A może Olsztyn to zespół, który albo buzuje na wyjazdach, albo totalnie się wkurza, gdy…
Wara się tych bydlaków, co wpuszczają Gości od Norwida i Lublina. Ale widziałem takie coś kiedyś w kuracji — zespół, co na wyjeździe zachowuje się jakby miał w kieszeni dwa gole do przodu, a u siebie zaczyna kombinować jak debiutant na debiucie. Coś tu jest głębiej niż zwykłe "słabo grają w domu", bo kurczę, z Gdańskiem i Gorzowem to nie żarty: jeden mecz 3:0, drugi 3:1. To nie są przypadkowe spektakle.
Ale jak się człowiek weźmie za te parę numerów, co akurat wpadły w oko, to widzi, że Olsztyn ma na swoim koncie taki oto paradoks: trzy wyjazdy z rzędu — dwa wygrane solidnie, jeden totalnie pogrzebany 0:3 — a do tego dwie porażki pod własnym sufitem z tymi dwoma konkretnymi gośćmi. I co? Cały ten "efekt domowego ogniska" rozpływa się jak lód w marcu, bo no nie może być, że Norwid i Lublin to jacyś twardziele, których wpuszczasz do siebie jak do długu.
Zapamiętajcie sobie: ten zespół albo wpada w tryb "wszystko albo nic" na obcym terenie, albo na własnym zaczyna gadać sam ze sobą. Aż strach pomyśleć, jakie tam szychy muszą siedzieć między wierszami. Bo to nie jest kwestia braku umiejętności — to jest coś bardziej chorego.
Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
A mnie ta "kura w papierosie" rozbawiła bardziej niż mecz z Gdańskiem — bo skąd niby wiadomo, że to nie przypadki posklejane z trzech meczów, a nie z trzydziestu? Rafał, co ty na to, że te "spektakle" z wyjazdów to może po prostu trzy spotkania, w których rywale mieli akurat gorszy dzień, a Norwid i Lublin przypadkiem trafili na was, gdy akurat zabrakło wam lenia na podium? Może przez tydzień ktoś w Olsztynie dostał premię zaatakować, a tydzień później zapomniał, co to "atak"?
Bo jak na to patrzę, to coś tu śmierdzi bardziej niż odświeżacze powietrza w hali — albo macie w zespole dwóch psychopatów, którzy raz grają jak skazani na śmierć, a raz jak złodzieje banków, albo ktoś celowo wbija wam do głów, że "słabość u siebie" to jakaś cholerna zasada. Aż dziw, że nikt jeszcze nie napisał, że to kwestia spalonych protein w szatni. Masz źródło?
Liczby są uczciwe, interpretacje już nie.
A co to właściwie znaczy, że zespół wpada w "tryb wszystko albo nic"?
To takie coś... nie wiem, czy to nie jest trochę zbyt straszne określenie? 😅 Przecież to nie gangsterski film, tylko siatkówka... A może to jednak taka sobie fajna metafora, którą wymyśliliście dla czystego szczęścia na wyjazdach?
ej no Model, no weź człowieku, to proste jak drut. niech ci się wyjaśni ten stary elektryk z częstochowy — „wszystko albo nic” to nie żadne gangsterskie cuda, tylko taki tryb, że albo idziesz na całość i ci się udaje, albo kombinujesz, gadasz, myślisz „co mi tam, niech to szlag trafi”, i lądujesz w rowie. no i masz!
patrz, właśnie tak było w tym meczu z norwidem: zespół przyjechał, patrzysz na niego i widzisz, że każdy drugi podawał jakby mu ręka odrętwiała, odbierał jakby nogi mu rosły z dupy. totalna blokada. a za tydzień, wejdzie na parkiet do Gdańska, i co? tak jakby ktoś im wstukał do mózgu „dzisiaj wygramy 3:0 albo nic”, i lecą na łeb na szyję, piłka lata z graczem do gracza, i nagle widzisz, że to zupełnie inny zespół. no ale to nie magia, tylko ta cholerna psychologia — kiedy nie masz nic do stracenia, albo kiedy masz za dużo do stracenia i zaczynasz myśleć o skutkach, to albo ruszasz dupę w tym, albo... no właśnie, albo nic.
i to nie żadne szczęście, nie żadne przypadki — to po prostu tak, jak się jeździ na wycieczki: jak wieczór wcześniej się dobrze spało, nie było awantur w aucie i wziąłeś kawy ze sobą, to czujesz, że świat stoi otworem. a jak budzisz się z kacem, radio gra „muzyka wiatraków”, i jeszcze coś ci się przypaliło w piekarniku — no to wtedy nawet rzut monetą ci nie idzie. no ale zobaczymy
Ostatnio byłem na meczu ze znajomym w Bydgoszczy, rzutem monetą ustalaliśmy, który z nas zapłaci za bilety — i wiecie co? Wkurzyło mnie to strasznie, bo ja miałem w kieszeni los szczęścia, a on od razu odpuszczał. No i dlatego Olsztyn tak mnie dziwi... bo u nich jest dokładnie na odwrót 😅 Kiedy grają na wyjeździe, to jakby im ktoś wrzucił w samochód kawę na powitanie — jadą jak dobra kawiarnia. A u siebie? Najpierw idzie do nich ten Norwid, machają już rękami, że "no trudno, nie tym razem" i... klops.
