Byliśmy tam zawsze i zawsze wrócimy – opowieści z życia GKS-u!
pamiętam ten wieczór w '04 jakby to było wczoraj, staliśmy z kolegami pod stadionem jakieś dwie godziny przed meczem, niebo nad katowickim węglem i czadem miało taki dziwny odcień, cholera jasna, że aż ciarki szły po plecach – a potem ten huk, ten jeden strzał, i nasz Janota wyleciał jakby go kto z katapulty puścił, a piłka to leciała taka prosta jakby ją ktoś na nitce prowadził... no ale zobaczymy
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
no chyba kurde coś mi się w oku zacina jak tylko o tym myślę 😱 stary, ja akurat wtedy byłem na trybunie południowej z taczkami piwa w kubku i koleś obok, ten stary Antosik, taki nasz kibol od lat, to mi mówi "Marek, no widzisz, dziś napiwek" a ja mu na to "JANOTA, kurwa JANOTA!" i puściłem kubek prosto na łeb facetowi co mi blokował widok, no ale cholera, niech mu będzie 😂🔥 a jak ten strzał odbił się od murawy, to wszyscy razem wariowaliśmy, wszyscy, no i ten huk jakby całe Kato zrywa się z okowów, no ale trudno, do dzisiaj jak sięgam pamięcią, to na skórze mam ciary jak wtedy
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
a widzicie, co mi w tej chwili do głowy przychodzi… pamiętam jak na trybunie przy al. Wyzwolenia stałem z ojcem, to musiał być może '96, bo on akurat miał urlop w kopalni, mieliśmy bilety pod samą tablicę wyników, a tam na meczu z Legią warszawscy kibole takiego pieprzu narobili, że sędzia chyba myślał, że to on zgubił gwizdek… no i w połowie drugiej połowy Janota złapał takiego bekhendem, że facet obok mnie, stary Śliwa, szef działu transportu w hucie, to aż walnął kolanem w ławkę i krzyknął „kurwa mać, toż to nie piłka, to armata!” aż mu woda z kubka wyfrunęła… i wiecie co? ten huk rozszedł się po całej trybunie tak, że nawet ludzie na dole, ci co mieli słabe uszy, to odruchowo się schylali, no i potem już tylko śpiewy, a ja ojcu na ucho „tato, my tu jesteśmy na miejscu, taki mecz to dopiero jest!”… no ale zobaczymy, jeszcze takich spotkań trzeba nacieszyć się…
Widziałem już wszystko, chłopaki.
A co tam porównywać, kurwa, to zupełnie inny czas, inny klimat… Tamta ekipa to był klan, nie drużyna. Widziałeś kiedyś takie podwórkowe mecze, gdzie jeden facet grał, a za nim stało pół osiedla kibiców z nadzieją w oczach? U nas to była taka niedzielna tradycja — Janota, Szczęsny, Pisz, stary Lubański… To byli faceci, którzy wiedzieli, co to znaczy nosić barwy, i nie bali się niczego. Grało się do upadłego, a jak przegrywaliśmy, to wracaliśmy z kwitkiem na nogach, ale za to z tą pewnością, że następny raz znowu damy radę.
Teraz? Teraz mamy drużynę, która walczy, ale… no cóż, ta magiczna iskry z lat '04, czy nawet z lat '90, jakoś nie lata. Nie mówię, że są źli — ale to już nie to. Młodzi chłopaki biegają, widać, że się starają, ale brakuje tej charyzmy, tej bezczelności, że „kurwa, idziemy i odbieramy, bo to NASZE boisko”. Tamci mieli w sobie coś takiego, że jak wchodzili na murawę, to już wiadomo było, że dziś albo jutro — ale coś się wydarzy.
I coś mi się wydaje, że teraz kibice muszą bardziej dopingować, żeby zagrzmieć trybuny, a nie tak odruchowo, jak kiedyś. Tamten Janota, ten strzał w finale… to była cała idea GKS-u: jeden strzał, jeden huk, i miasto się budzi. Teraz? Teraz trzeba czekać na jeden celny dośrodkowanie, żeby ktoś dobił, albo na rzut karny, który trafi aż do siatki.
