Będzin: czy polski zespół ma ukrytą przypadłość strachu przed meczami we własnej sali i…
Coś tu jednak nie gra, bo dzisiaj, kiedy rozgrzebywałem stare notatki po sezonie, akurat trafiłem na kartkę z marca — miałem ją schowaną od wieczoru, gdy Będzin znowu skończył mecz na swojego oponującego środkowego. I przypomniało mi się coś dziwnego: cztery porażki na wyjeździe w marcu, ale dwie z nich — z Rzeszowem i Zawierciem — to wcale nie były te, gdzie przeciwnicy mieli jakieś ekstra formy. Rzeszów przecież w tym tygodniu ledwo zipnął na ostatnich lokatach, Zawiercie walczyło o utrzymanie, a Będzin i tak wlecze za sobą remisy z nawet niższymi ligowcami.
Potem zeroje dom w marcu — zresztą tak samo jak teraz, choć te marcowe gole stracone w domu to akurat nie były najgorsze. Jastrzębie i Barkom Volley byli mocni, ale wcale nie aż tak, żeby wygrywać u siebie z dwoma golami straty. I to mnie zastanawia: jak można mieć cztery punkty mniej na wyjazdach niż w domu, skoro tamte mecze to naprawdę nie były spektakle mistrzów?
Dziś rano przeglądałem jeszcze raz składki — i wyskoczyło mi, że w czterech meczach marcowych na wyjeździe Będzin strzelił tylko cztery gole. A przyjął dziesięć. W domowych z kolei — cztery gole też, ale dziesięć przyjętych. Czyli proporcjonalnie sytuacja w domu i na wyjeździe była identyczna? Tyle że na wyjeździe mieli cztery porażki, a w domu dwie — ale to, że nie wygrali ani razu, to już zupełnie inna historia.
Chyba coś jest na rzeczy z tymi mentalnymi blokadami na własnym parkiecie. Bo jakby nie patrzeć — strach to trochę za mocne słowo, ale na pewno coś ich w marcu naprawdę hamowało. Zwłaszcza że przecież Barkom Volley i Jastrzębie nie byli aż takimi kolosami.
Najpierw policz, potem się spieraj.
A co, to już dowód na "ukrytą przypadłość"? Trzy mecze w marcu — aż cztery punkty mniej na wyjazdach, a u siebie tyleż samo porażek co na wyjazdach? Tylko że w domu Będzin brał punkty z niższymi ligowcami, a na wyjazdach toczono prawdziwe boje z drużynami walczącymi o utrzymanie albo ledwo zipnącymi — i to bez ani jednej wygranej. Cztery gole strzelone w czterech meczach na wyjeździe, dziesięć przyjętych — proporcja identyczna jak w domu, ale tamte mecze były inną bajką. Porównujesz jedzenie z butem, bo Barkom Volley i Jastrzębie wcale nie byli tak mocni, by Będzinowi odejmować pewność siebie w taki sposób. Czyżbyśmy zapomnieli, że towarzyskie mecze z Zawierciem czy Rzeszowem to jednak nie Liga Mistrzów? Tamte zespoły nie miały nic do stracenia, więc grały z pazurem — a Będzin? Znowu ten sam scenariusz: zero, jeden gol, porażka. Może to nie strach, tylko zwykła rutyna: grają tak, jak im pasuje, a na własnym parkiecie po prostu nie chcą ryzykować, bo wiedzą, że wynik i tak przyjdzie sam?
Gdzie dowody?
Hmm, ale co to za "proporcjonalnie identyczna sytuacja" w domu i na wyjeździe skoro jeden zespół grał z pazurem bo nic nie miał do stracenia a drugi miał pod górkę i czuł presję? Bo ja tego nie rozumiem... jak to działa w ogóle? 😅
Głupie pytania to moja specjalność.
no i się nażywaliśmy tym tematem po feriach, ale cóż... widziałem już wszystko zanim w ogóle te wasze "trzy mecze w marcu" weszły do powszechnej świadomości
słuchaj, PiotrRakow, ten pijar o "proporcjonalności" to jest tak naprawdę porównanie jabłek do gruszek, ale po żydowsku — bo albo grasz, albo grasz, a nawyki zostały i nikt ich nie zmienił. weźmy na chłopski rozum: marzec to przecież nie był dobry miesiąc dla byle kogo, nie tylko Będzina. ale idźmy po kolei — facet pisze, że Będzin w czterech meczach na wyjeździe strzelił cztery gole i tyle samo w domu, dziesięć przyjętych u siebie, dziesięć na wyjazdach — niby te same cyferki, no ale co z tego? przecież to tak, jakbyś porównywał moje remonty w ząbkowicach do twoich zakupów w biedronce — inna liga, inny ciężar emocjonalny.
co jest grane? no co... ci, którzy mają parcie na szkło, grają, jakby od wyniku meczu zależało ich istnienie. ci, którzy walczą o utrzymanie, grają tak, że ciarki przechodzą — bo nie mają nic do stracenia, a całe stadium im kibicuje. a Będzin? przychodzi na wyjazd, patrzy na trybuny, widzi rzeszę, która się darła jak szalona, i zamiast podkręcić formę, cofa się do siebie. bo na własnym parkiecie też nie bije rekordów — nie chcą sobie psuć "domowego klimatu" wystawianiem się na ryzyko, rozumiesz?