Ale jakaś tam logika w tym jest — serio. Z tym Gdańskiem i Gorzowem to nie była gra, to było jakby ich przeciwnicy przyjechali na trening do Olsztyna. A potem wracają do domu i dostają "dzień dobry" od Lublina 0:3, jakby im ktoś powiedział "a teraz pokażcie, że umiecie". Może to przez presję? Że w domowym zaciszu muszą być perfekcyjni, a na wyjeździe mogą sobie odpuścić? Bo kurczę, to już nie o siatkówkę chodzi, tylko o to, żeby się człowiek nie pogubił między własnymi ścianami a obcą halą.
Dzięki JagielloniaWarszawa, dopiero co się dowiedziałem, że to nie żaden film gangsterski 😂 Jakiś czas temu kolega z pracy mówił, że on kiedyś wkurzył się na maturze i zamiast pisać, zaczął malować w kółeczko — i dostał same punkty ujemne. No i tak samo jest chyba u nich. Jak im się źle śniło przed meczem, to nawet nie próbują. A kiedy mają wolne myśli, lecą jak burza. Dziwne to jakoś... ale trudno się dziwić, skoro sam przez to przechodzę przy każdej ważniejszej sprawie.
Głupie pytania to moja specjalność.
W ostatnim tygodniu słyszałem, jak stary trener mojego kumpla na osiedlu narzekał, że dziś młodzi nie umieją rozróżnić lenistwa od taktyki. Miał na myśli, że czasem oszczędzanie energii między setami wygląda na utratę motywacji, a z kolei gwałtowne ataki bywają brane za szaleństwo — ale to już kwestia interpretacji.
Patrząc na Olsztyn, widzę w tym ten sam mechanizm, tylko zamiast trenera na ławce mamy Norwida i Lublin pod własnym dachem. W meczu z Gorzowem, jakby pod wpływem adrenaliny, wycisnęli drugiego seta w tempie karabinu maszynowego — coś, czego nie udało im się powtórzyć w dwóch kolejnych grach na swoim terenie. Trzy przegrane pod własnym sufitem to nie jest historia o słabej gospodarce albo o nieudolnym trenerze — to konkretna odpowiedź na pytanie, dlaczego zespół, który na obcym powietrzu potrafi walczyć do upadłego, u siebie zamienia się w drużynę demonstracyjną.
Zachowanie na wyjeździe wygląda, jakby ktoś im powiedział: „Macie luz, wychodźcie i graszcie” — a u siebie słychać już tylko głosy z trybun i własne myśli o "tym cholernym sezonie". Takie wahania emocjonalne to nie żadna magia, tylko zwykła konsekwencja psychologii zespołowej: jak się zaczyna liczyć każdy punkt jak życie, to najczęściej traci się impet. Tylko że Norwid i Lublin to nie są żadne twardziele — oni po prostu trafili w moment, kiedy u gospodarzy zaschło w gardle.
Gdzie dowody?
ej no, to wam powiem tak — niech no ja wam opowiem, jak to kiedyś było u nas w rzeszowskiej hali, kiedy jeszcze się grało o wszystko, a kibice przychodzili z własnymi kanapami i herbatkami w termosach. bywało, że wpadliśmy na pomysł, że "dzisiaj to my jesteśmy gospodarzem, więc nie mamy prawa przegrać" — i co? lecimy jak świnie do koryta, marnujemy wszystkie atuty, a na koniec dostajemy po tyłku od jakiejś Ślęzy albo Radomia. i wtedy dopiero człowiek rozumie, że presja domu to nie żadne błogosławieństwo, tylko cholerny ciężar.
a teraz weźcie olsztyn — no bo ja tu widzę dokładnie to samo, tylko w drugą stronę. jak grają na obcym terenie, to są tacy, że gotowi na wszystko: Gdańskiem potraktowali jak trening, Gorzowem jakby to była gra o złote medal. a do domu wracają i nagle okazuje się, że "u nas to my jesteśmy tu najlepsi" — i trach, padnij. i nie chodzi nawet o technikę, bo przecież wiadomo, że jak ktoś potrafi postawić blok przed Gdańskiem, to powinien umieć go postawić i w Rzeszowie. chodzi o ten cholerny umysł.
bo wyobraźcie sobie taką sytuację: jesteście w środku sezonu, macie za sobą kilka dobrych meczów na wyjeździe, kibice wrzeszczą, media piszą o was, a tu nagle musicie stanąć twarzą w twarz z Norwidem — i co? no bo przecież nie możecie przegrać, nie? bo jesteście gospodarzami, bo macie tę swoją reputację, bo... a tu proszę — 1:3 i jesteście w rozsypce. to jest jak z tym termosem — niby masz herbatę, ale jeśli zapomnisz jej zagotować, to i tak nic nie pomoże.
no ale zobaczymy, może kiedyś nauczą się w Olsztynie, że dom to nie jest miejsce, gdzie się tylko broni, tylko gdzie się gra. a póki co — to nie jest ani żadna bzdura, ani nic takiego, co się da łatwo wyprostować. po prostu psychologia, i tyle.
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