No ale trudno, nie będę narzekał na siłę — fajnie, że młodzież się angażuje, fajnie, że są na dobrej drodze. Ale nie oszukujmy się, ta drużyna z tamtych lat była po prostu inna. Nikt nie był anonimowy, każdy miał swoją legendę, a kibic czuł się częścią czegoś większego. Dzisiaj to raczej… no cóż, kolejna drużyna, którą kibicuje się z nadzieją, że może kiedyś znowu coś pięknego się wydarzy. Tyle że ta nadzieja jakoś rzadziej wraca w formie takiej, która robi ciarki na plecach.
Najpierw policz, potem się spieraj.
Ej, wy tam gadasz o magicznej iskrze z lat dziewięćdziesiątych, a co z tymi czasami kiedy GKS walczył z głową ponad nogami, żeby tylko w ogóle w Ekstraklasie nie spaść? Pamiętacie przecież te sezony, kiedy kibice przychodzili na stadion, żeby zobaczyć nie finałowy popis, tylko samobójstwo zespołu w defensywie? I teraz mielibyśmy marudzić, że brakuje tej charyzmy? A co z tym, że w tamtych latach Janota musiał dźwigać cały GKS na plecach, bo obok niego w obronie stali faceci, którzy mieli do piłki podejście jak do butelki z benzyną? No bo tak było — jeden walił strzały z dystansu, drugi ratował przed własnym bramkarzem, a my i tak biliśmy brawo, bo to przecież NASZ zespół!
I co, teraz mamy drużynę, która gra systematycznie, ma w sobie jakiś luz, nie wariuje co drugą niedzielę? To też jest GKS! Też się cieszymy, że młodzież nauczyła się grać w piłkę, a nie tylko biegać jakby miała w dupach ogień. Niech ktoś spróbuje w tych warunkach dorzucić coś od siebie — dzisiejszy zespół ma wyższy poziom przygotowania, więcej wprawy w budowaniu akcji, a przy tym chłopaki są na tyle młodzi, że mogą jeszcze poprawić ten drybling. No i nie zapominajcie, że w tamtych latach my, kibice, mieliśmy w nosie realne szanse zespołu — braliśmy udział w meczu, wchodziliśmy w interakcję z zawodnikami, krzyczeliśmy tak, że sędzia musiał chyba mieć wpięte słuchawki z redukcją szumów. Dzisiaj? Drużyna gra stabilnie, a my dopingujemy, ale nie musimy już ryzykować życia, żeby wiadomo było, że tu jesteśmy!
I jeszcze jedno — mówicie o tej „nadziei, która rzadziej wraca w formie ciary na plecach”. To może to przez to, że teraz naprawdę na coś liczymy? W latach dziewięćdziesiątych byliśmy przyzwyczajeni do porażek, więc jak Janota strzelił w finale, to to był cud nad cudami. Teraz mamy drużynę, która walczy o coś więcej niż tylko przetrwanie, więc i emocje są inne — bardziej wyważone, ale też bardziej odpowiednie do tego, co dzieje się na boisku. Kibice nie muszą już histeryzować przy każdej akcji, bo zespół ma więcej środków, więcej możliwości. I co w tym złego?
A poza tym — komu teraz przyjdzie do głowy biegać z taczkami piwa na trybunę? No powiedzcie szczerze! 😂
Najpierw policz, potem się spieraj.
No dobra, ale ja to mam taką historię z Janotą, że aż mi się teraz łza w oku kręci... pamiętam jak wracaliśmy z meczu w Bełchatowie, to musiało być chyba '03, bo miałem wtedy debila w kieszeni jeszcze zanim wyskoczył z marynarki, kurwa. Siedzimy w pociągu, tektura z alkoholem na kolanach, ktoś wyciąga głośnik na cały wagon i puścił ten huk po golu Janoty w 89', a tuż przed nami siedzi jakiś facet w koszulce Legii, no i ten zaczyna się drzeć „u was nigdy nic nie wygramy!” a ja na to „kurwa, a co ty myślał, że będziemy grać w kółko i krzyżyk?” i wyciągam butelkę w jego stronę... do dzisiaj ten facet pewnie ma traumę, że GKS Katowice oblał go wódą na oczach połowy wagonu, ale cholera, taki klimat 😂🔥