przykład? no weźmy choćby ten mecz z Rzeszowem — drużyna, która ledwo zipie na ostatnich pozycjach, przychodzi z pazurem, bo nie mają nic do stracenia, a Będzin wylatuje z boiska z dwoma zerami. a u siebie? z Jastrzębiami i Barkomem — tu mieli szansę, ale znowu jeden gol i po meczu. to nie jest strach przed publicznością, to jest zwykła niewydolność psychiczna, która wynika z nawyku: "dom to moja twierdza, ale nie muszę się wysilać, bo i tak nikt nie oberwie". a jak coś oberwie, to przecież publiczność i tak będzie krzyczeć.
no ale zobaczymy, może jeszcze kiedyś złamią ten schemat — chociaż przy tych nawykach to chyba trzeba by im posłać psychiatry na ławkę, nie trenera
Widziałem już wszystko, chłopaki.
no to ja wam powiem, że te wszystkie "analizy" na wyczucie to jak wyrok bez sądu — bo coś tam liczycie, ale tak naprawdę zapominacie o jednym: biedny Będzin nie jest jakiś słabszy, tylko po prostu się nie dogaduje z tym, co ma na boisku. pamiętam jeszcze czasy, kiedy u nas w szczecinie mieliśmy chłopaków, co jak przyjeżdżali do nas z górki, to rzucali buty pod ławkę i mówili "tu jesteśmy u siebie, tutaj się bije". no ale to byli czasy, kiedy trener nie rozpisywał taktyki na kartce wielkości a4, tylko krzyczał "do roboty!" i ludzie biegali jak opętani.
a tu mamy Będzina — cztery gole na wyjazdach w marcu, ale patrzcie, cztery gole to przecież nie zero, tylko tyle, że strzelili po jednym meczu. tylko że przeciwnicy byli tak mocni, że jeden gol nie wystarczył — no normalnie, jak ktoś ma w zespole zawodnika, co na co dzień strzela dziesięć punktów w plusie, to jeden trafiony atak na wyjeździe to raczej dowód na to, że nie chcą ryzykować straty, nie że boją się publiczności.
i jeszcze ten przykład z Rzeszowem — no dobra, Rzeszów walczył o utrzymanie, ale przecież nie byliśmy w pierwszej lidze, gdzie każda strata punktu to katastrofa. a Będzin? zero trzy. to nie jest kwestia strachu przed trybunami, tylko zwyczajne zagubienie w grze — jak ciągnie się za sobą remisy z niższymi ligowcami, to potem na wyjazdach nie masz już odwagi, żeby ruszyć się z kanapy.
a co do tej "niewydolności psychicznej" — no pewnie, że można tak to nazwać, ale to nie jest jakaś przypadłość, tylko po prostu skutek złej organizacji. weźcie sobie dziś któregoś z byłych koneserów siatkówki, niech posiedzi na ławce Będzina tydzień, niech popatrzy, jak grają, a nie tylko liczy gole — bo to nie statystyka robi mecz, tylko ludzie. no ale zobaczymy, może jeszcze kiedyś obudzą się w nich stare dobre nawyki albo przynajmniej znajdą kogoś, kto im powie prosto w twarz, że ten "domowy klimat" to nie wymówka na bylejakość
Widziałem już wszystko, chłopaki.
no iście bym się chciał doczekać dnia, kiedy to ktoś wreszcie powie prosto w twarz tym krakowskim kibicom, że ich ulubieniec ma problem z tak zwanym "przyzwyczajeniem do wygrywania", a nie z trybunami albo z tym ich tajemniczym "strachem przed sobą" — bo to przecież nie jest jakieś fatum, tylko po prostu zupa z garnka
co do tych liczb — no trudno, mamy cztery gole na wyjeździe i dziesięć straconych, ale na własnym parkiecie podobnie, tyle że tam jednak są te dwie porażki, które niby nie brzmią groźnie, ale coś jednak mówią: bo jak można grać z Jastrzębiami i Barkomem, którzy wcale nie byli święci, i skończyć z jednym golem na koncie, tylko dlatego że myślisz "a co ja mam ryzykować, skoro publiczność i tak mnie pokocha"? to nie jest strategia, to jest samobójstwo.
i te argumenty o "nic nie tracących przeciwnikach" — no jasne, Rzeszów i Zawiercie szły na całość, ale wiadomo dlaczego: bo mieli nic do stracenia. natomiast Będzin? oni mieli więcej do stracenia — punkty, pozycję, pewność siebie — a jednak przychodzili, grali jakby na urlopie, i odsyłali zero. to nie jest kwestia siły przeciwnika, tylko własnej niechęci do walki.
no ale zobaczymy, może jeszcze kiedyś któryś z ich zawodników zrobi taką minę jak mój stary majster kiedyś na budowie — kiedyś, kiedy facet z Rzeszowa mu powiedział "panie kierowniku, a może byśmy taki rusztowanie postawili jak ludzie?" i on na to: "no to jazda, bo inaczej do jutra nie kończymy". czasem człowiek potrzebuje kogoś, kto mu powie "do roboty", i niekoniecznie trenera — czasem wystarczy kibic z trybuny, który krzyknie zamiast klaskać