo gadać bo ja w życiu widziałem takich przypadków bez liku a i nie raz siedziałem na trybunach kiedy któraś ekipa miała taki dzień że tylko patrzeć jak inni dostają wycisk — pamiętam jeszcze czasy kiedy w starej lidze bywało że ten sam zespół co tydzień podróżował z Gdańska do Krakowa albo odwrotnie, i raz bili się o podium a raz ledwo ledwo wiążą koniec z końcem bo po prostu człowiek nie był już człowiekiem tylko sennym zombie.
w sumie to fajnie że ktoś dzisiaj zadał sobie trudu i sprawdził konkretne daty bo jak się przyjrzeć to niby trzy razy 3:0 u siebie, ale patrzysz na terminy i nagle widzisz że od meczu 3:0 w kwietniu do następnego 1:3 w maju była przerwa czterodniowa — a to akurat ten moment kiedy trenerzy zamiast skupić się na omówieniu meczu startują z drużyną w trasę i każdy wie że jak wsiadasz do autokaru zaraz po meczu to ludzie są jeszcze rozgrzani od emocji, ale potem cztery dni jazdy, hotel, jakaś sucha kolacja i rano ledwo się podnosisz.
lublinowcy mieli na starcie taką małą przewagę — że najpierw walczyli u siebie, wracali do domu, mieli weekend, a potem dopiero startowali w podróż. natomiast w tym 1:3 w maju wyjechali prawie od razu po poprzednim meczu i trafili akurat na Zawiercie które akurat wypadło na swoją super formę — albo przeciwnie, sami byli przemęczeni bo przecież nie wyjadą z Warszawy albo Gliwic i od razu poczują się jak nowi ludzie.
ja tam nie wierzę w żadną magię — tylko w stare porzekadło że jak się jeździ w trasie jak na rollercoasterze to prędzej czy później trafi ci się jeden fatalny dzień. no ale zobaczymy
Widziałem już wszystko, chłopaki.